Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fresno CDs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fresno CDs. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 listopada 2014

AWOL - Mafia Royalty 2K14 CD (West Coast Mafia, Timeless, 2014)

Jasne że dawna wytwórnia jak i prezentowany dziś tytuł nie mają ze sobą wydawniczo nic wspólnego ale faktem jest że zebrana na nim ekipa była niegdyś nieugiętym fundamentem nieistniejącego już AWOL records. Zanim jednak przejdziemy do sedna sprawy, zastanówmy się teraz na chwilę nad obecną sytuacją w jakiej nasi uznani raperzy się znajdują. C-Bo od wydanej dwa lata temu "Orca", jak na razie milczy. Killa Tay poza obnażaniem się na forum publicznym, co chwile wychodzi z cyfrowymi projektami które jakościowo nie dorastają do pięt jego dawnym dokonaniom. Pizzo ostatnią solówkę wydał w 2005 roku - było to "Only God Can Judge Me". Marvaless już kilka lat wydaje swoją "nową" płytę "Concrete Rose", jej ostatnia "Ready Made" sięga roku 2007. O Lunim mówi się że dawno odpadł z gry, nie dziwota, "New Sac City" (2011) było wręcz asłuchalne. "The Corporation" od Laroo (2008) to ostatnia naprawdę mocna pozycja w jego dyskografii. Zaś ostatnie "Plugged In: Live From The Streets" z 2012 Lil Rica to kompletnie nie trafiająca do mnie pozycja. Ogólnie sprawy nie mają się zbyt dobrze...ale rzućmy okiem na prezentowaną składankę..

Ktoś postanowił że znowu zbierze wszystkich weteranów razem i postawi w gotowości miłośników dawnego AWOL. Bynajmniej, nie jest to Freddie Smith lecz cała inicjatywa ponownie wyszła od samego Laroo. Siedzący w temacie, na pewno pamiętają "Fuckin With the Mob is A Privilege" z 2009, które osobiście wychwaliłem i powątpiewałem czy kiedykolwiek taki incydent się jeszcze powtórzy. Mija pięć lat a Timless Ent i WCM łączą siły by zrobić powtórkę z przeszłości. "Mafia Royalty" to krążek zbudowany na tych samych zasadach co pozycja Taya i Roo. Jak się okazuje, jeśli ktoś porządnie weźmie się za nasze legendy, należycie im zapłaci, wpuści do profesjonalnego studia i podłoży producenta z prawdziwego zdarzenia - wszystko będzie działać jak należy. Jest się tu rozpieszczanym po prostu wszystkim. Nie sądziłem że będę wstanie to przyznać ale ta ekipa, mimo tak długiego stażu, nadal to ma. C-Bo zdążył już zademonstrować że jest w formie czego dowodem była "Orca". Jeśli płyta do was trafiła, na "2K14" Shawn pokazuje dokładnie to samo - bezkompromisowość i niebywałą zgrabność w układaniu tekstów. Swoim solowym "Right Back" dobitnie eksponuje talent i niepokorną osobowość. Killa Tay co prawda już dawno pozbawił się szaleństwa w głosie jakie miał za czasów AWOL ale wciąż umie wystawić pazury i nie boi się powiedzieć co myśli ("Snitches Shouldnt Rap"). Marvaless sprawiła mi niezmiernie wielką niespodziankę nie odpuszczając swojego stylu i udowodniła że jest jedyną królową sceny rap na Zachodnim Wybrzeżu. Nienagannie potrafił zachować się też Laroo. W końcu po kilkuletnim upajaniu się szampanem i zabawie w klubach wrócił na stare mobbsterskie klimaty (jak przypuszczam tylko na chwilę). Niestety Luni stracił swoją agresywność i część swej charyzmy ale nie można mu odmówić zdolności w pisaniu chwytliwych tekstów ("G-Shit"). Ubolewam za to nad bardzo znikomym udziałem Pizzo i Lil Rica. Panowie pozostawili po swoich wystąpieniach niedosyt a przecież słucha się ich z przyjemnością. Od gospodarzy można spodziewać się rzeczowej i ciekawie przedstawionej gangsterki oraz bardzo dobrych, ilustrujących tekstów. "Product Of Society", "Fast Cash", "Inner City Hustla", to tylko jedne z przykładów że w 2014 roku można robić genialny gangsta rap bez żenujących treści jakie spotykamy często u świeżego narybku. Raperzy arbitralnie przypomnieli wszystkim, dlaczego cieszą się tak ogromnym szacunkiem fanów nieprzerwanie przez ponad dwie dekady. Swoją godność zachowuje również bezwzględnie podporządkowana wokalom produkcja. Zajął się nią ten sam człowiek który na "Fuckin With The Mob.." rozniósł w pył wszystkich mizerniaków na Wybrzeżu i z podobnym skutkiem radzi sobie i tu. Bez krzty wątpliwości Traxx FDR to jeden z najbardziej utalentowanych i rozwiniętych muzyków na zachodzie. Dziwię się że jego osoba jest nadal tak słabo eksponowana w tym regionie. Chłopak jest mistrzem panoramowania, miksowania dźwięku i kreowania brzmienia. Posiada własny styl i z gracją odnajduje się w cięższych jak i lżejszych klimatach. Ponownie wykręcił wyśmienite nowoczesne westcoastowe podkłady bez jakichkolwiek naleciałości z zewnątrz. Każdy zrobiony przez niego kawałek dysponuje wybredną aranżacją i jest instrumentalną salwą skierowaną w kierunku słuchacza. Niektóre efekty jego pracy jak i próbkę możliwości weteranów z AWOL można zobaczyć w klipach: "My Family" i "Snitches Shouldnt Rap" (swoją drogą bardzo ładnie zrobionych).

Album posiada kilka rys lecz nie są one głębokie, chodzi tu głównie o sposób w jaki "Mafia Royalty" zostały zaprezentowane. Da się bowiem odczuć że jechanie na renomie obniżyło nieco wydajność pracy członków nowego AWOL. Naturalnie, materiał jaki się tu znajduje jest znakomity, ale jak na wielki reunion to kawałków jest zdecydowanie za mało. Trzynaście numerów z czego ten sam instrumental w Intrze i Outro - jak na tak liczny personel jest to pójście na mega łatwiznę. Totalnie z dupy jest jednak samo oprawienie CD w digipack z kompletnie nijaką grafiką. Nawet blend przypadkowych fotek artystów byłby stosowniejszy niż to co otrzymujemy. Okładka na pewno nie podkreśla atmosfery albumu a wręcz zniechęca do kupna. Niemniej nie dajcie się zwieść pozorom bo każdy szanujący się fan dawnego AWOL i West Coast Mafii powinien mieć tę pozycję w swojej kolekcji. Do kupienia wszędzie za przyzwoitą cenę.

piątek, 23 sierpnia 2013

Killa Tay - Flood The Market CD (2005, High Powered Etertainment)

Cóż, mam rok 2013 i na pozór może to dziwić gdyż "Flood The Market" to ostatni solowy album Taya wydany na twardym nośniku. W rzeczywistości jednak gdy zbierzemy do kupy wszystkie solówki, albumy kolaboracyjne czy też grupowe, zobaczymy że Killa Tay przez cały czas swojej działalności nie próżnował. Nie będę oczywiście tutaj wymieniał całej dyskografii ale jest tego dużo. Od ostatniego kontrowersyjnego "Thug Religion" mijają aż cztery lata. Widać że reprezentant WCM długo zastanawiał się jak ma wyglądać jego kolejny solowy krążek. Po ostatnich wybrykach w głębokiej wierze i z Bogiem na czele tym razem postanowił wrócić do starego dobrego gangsta shitu. Tytuł "Flood The Market" czyli "zalać rynek" (muzyczny) pewnie niezbyt dobrze się kojarzy fanom rasowej gangsterki. Jednak jestem przekonany że Caponeowi nie chodziło o zaistnienie na szczytach mainstreamowych list przebojów a o zdrową konkurencję na Zachodnim Wybrzeżu. Z nową wytwórnią i z nowym producentem Killa Tay atakuje sklepowe półki...

Na początek kilka słów o samej wytwórni, bo zapewne do wydania "Flood The Market" nigdy by nie doszło gdyby Capone nie spiknął się dawno temu z Johnem Silvą. Wtedy początkujacy producent został po prostu namówiony przez Killa Taya do założenia własnego labelu i tak z inicjatywy obu panów powstało High Powered Ent. (nie mylić z wytwórnią Hi Power Ent. od Mr. Capone-E). CEO jak i nadworny producent J. Silva zrobił na omawiany album wszystkie kawałki prócz ostatniego. Oczywiście, czasy "Mr. Mafioso" czy "Snake Eyes" dawno minęły i produkcja również poszła do przodu (cholera w końcu to już 2005'). Dlatego po "Flood The Market" należy muzycznie spodziewać się nieco innych klimatów niż po klasykach z poprzednich lat. Atmosfera w kawałkach zrobiła się znacznie lżejsza i po mrocznych  mobbowych brzmieniach została jedynie cienka warstwa kurzu. J. Silva to bardzo utalentowany producent, posiada swój charakterystyczny styl a jego podkłady cechuje spora melodyjność która szybko wpada w ucho. Tyczy się to zarówno tych lekkich jak i tych cięższych pozycji. W jego numerach wiele się dzieje a użyte instrumenty brzmią oryginalnie. Gdy usłyszałem jego bity pierwszym słowem jakie narzuciło mi się na myśl było "świeżość". Cieszy również to że płyta jest spójna muzycznie i mimo swej melodyjności nie traci pazura, Silva skrzętnie przechodzi ze spokojniejszych melodii ("Respect My Gangsta, "Westside Bangin", "Money World") do tych agresywniejszych ("Get This Money", "Hot Shit", "Mobb Moves" czy "Only God Can Judge"). Wszystko buja jak należy a jakości dźwięku nie powstydziłby się żaden znany major label. Klasy również można upatrywać w samym gospodarzu "Flood The Market". Killa Tay pozostaje taki jaki był - genialny flow, niebanalne rymy i odpowiednia tematyka, czyli wszystko to za co kochamy członka West Coast Mafia. Rok 2005 był też powrotem masy gości których na poprzedniczce była tylko garstka. Tutaj wraca stara formuła dlatego album zalany jest występami gościnnymi. Widać że High Powered Ent. chciało wydać tę płytę z rozmachem tak jak to robiło stare dobre AWOL (bo kogo tu nie ma). Stawili się wszyscy którzy na Zachodnim Wybrzeżu mają już wyrobioną pozycje, są wysocy rangą lub po prostu to legendy. Pomijąc występy żółtodziobów i niepotrzebnego tutaj Juvenile'a (swoją drogą skąd on tu sie wziął?) wszyscy trzymają swój wysoki poziom..

Killa Tay wracając po czterech latach swoją solówką po raz kolejny udowodnił że potrafi wydać album godny swojej pozycji. Poza tym chce zwrócić uwagę na to że obrany patent raper-producent w przypadku tego artysty sprawdza się idealnie. Poprzednie solo produkował w pełni BC, tutaj (poza ostatnim trackiem) J. Silva. Capone idąc za ciosem na początku 2013 wypuszcza "The One and Only" które również zostało oddane w ręce tylko jednego człowieka - West Coast Stone'a. Niestety trzeba było czekać aż osiem lat zanim Tay postanowił się zebrać na kolejne pełnowartościowe solo. "The One and Only" dostepne jest jak na razie jedynie w wersji cyfrowej i nie wiadomo czy będzie dystrybuowane na szerszą skalę w wersji fizycznej. Jak wspomniałem "Flood The Market" to ostatni album artysty jaki został wytłoczony na płycie. Nic nowego jeśli powiem że album jest nie do dostania za normalne pieniądze. Polecam.














wtorek, 20 sierpnia 2013

Killa Tay and Laroo Tha Hard Hitta - Fuckin With the Mob is A Privilege CD (2009, Timeless ENT)

Ten projekt był dla mnie kompletnym zaskoczeniem i to całkiem mega pozytywnym, i wcale nie chodzi mi o to że takie duo jak Tay i Roo wydali wspólną płytę. Chodzi o to że gdyby nadal istniało AWOL records pewnie tak w tych czasach wyglądałyby płyty wydawane przez ten label. Mimo iż projekt podpisany jest jako płyta dwóch raperów można raczej śmiało stwierdzć iż jest to VA, gdyż tak na serio obaj panowie razem figurują na tylko sześciu pozycjach z piętnastu. Cały album to nic innego jak cała ekipa dawnego AWOL zebrana znowu razem i nagrywająca stary dobry "mob shit". Jedynie kogo nie ma to Lil Ric, ale o ile się nie mylę ten w tym czasie siedział za kratkami. Prócz gospodarzy mamy oczywiście C-Bo, Marvaless, KJ, Luni Coleone, Pizzo i Missippi oraz kilku innych gości skonektowanych z ekipą.

Cóż, jeśli chodzi o muzykę to nie znajdziecie tutaj Mike'a Mosley, Ric Rocka czy DJ Darryla, aż tak dobrze nie będzie. Jest za to Traxx FDR w miarę początkujący producent, zrobił on tutaj trzynaście kawałków z piętnastu (dwa należą do WCM). Od razu trzeba powiedzieć że to co charakteryzuje "Fuckin With The MOB.." to bardzo nowoczesne brzmienie. Jest ono całkowicie inne niż to co dotychczas można było usłyszeć na projektach Taya czy Laroo. Ogromnym plusem jest natomist to że Traxx FDR wybiega w przyszłość zabierając przy tym ze sobą oryginalność i styl. Gdy miałbym jednym stwierdzeniem opisać muzykę na tym LP to do głowy przychodzi mi coś w stylu "futuristic mob shit". Bo oparte w dużej mierze o syntetyczne dźwięki podkłady w pełni oddają mobbsterski klimat i zachowują nienaganny charakter całej ekipy WCM. Czy to chodzi o te lżejsze imprezkowo-klubowe akcenty czy o typowe gangsterskie gówno - niemalże każdy track to banger. Co ważne płyta twardo trzyma się westcoastowego brzmienia a granica między syntetykami a przyjemniejszymi instrumentami jest odpowiednio postawiona. Dalej album zaskakuje już samym konceptem rodem z AWOL. Mamy nawet follow-up do starych czasów w postaci kawałka "Dosia" na którym rapują nie kto inny jak właśnie Killa Tay, Luni Coleone i KJ. Może i atmosfera na płycie nie jest aż tak bardzo hardcorowa jak na zasłużonych klasykach sprzed lat to nie można odmówić jej zadziorności i pazura. Tematyka płyty oczywiście nie odbiega od standardowej jaką zawsze serwuje ekipa WCM gdy połączy razem siły. Jedynie kawałek "The Pain" odstaje od całości, jest to bardzo życiowa solówka Killa Taya. Jakoś nie specjalnie pasuje mi ona na ten album. Jest dla niego za spokojna i mało reprezentatywna. Tekstowo nie mam nic do zarzucenia całości. Wszyscy zrobili to co do nich należy. Potknięć można doszukiwać się u nowicjuszy zaproszonych na album lecz ich udział jest tak niewielki że nawet się na to nie zwraca uwagi. To też jest kolejnym ogromnym plusem tego krążka - znikoma ilość gości z poza. Krążek zdominowany jest przez weteranów i nawet Missippi dostał trzy refreny!

Słuchając "Fuckin With The MOB.." po prostu czuć że wszyscy nadal tworzą jedną wielką rodzinę i ma się wrażenie jakby to była końcowka lat 90'. Właśnie dlatego ten album jest taki specyficzny i moim zdaniem bardzo ważny. Nie wiadomo czy kiedykolwiek takie wydarzenie się powtórzy. Dla fanów starych czasów i całego West Coast Mafia pozycja na pewno obowiązkowa. Natomiast jeśli ktoś dopiero zapoznaje się z wydawniczą historią Zachodniego Wybrzeża i nie do końca podchodzą mu ciężkie klasyki weteranów z AWOL, to bez obawy może sięgnąć po ten projekt. Starzy wyjadacze na nowym brzmieniu wypadaja równie kozacko.

Na koniec kilka słów odnośnie dostępności płyty. Jak to na Zachodnim Wybrzeżu bywa (i co jest bardzo denerwujące) małe wytwórnie wypuszczają równie mały nakład. Tym razem w przypadku Timeless Entertainment mamy tę samą sytuację. Plyta została rzucona do sklepów, szybko wukupiona i żeby ją gdziekolwiek dostać graniczy z cudem. Mimo wszystko zachęcam do kupna.









poniedziałek, 27 maja 2013

Killa Tay - Thug Religion CD (2001, Real Life/Blueprint Records)

Od wydania swojego debiutu Killa Tay wędruje od wytwórni do wytwórni. Pierwotnie omawiana pozycja miała wrócić do rdzennego AWOL records, lecz ze względu na jakieś niedogodności biznesowe do tego nie doszło. Zdegustowany współpracą z poprzednikami, w rok po wydaniu świetnego "Snake Eyes" Tay Capone zdecydował się wydać album niezależnie pod skrzydałami własnego labelu Real Life Mob Entertainment. Podjęcie tych drastycznych kroków zaowocowało także zmianą w samym artyście. Tak jak poprzednie dwa albumy to czystej maści gangsta shit tak tutaj Killa Tay zwraca się w kierunku wiary i samego Boga. Od razu uspokajam że nie jest to co sobie niektórzy mogą mysleć. Nie ma tu wieszania się na krzyżu, chrześcijańskiego bełkotu, przepisywania wersetów Biblii i picia wody święconej. "Thug Religion" to bardzo przemyślany i konceptualny album któremu baaardzo daleko do infantylizmu...

Tytułowy termin określa mniej więcej styl życia i postępowania zgodnie z prawdą, wierząc że nad wszystkim czuwa wszechmogący. Idea jest bardzo szczytna a Capone bardzo ladnie poradził sobie z przekazem składając niebanalne rymy, poruszając poważne tematy i skrzętnie wpasowując postać Boga oraz zagadnień wiary między wersy. Bo tak naprawdę cała ta religijna otoczka to tylko tło do głębokiej treści jaką niesie ze sobą omawiany krążek. Zabrzmi to nieco zaskakująco ale "Thug Religion" można by postawić na jednej półce z wczesnymi płytami takich wykonawców jak Public Enemy czy Paris. To dzięki temu że teksty głównie skupiają się na niesprawiedliwości Ameryki względem afro-amerykanów i na ich problemach społecznych. Wiele razy padają oskarżenia w kierunku białego człowieka któremu zarzuca się powolną eksterminacje czarnych i często nazywa się go "białym diabłem". Sam Killa Tay objawia się (tak to dobre słowo) tutaj jako lider nawołujący do zmiany mentalności ludzi czarnej rasy by zaprzestali wojen między sobą i skupili swoją uwagę na prawdziwym wrogu (czyli właśnie Ameryce). Kolejna kwestia dotyczy zaś światka muzycznego. Wiele uwagi Tay poświęca negowaniu szemranych wytwórni płytowych i innych partnerów biznesowych oraz kładzie spory nacisk na niezależność wydawniczą. Obrana tematyka nie każdemu przypadła do gustu dlatego trudno się dziwić że na albumie zabrakło typowych gościnnych występów z poprzednich dwóch solówek. Z ekipy został jedynie Luni Coleone który nie rapuje nawet jednej zwrotki lecz dostał za to aż cztery refreny oraz Guce który udziela się w "Revalations". Lukę po pozostałych wypełniają tacy ludzie jak DukeEwater, A.K, K-9 czy panowie od śpiewanych refrenów Amos Carter i Teleone. Zaskakuje również dobór muzyki, która w pełni została powierzona jednemu producentowi - BC. Z jednej strony może to dziwić ale z drugiej, nie wyobrażam sobie by One Drop Scott, Ric Roc czy sam Tay zdołali wybrnąć z tego zadania lepiej od niego. Nie znajdziemy tutaj pompatycznych wydziwnień i niebiańskich churków lecz porządne bity oraz dawkę nieco wzniosłych melodii trzymających się normalnych rapowych standardów. Mamy tu do czynienia z naprawdę charakterystyczną gamą instrumentów i sampli. Czyni to album wyjątkowym jak i również bardzo klimatycznym. Nie skłamię gdy napiszę że atmosfera jaką udało się tutaj wprowadzić BC jest po prostu nie do powtórzenia i genialnie wpasowuję się w konwencję płyty.

"Thug Religion" to spora odskocznia od poprzednich dokonań Taya Capone. Typowy mobbstyle zamienił się w coś czego nikt by się nie spodziewal po takim raperze. Tym samym dziwi poziom całego przedsięwzięcia który jest naprawdę pozytywnie zaskakujący. Uważam że ci którzy znają Killa Tay'a z jego poprzednich dokonań solowych czy też grupowych (Dosia "Waiting To Inhale" razem z Luni Coleone i K-J) nie powinni traktować tego albumu jako pozycji którą można sobie odpuścić. Wręcz przeciwnie. Ten album udowadnia że Tay potrafi nagrać nie tylko typowy mob shit ale też świetnie odnajduje się w innych klimatach.

Żeby nie było za dobrze przy wydawaniu "Thug Religion" nie obyło się bez pewnych niedogodności Jak wspomniałem album wychodzi w labelu Taya, Real Life Ent. i mimo szczerych chęci nie udało się tu udżwignąć do końca spraw dystrybucyjno-promocyjnych. Tym samym płyta wyszła w małym nakładzie i kompletnie niemożliwe jest jakiekolwiek jej dostanie. Oryginalnie, wypuszczono ją tylko w 2001'. Kolejne wydanie w 2003 wydało Rap Classics które chciało tylko wyłudzić kasę na znanym tytule. Ich release jest pogwałceniem jakichkolwiek praw estetycznych i zapewne wydawniczych. Przestrzegam przed zakupem tego wydania jak i innych płyt przez nich wypuszczonych. Osobiście posiadam oba pressy a czym się one różnią widać dokładnie na zdjęciach niżej.


                                          2001' Real Life/Blueprint Records


                                          2003 Rap Classics




środa, 22 maja 2013

Killa Tay - Snake Eyes CD (2000, D1A)

W dwa lata po klasycznym "Mr. Mafioso" do rąk fanów trafia kolejny krążek Taya Capone "Snake Eyes". Okładka jak i sam tytuł zdają się informować nas o tym że mamy kolejnego godnego następcę po genialnym debiucie. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to iż płyta nie wychodzi w AWOL lecz w D1A co pewnie było przyczyną niewielkich zmian. Wiem że Killa Tay mógłby trzymać się schematów z poprzedniej płyty (dostalibyśmy kopie poprzedniczki i pewnie równie dobrze zostałaby ona przyjęta ) lecz jak się domyślam chęć uniknięcia monotonii skłoniła Capone'a by nieco urozmaicił swoje kolejne solo...

Jeśli chodzi o stronę tekstową to nie uległa ona zmianie, kto polubił Capone'a na jego pierwszej płycie nie będzie zawiedziony i na tej. Killa Tay nadal serwuje hardcorowe rymy o tematyce mobb-thugowej a robi to w sposób jak tylko on potrafi. Naprawdę jestem pełen podziwu dla takich artystów dla których złożenie niezłego wersu wydaje się być tak proste jak pstryknięcie palcami. Irytować nieco mogą jedynie udziwnienia w celu podkreślenia rymów, tutaj są to piski. Swego czasu modne były tego typu zabiegi lecz specjalnie nie przeszkadza to w ogólnym odbiorze albumu. Tak jak i na poprzedniej płycie na "Snake Eyes" znalazła się pokaźna liczba raperów wspierająca artystę na mikrofonie. Co ciekawe w dużej mierze Killa Taya uzupełnia tutaj Cosmo, który pokazuje się w kilku zwrotkach jak i refrenach. Jak się domyślam (choć moge się mylić) był to przewodni artysta wytwórni D1A i stąd pewnie taki nacisk na jego osobę. Chłopak sprawuje się całkiem dobrze, ma niezłe rymy i płynnie leci po bicie, lecz jak dla mnie trochę brakuje mu głębszej barwy głosu. Z mniej znanych gości pozytywnie zaskoczyli mnie tacy panowie jak Buggy, Young Sly i Revenge, którzy uraczyli mnie ciekawymi technicznie zwrotkami i naprawdę porywającym flow. Szkoda że słuch o nich po prostu zaginął i nie przypominam sobie by brali udział w jakichkolwiek jeszcze projektach. Z bliższej rodziny nie obeszło się oczywiście bez C-Bo, Marvaless czy Luniego Coleone, zaś Pizzo i Laroo niestety nie uświadczymy wcale. Zabrakło mi również większego udziału Mississippiego. W "So Serious" za to mamy Brotha Lynch Hung który super odnalazł się w mobbstyleowym klimacie. On jak i wszyscy znani goście (Yukmouth, Mac Mall, E.D.I.) zaprezentowali się jeszcze w swoich starych dobrych stylach za którymi tak się teraz tęskni. Na album udało się również zaprosić siostrę 2Paca, Sekyiwa "Set" Shakur, choć niestety nie wiem po co bo pani jest żadną raperką i jej występ uważam za niezbyt udany. Zmiany w produkcji nie sa jakieś drastyczne lecz na tyle odczuwalne by rzucić nieco światła na otaczającą album mroczną otoczkę. Na "Snake Eyes" Killa Tay dał trochę upustu czystemu mobb shitowi i poszerzył swoje horyzonty o bardziej przystępną produkcję. Naturalnie, akcenty z "Mr. Mafioso" nadal się pojawiają, ich nasilenie jest stosunkowo małe co do reszty lecz nadal mamy do czynienia z konkretnym hardcorowym gównem. Takie kawałki jak "Tha Murda Show", "Hard Ball", "Thug Livin", "Perfect 187" czy tytułowe "Snake Eyes" mówią same za siebie. Lżejszą atmosferę możemy odnaleźć w takich kawałkach jak "Big Scrilla", ""Coast Trippin" czy "Power Moves" i "Hard Hitters" oraz w przeróbce Luniz "G'z On It". "Let's Ride" natomiast to hit ze śpiewanym refrenem a "Last Days" to już całkiem inna bajka, odstaje on od całości dzięki swojemu pesymistycznemu wydźwiękowi i pewnie dlatego znalazł się na samym końcu albumu. Muzyka w dużej mierze została skomponowana przez One Drop Scott'a i Jamiel'a Hasson'a. Po jednym tracku dali John Silva, Ric Roc, Mr. Marquis i sam Tay ("So Serious"). Album brzmi naprawdę porządnie, instrumenty brzmią żywo i ścielą się gęsto. Jak zwykle możemy liczyć na twarde stopy, ciężkie basy oraz przede wszystkim na naprawdę niesamowity klimat.

Mimo iz widać kontrast między "Snake Eyes" a "Mr. Mafioso" to nie umiem wskazać tej lepszej, dla mnie obie są po prostu genialne i prezentują niepodważalny poziom do tego by nazywano je klasykami. Oryginalnie album wychodzi tylko w 2000'. Do niedawna można go było kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze. Obecnie coraz mniej pojawia się w internecie.




sobota, 11 maja 2013

Killa Tay - Mr. Mafioso CD (1998, AWOL)

Chyba nie znam żadnego rapera z Californi który tworzyłby tak hardcorowe albumy. Czego nie dotknie się Tay Capone to musi być najtwardsze gówno wysokich lotów. Na przestrzeni lat nie obyło się jednak bez kilku wpadek lecz były one tak  mało znaczące że nawet nie musnęło to takiej figury jaką jest Killa Tay. Od początku swej działalności idzie przez gre ze ściśle wyznaczonymi przez siebie zasadami czego dowodem jest jakość płyt przez niego wydawanych. Czy albumy solowe czy kolaboracje z innymi raperami, Tay nie schodzi z obranej na początku drogi twardego i bezkompromisowego rapera (krótko mówiąc, nigdy się "nie sprzedał"). "Mr. Mafioso" to pierwsze solowe przedsięwzięcie Tay Capone'a i jak się można domyślać, uważane za jego najlepsze. Niewątpliwie jest to klasyk lecz poziom płyt wydanych przez Killa Taya w póżniejszych latach jest równie wysoki, trudno więc na piedestale stawiać tylko tę jedną...

Można powiedzieć że Killa Tay to bestia (jak i z wyglądu tak i za mikrofonem). Gdy słyszymy jego głos i to z jaką ekspresją wypluwa rymy to naprawdę czuć że jakakolwiek utarczka z takim osobnikiem dla nas skończyłaby się conajmniej nieprzyjemnie. Potężna i głęboka barwa oraz agresywny trochę nawet krzyczący flow to podstawowe składniki Tay'owskiej formuły. Do tego dochodzą bardzo wyraziste i hardcorowe teksty oraz charyzma samego rapera (nie ukrywam, dla mnie postać Killa Tay'a to fenomen na kalifornijskiej scenie). "Mr. Mafioso" obiera konwencję jaką mają chyba wszystkie wydane płyty w AWOL tamtych czasów. Już po samych tytułach wiemy co się święci i należy spodziewać się co najmniej mobb/thug shitu wysokiej klasy. Oczywiście nie ma tu za wiele solówek samego gospodarza i płyta przesiąknięta jest występami gościnnymi, lecz nie jest to nic dziwnego i fani AWOL/WCM na pewno nie będą tym faktem zniesmaczeni. Tym bardziej że większości zaproszonych kotów słucha się z przyjemnością, a Killa Tay nie gubi się w tłumie i bez wątpienia gra tu pierwsze skrzypce. Legendarnych płyt nie ma także bez genialnej produkcji a na "Mr. Mafioso" jest ona równie kluczowa co talent Taya Capone. Muzyka jest ciężka i w dużej mierze mroczna ale tutaj przechodzi wszelkie granice i wkracza w inny wymiar. Na tym krążku morderstwo po prostu wisi w powietrzu, czuć dym wylatujący ze spluw a paranoiczny klimat przesiąka nas do kości. Masa ciężkich wykręconych dźwięków z twardymi basami i niepokojącymi piszczałami daje naprawdę powalający efekt. Nawet gdy Killa Tay cały kawałek poświęca tematyce "kobiet" ("Triccs") atmosfera pozostaje nie zmieniona, dopiero ostatni utwór na płycie "My Past-Time" daje odrobinę wytchnienia słuchaczowi. Niezłym dodatkiem do tego wszystkiego jest wokalista Mississippi. Jego talent polega na tym że genialnie wpasował się w twarde klimaty AWOL. Uszlachetnia kawałki swoim głosem przy czym udaje mu się w niektórych z nich stworzyć jeszcze bardziej psychodeliczny klimat jak np. w "I See Faces" (można powiedzieć że Mississippi to taka wisienka na torcie tej wytwórni). Dodam na koniec jeszcze bardzo istotną rzecz tyczącą się "Mr. Mafioso" gdyż niektórym może że się wydawać że kawałki zlewają się ze sobą. Możemy odnieść takie wrażenie jeśli słuchamy albumu powierzchownie. Natomiast prawdą jest że im więcej go puszczamy i się w niego zagłębiamy, powoli odnajdujemy smaczki i charakterystyczne elementy każdego z utworów. Tym samym płyta nam się praktycznie nie nudzi. Za każdym razem gdy ją odpalam czuję zawsze taką samą nieposkromioną energię i niesamowity klimat.

Zdecydowanie "Mr. Mafioso" to klasyk roku 98'. Bez wahania stawiam go na jednej półce z takimi płytami jak C-Bo "Til My Casket Drops", Luni Coleone "A Million Words, A Million Dollars" czy Laroo "Fear No Fate". Jest esencją hardcoru Zachodniego Wybrzeża i kolejną wzorcową płytą wytwórni AWOL. Polecam ten album jak i inne krążki Killa Taya osobom które lubują się w twardych, bezkompromisowych stylach. Tylko ci będą w stanie dostrzec jak genialny jest to krążek i w pełni docenią jego jakość. 

Płyta oryginalnie wychodzi w 98' w AWOL, o  dziwo (pewnie mało kto wie) doczekała się reedycji w 2006'. O dziwo, okładka jak i zawartość samego krążka pozostaje taka sama, co pewnie jest dobrą wiadomością dla zbieraczy dysków. Jedyną różnicę jaką będziecie mogli zauważyć to inny barcode (co oczywiste) oraz znaczek "parental advisory" na przodzie okładki, który w reedycji jest specjalnie zniekształcony. Dostępność obu wydań jest oczywiście ostro ograniczona więc trzeba mieć sporo szczęścia by którekolwiek dorwać.