Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Diego CDs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Diego CDs. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 października 2016

Beta Bossalini - BetaFace Manson CD (2012, Sidewayz Mafia Family)

Jeśli ktoś wyjątkowo interesuje się rapem z San Diego to nie ma takiej możliwości aby nie znał ksywki jaką jest Beta Bossalini. Może raper ten nie rzuca się szczególnie w oczy i nie jest tak rozpoznawalny jak Mitchy Slick czy I-Rocc to jednak trzeba przyznać że zdążył się już sporo ponagrywać. Nie będę wymieniał tutaj całej dyskografii Bety (łatwo można sobie ją wyszukać w google) jednak warto przypomnieć sobie kilka projektów z jego udziałem które były bardziej widoczne na Zachodnim Wybrzeżu. Chodzi mi tu głównie o takie albumy jak klasyczne R. Beta & Macnificent "Overhated & Underrated" z 2003 roku, na którym pojawili się m. in. C-Bo i Mac Dre. Oraz kolaboracja "Suga Free's Secret Congregation" gdzie Beta miał szanse współdzielić mikrofon (ponownie) z Macnificent i Suga Free. Poza tym raper ten zostawił całkiem sporą liczbę zwrotek na kompilacji Luniego Coleon'a "Anger Management" i miał zaszczyt pojawić się na bardzo głośnej westcoastowej pozycji, czyli "The C-Section" od Bluez Brotherz. To tak w dużym skrócie...

Od razu przyznaje się bez zbędnych tortur że nie jestem jakimś wielkim fanem Bety i nie znam jego solówek. "BetaFace Manson" to projekt który mimochodem wpadł mi w ręce wraz z comiesięczna partią cdków. Album ma szeroką dystrybucję więc łatwo jest go kupić a że akurat coś mnie tknęło to sobie z ciekawości wziąłem. Pomyślałem sobie że może tym razem ominie mnie jakże powszechna, typowa gangsterka i będę miał okazje posłuchać jakiegoś konceptualnego albumu z mocną historią w tle. W końcu z taką okładką i tytułem nie może być chyba inaczej? Bossalini w masce Hannibala, ciało obdartej niewiasty na skórzanej kanapie....chyba szykuje się coś na prawdę hardcorowego...

W otwierającym krążek "Baby I Promise" dochodzi do totalnej rzezi. Beta bez żadnych skrupułów znęca się nad jakąś kobietą. W skicie "1st Call" następującym po tejże jatce dowiadujemy się o kilku porzuconych ciałach, oczywiście należących do płci przeciwnej. Kim były te kobiety i z jakich powodów zostały zabite? Tego niestety się nie dowiemy ponieważ moja założona wcześniej koncepcja rozpada się już przy kolejnych utworach i jest jedną wielką papraniną. Miałem nadzieje że Beta Bossalini dostarczy mi pełen horror, opowie historię burzliwej miłości i przedstawi psychopatyczną wizję jej zakończenia. Zamiast tego dał dwa wyświechtane horrorcorowe numery a resztę zapełnił nic nie wnoszącym paplaniem o swojej megalomanii, dupach, forsie, sprzedawaniu prochów i wożeniu się. Co się tutaj stało? Spróbuję to wszystko w jakiś sensowny sposób wyjaśnić. Od strony "filmowej" krążek ten jest znakomicie przygotowany. Telewizyjne wzmianki o znanym przestępcy Charlesie Mansonie przewijają się między poszczególnymi kawałkami co tworzy pewną atmosferę zaniepokojenia. Do "Ski Mask Musiq" wrzucona została nawet znana kwestia "I don't want to take my time going to work. I've got a motorcycle and a sleeping bag, and ten or fifteen girls, what the hell I want to go off and go to work for? Work for what, money? I got all the money in the world. I'm the king, man! I run the underworld, guy". Przesłuchując płytę któryś raz z kolei w końcu zrozumiałem że ten cytat jest tutaj kluczowy i wyznacza główne tematy jakimi dysponuje Beta. Okazuje się bowiem że raper przyjmując alter ego Mansona wcale nie zamierza zostawiać stosów trupów porozrzucanych po całym albumie lecz wybiera te cechy osobowości szaleńca które gwarantują sukces. Czyli między innymi niepowtarzalna charyzma i zdolność manipulowania ludźmi, w tym przypadku głównie kobietami. Jeśli właśnie o nie chodzi to trzeba nadmienić że raper poświęca im w swoich tekstach całkiem sporo miejsca. Niestety raczej nie usłyszymy o tych dobrych cechach płci przeciwnej, bo zdaje się że Beta szacunku do panienek nie ma wcale. Ale może jest to wynik wieloletnich złych doświadczeń co w sumie tłumaczyłoby niejako okładkę, brutalne jazdy i przedmiotowe traktowanie...

Przechodząc w końcu do walorów artystycznych płyty, też jest się nad czym rozwodzić bo gospodarz jak i producenci nieźle nam tutaj namieszali. Beta jako horrocorowiec nie wypada tragicznie jednak jego wyobraźnia na tym polu jest dość płytka, dlatego nie usłyszymy w tej kwestii nic oryginalnego. Z drugiej jednak strony w takich kawałkach jak "Baby I Promise" albo "Me & Her" znajdziemy zdecydowanie więcej akcji niż w reszcie materiału. Nie wiem jak Bossalini radzi sobie na innych swoich solówkach ale tutaj chłopak się raczej nie popisał. Potrafi być do bólu nudny, mówiąc co mu akurat ślina na język przyniesie - "Takin  Off", "In My Zone", "Go Head Beta". Natomiast gdy zabiera się za prawdziwe kawałki, pisane od serca i poruszające dość ważne zagadnienia (jak na ulicznika) to bez wahania można ustawić "repeat". "Never Tell A Lie" i "Awful Sinz" to tutaj wyjątkowe dobre numery i aż dziwi że Bossalini zamiast pójść w tym kierunku, głównie zajął się nagrywaniem bzdur..

Muzycznie album wypada całkiem przyzwoicie choć to zależy jakie kto ma upodobania. Produkcja czerpie sporo z południa, więc trzeba się nastawić że część płyty będzie utrzymana w rasowych trapach a nawet w dziwnie wykręconych, dość głupkowatych klimatach ("Go Head Beta"). Druga cześć to nowoczesne westcoastowe podkłady które stanowczo wyróżniają się na plus. Jest to głównie zasługa chłopaków z Batkave oraz J-Booga którzy jeszcze do końca nie zgłupieli i pamiętają że świat nie kończy się jedynie na syntezatorach. Dzięki nim do moich uszu dopuszczam czasem kawałki które lirycznie mi nie do końca podchodzą. Całe muzyczne zaplecze jest bardzo misternie przygotowane i mimo że osobiście nie rajcują mnie niektóre wtórne patenty to przyznaje że płyta brzmi totalnie profesjonalnie. Słychać że producenci poświęcili bitom trochę więcej niż 15 minut...

Podsumowując "BetaFace Manson" to płyta pełna sprzeczności oraz nierówności. Poza dwoma numerami nie doświadczymy na niej oczywistego horrorcoru bo jest to tylko skrzętnie zrobiona otoczka, wtopiona w album by wzbudzić większe zainteresowanie. Tematy na płycie krążą głównie wokół typowych uliczno-gangsterskich spraw i rozdmuchanego ego Bety aniżeli patroszenia kogo popadnie. Szczerze powiedziawszy trudno mi jest jednoznacznie ocenić ten krążek. Gdyby Bossalini faktycznie bardziej się przyłożył, odstawił niepotrzebne psychopatyczne jazdy i skupił na istotniejszych rzeczach może i dostalibyśmy dzieło warte większej uwagi. Wiem że w chłopaku siedzi potencjał bo potrafi zostawić po sobie ciekawy wers, jak również wokalnie spisuje się nienagannie przystosowując swój flow do zróżnicowanej produkcji. Niestety, fajny pomysł został tutaj po prostu niedbale zrealizowany. Na dzień dzisiejszy słucham tylko wybranych kawałków gdyż cały album mnie denerwuje...

ps. Bossalini chyba zapomniał że jego idol którym się inspirował nigdy nikogo własnoręcznie nie zabił. Ale może tu chodzi o połączenie Hannibala i Mansona w jedno i stąd BetaFace Manson? Ehhh....


poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Smigg Dirtee - Silas A.K.A Smigg Dirtee CD (2002, One 4 Us/ ABA Muzic)

W roku 2002 Sacramento zrodziło wiele ciekawych, klasycznych gangsterskich projektów które do dziś z przyjemnością wrzucam na odsłuch. By wymienić te najważniejsze, dostaliśmy aż dwie płyty od C-Bo "West Coast Mafia" i "Life As a Rider", od Luniego "Lunicoleone.com" oraz jego kolaboracje z Hollow Tipem w "Wanted Dead Or Alive. Sam Markus w tym czasie wypuścił kolejny grupowy album z Mic-C jako 2Sav "Sav'd Out", zaś X-Raided razem z Kingpenem przedstawiają swoje "City Of Kings "Sac-a-Indo Project". Dodatkowo śmiało można wymienić "The Plague" czyli kooperację między Brotha Lynch Hung i Doomsday Productions" oraz genialne "The Big Black Bat" od First Degree The D.E. Mimo że Dirtee w trakcie wydania swej pierwszej solówki wcale nie był żółtodziobem to jego "Silas aka Smgg Dirtee" jakoś ginie na tle wyżej wymienionych pozycji. Fakt że album ten plasuje się miejsce niżej na podium i trudno nadać tej płycie miano pozycji kultowej to jednak warto jest ją sprawdzić, by zobaczyć że początki tego niepozornego kolesia w okularach były naprawdę imponujące...

Smigg Dirtee jest dziś postacią bardzo dobrze znaną i powszechnie cenioną lecz jeśli o mnie chodzi, dawno wypadł z mojego rankingu najlepszych raperów podziemia Zachodniego Wybrzeża. Niby koleś ma potężną dyskografię, możemy go również spotkać gościnnie na wielu albumach z Sac czy Diego to jednak nie zdołał zaskarbić sobie mojej sympatii na tyle bym rzucał się na jego płyty z cieknącą śliną. Spora liczba jego krążków zniechęciła mnie przede wszystkim mało wciągającym muzycznym repertuarem. Zaś w ostatnich latach doszedł również spadek formy samego rapera co skutkowało kompletnym brakiem zainteresowania jego osobą z mojej strony. Oczywiście nie twierdzę że Dirtee jest kiepski, wręcz przeciwnie, posiada talent i ogromny potencjał czego dowiódł wiele razy. Chodzi jednak o to że chłopak stał się mało konsekwentny i mam wrażenie że zaczął robić kawałki naprędce, nie angażując się zbytnio w swoją pracę. Stąd też coraz częścięj dostajemy od niego stratne jakościowo cyfrówki ze średnimi piosenkami aniżeli konkretne, fizyczne albumy z porządnym materiałem. Przy okazji pierwszej solówki rapera wrócimy do czasów w których liczyły się umiejętności a nie bajdurzenie w mediach społecznościowych. Kiedy wydanie twardego nośnika było dla rapera zaszczytem, a nie kosztownym przymusem. Od razu przyznaję się że bardzo lubię tę płytę, a to przede wszystkim dlatego że Smigg Dirtee jest na niej cholernie dobry. Choć nigdy nie przepadałem za miękkimi wokalami to raper nadrabia straty osobowością i elegancką nawijką. Widać tutaj pomysł na przedstawienie swojej sylwetki i album który w rzeczywistości niesie więcej pozytywnej energii i humoru niż puszenia się co chwilę z gnatem w dłoni. Smigg bardzo przypomina mi tutaj T-Nutty gdyż jest tu mnóstwo górnolotnego żonglowania rymami, kombinowania z flow i techniką, miejsca na wygłupy i zabawne porównania. Robi wrażenie gdy raper np. zaczyna "Dirtee Dancer", kawałek o wypasaniu się w klubie i braniu prywatnego tańca od białej kobiety słowami "me and my squad, hit the nightfall and act like dogs" albo śmieszy gdy frywolnie wyśpiewuje refren "when i step up in the party all the girls want my booody, a skinny nigga actin naughty" z numeru "Big Screen TV's, Blunts, 40's and Bitchez". Oczywiście, to że na płycie jest dużo swobody, przechwałek i rubaszności wcale nie przeszkadza gospodarzowi by przy okazji poruszyć kilka ważniejszych kwestii. Bo tak jak wszędzie, trzeba zbywać środkowym palcem hejterów, być pewnym siebie i konsekwentnym w dążeniu co celu czy ciężko tyrać by zarabiać godny szmal. Mocne "100% Dirtee" to natomiast typowe figle ze spluwami i odstrzał palantów grających na nerwach, a ostatni numer na albumie przedstawi filozoficzne wywody Smigga na temat miłości i życia (krótkie aczkolwiek niespotykane). Na arenie producenckiej najszerzej zaprezentował się One 4 Us (aż 9 numerów), M1 i Big Hollis podrzucili dwa beaty, Pale Soul i Luni Coleone dali po jednym, zaś sam Smigg Dirtee zrobił sobie aż sześć podkładów. Część ilustracji muzycznych nacechowana jest nutami o rozrywkowym charakterze, dla których inżynierowie dźwięku postarali się o skoczne i klubowe, czasem szybsze rytmy ("Big Screen TV's...), lub też o lekko głupkowate, oszczędne melodie ("Smigg Dirtee", "This Is It [Uh])", "Money Over Bitchez"). Druga połowa natomiast jest bardziej ujarzmiona i nastrojowa, prowadzona z umiarkowanym lub wolniejszym metrum. W tej części mamy takie utwory jak rozpływające się wśród ciepłych instrumentów, g-funkujące "Heaterz" i chilloutowe "Curious", melancholijne "Makes Me Wanna Holla", zadziorne "All About My Richez" albo typowo thuggowe "Blocc Shit". Jako ciekawostkę lub też dla niektórych wytyczną, dodam że kilka podkładów z powodzeniem mogłoby znaleźć się na wydanych w Out of Bounds, krążkach Luniego, "In The Mouth Of Madness" albo "Lunicoleone.com". Solówka Pollarda jest również podobnie nagrana co klasyki Monterrio. Miks jest nieco przybrudzony, mastering wykonany twardo lecz wystarczająco klarownie, czuć jest tą surowość, typową dla Sactown z tamtego okresu...

Na "Silas aka Smigg Dirtee" zobaczycie cieszącego się życiem, wyluzowanego Dirtee, podrywającego panienki i bujającego się ze w swą ekipą. Liczy się tu przede wszystkim zabawa i to by nie brać wszystkiego zbyt serio. Z drugiej strony jest tu dużo głębszej treści, przemyśleń odnośnie wielu sytuacji i składanych co chwilę gangowych deklaracji. Bez wątpienia Smigg wspiął się tą płytą na sam szczyt lirycznego panteonu. Na albumie mogłoby być jednak więcej wkręcających podkładów od doświadczonych producentów, zamiast tych które raper postanowił złożyć sobie sam. Mimo że atmosfera muzyki od Pollarda bardzo pasuje do albumu a on sam zabija te kawałki swymi umiejętnościami to wyraźne słychać tu obniżenie poziomu produkcji. Oczywiście, nikogo nie zniechęcam bo jest to jedynie mały uszczerbek na tym niesamowitym krążku i każdy szanujący się fan Sactown powinien się z nim zapoznać a nawet nabyć jeśli nadarzy się dobra okazja. Dla mnie niezaprzeczalny klasyk...

piątek, 28 listopada 2014

The Jacka and 12 Gauge Shotie - The Price Of Money CD (2009, Yze Guyz Entertainment)

Twelve aka 12 Gauge Shotie co można powiedzieć o tym reprezentancie San Diego? Niestety niewiele. Jego staż na scenie sięga okresu dekady ale przez ten czas raper za bardzo się nie wychylał. Wiem jednak że zyskał sobie szacunek w podziemiu za wkład w rozwijanie lokalnej sceny. W roku 2005 razem z dwoma koleżkami pod nazwą Mary Jane Junkeez wydał album "Operation: Gain Green". Jego zwrotki pojawiły się m.in. na The A-Team - Teamwork (2004), I-Rocc - Center Of Attention (2006) czy na płycie Googie Monsta - "Im a Monsta" z 2007.  Jego solowe konto obejmuje street album/mixtape "So Cal Fornia" i projekt "Mixtapes Is Dead". Zaś w 2010 Twelve razem z Lil-B Stonem wypuszcza "Co-Defendants". Jak widać nie jest tego wiele. Nasuwa się też pytanie co ten koleś robi na kolaboracji z Jacką? W sumie, nie wiem też co dokładnie skłoniło mnie do kupna tego krążka. Jak mniemam, była to po prostu czysta ciekawość. Wcześniej miałem okazje usłyszeć wspomniane "Co-Defendants" co pewnie rozpaliło mój apetyt na inne, oficjalne dokonania rapera...

Gdy przeleciał pierwszy odsłuch "The Price Of Money" plułem sobie w brodę że tak pochopnie wydałem te kilkanaście dolców. Co za mało istotny, krótki i niepotrzebny album z którego nic nie wynika - marudziłem. Ze względu jednak na to że nigdy nie poddaję się bez walki, postanowiłem zostawić płytę na re-peacie tak długo aż coś między nami zaiskrzy. Twelve to raper ze specyficzną chrypką w gardle. Po podkładzie porusza się jakby od niechcenia ale z niebywałą precyzją i melodyjnością. Jego flow cechuje nuta olewactwa i beztroski dlatego czasami można odnieść wrażenie że bardziej gada niż rapuje. Mimo że nie należy do mistrzów pióra to można go polubić. Układa chwytliwe teksty i z luzem podchodzi do tematu. Na nośniku znajduje się dwanaście numerów, co zaskakujące z zerową liczbą gości (zapewne dlatego że budżet już na to nie pozwalał). Widząc Jackę na okładce można by się spodziewać ostrej gangsterki, przerzucania towaru i co chwilę wyciąganych spluw. Natomiast Shotie podrzucił Mob Fidze takie tytuły do których ten musiał się dostosować. Nie należy się więc nastawiać na rasowe mobbsterskie gówno tylko na luźną płytę z przypadkowymi tematami. Niektóre z nich naprawdę zaskakują jak np. "Should I" w którym Twelve boryka się z dylematem posiadania pokaźnej sumy i nie wie jak ma ją spożytkować. Albo "Callin" o zawracaniu dupy przez natrętnych abonentów. Poza tym jak zawsze usłyszymy rymy o zajebistości chłopaków (i tej płyty) w "Dope", imprezowaniu w "Throw It Up" czy o wszystkim i o niczym w "Mob Shit". Ogólnie album jest mało poważny i wyjątkiem są jedynie dwa ostatnie kawałki. To mi jednak wcale nie przeszkadza a wręcz bym powiedział że jest to jego zaletą, bo styl jaki posiada Twelve świetnie się sprawdza w takich bzdurnych klimatach. O dziwo równie dobrze wypada dobrana muzyka. Trudno tu doszukiwać się konkretnych stylów i podkłady są tak samo przypadkowe co zestawienie dwunastu tytułów. Słychać jednak że zrealizowano je na porządnym sprzęcie a więc brzmienie jest żywe i soczyste. Są tu mocne uderzenia jak "Live Like This", "Kan't Be Me" albo "Chop Out" robione na klawiszach. Jak i typowo samplowane motywy ("Callin", "Sunshine", "Paper Long", "Dayz Like This", "All My Niggaz". Mimo że produkcja nie posiada szczególnie oryginalnych cech i niczym się nie wyróżnia to dobrze się jej słucha (tylko numer sześć nieco szwankuje jeśli chodzi o miks). Ktoś teraz może zapytać czemu na początku tak przyczepiłem się do tego albumu skoro wydaje się całkiem spoko. No cóż, związek na lata między mną a "The Price Of Money" nie wchodzi w rachubę i będzie to raczej tylko przelotny romans. To dlatego że jej koncepcja jest po prostu mało zadowalająca. Widać tu bowiem ewidentnie że Twelve podparł się znaną ksywką dla szerszej promocji własnej. Bo chemii między artystami tutaj nie ma i chodzi jedynie o czysty biznes. Płytę wydał sam reprezentant San Diego przez swoje Yze Guyz Ent. przy dystrybucyjnym wsparciu City Hall i czuję że powinna mieć ona nazwę 12 Gauge Shotie feat The Jacka. Na dwanaście tytułów w dwóch numerach Mob Figa się nawet nie pojawia. W tych gdzie się udziela, trzy to jedynie dwuzwrotkowce trwające trochę ponad dwie minuty. Ubogi fundusz nie pozwalał również na zaproszenie kolegi na plan klipu dlatego Shotie był zmuszony zrobić go do swej solówki w "Should I".

CD zapakowano w gruby jewel case i wrzucono do niego trzyczęściową rozkładówkę z całkiem przyjemną grafiką. Nie można odmówić jej profesjonalnego wydania i tego że się faktycznie ładnie prezentuje. Szkoda tylko że zamiast postawić na rozbudowę warstwy merytorycznej albumu i rozwinąć ją do pełnoprawnego LP, Twelve wolał wyłożyć na promocje i rozprowadzenie płyty po sklepach (stąd jej niemała cena). "The Price Of Money" najlepiej jakby w ogóle się nie ukazało ale skoro już jest można dać tej płycie szanse będąc przy tym bardzo cierpliwym. Mimo swej nijakości przyjemnie się jej słucha. Jakby się ktoś uparł możną ją jeszcze dostać, choć radzę zostawić te kilkanaście dolców na konkretniejsze materiały...

wtorek, 2 września 2014

C-Bo's Bluez Brotherz - The C-Section CD (2005, Paid In Full Ent.)

Nieczęsto się zdarza, że artyści z Zachodniego Wybrzeża swoją dyskografie tak bardzo opierają na projektach pobocznych i collabosach jak pan I-Rocc. Mimo że na jego płytowym koncie widnieje grubo ponad dziesięć pozycji to pełnoprawnych solówek wydanych fizycznie ma zaledwie dwie ("Center Of Attention" i "Power & Position"). Reszta jego dorobku to mieszanka prezentowanych składanek i albumów kolaboracyjnych pomiędzy którymi można znaleźć też "The C-Section" - czyli wydany z wielkim szumem projekt nagrany na spółkę ze Smigg Dirteem. Nie dość że sam C-Bo i West Coast Mafia zajęli się jego prezentacją i przy okazji reklamowaniem to jeszcze grafika trafiła do portoflio photodoctorgraphics. Trzeba przyznać, że osobom pracującym nad materiałem udało się wytworzyć elegancką otoczkę pod cripową banderą przez co wielu chyba zapomniało że przede wszystkim kryterium oceny stanowi sam muzyczny materiał...

Zamysł dla tej płyty jest bardzo czytelny i słychać że I-Rocc i Smigg chcieli stworzyć krążek który byłby niejako hołdem dla gangu Crips jak i również wielkim wydarzeniem. Przyznać trzeba że "The C-Section" ma w sobie gangowy potencjał lecz na pewno nie jest to album tak kultowy za jaki co niektórzy zdają się go uważać. Subiektywnie patrząc, zbyt wiele chciano w ten projekt włożyć przez co jego konstrukcja lekko chwieje się w posadach. U raperów bowiem odezwały się chyba jakieś większe mainstreamowe ambicje i w niektórych momentach wystylizowano produkcję na bardziej komercyjną, południowo-bouncową ("Get Fucked Up", "Right Here"). Jak i taką która ma podporządkować się pod występ zaproszonego, dość znanego gościa ("What We Go Through"). Nijak się to ma do reszty charakterystycznej dla San Diego i Sactown muzyki i takie skoki w bok wprowadzają jedynie dysharmonie. Produkcyjnie, to co zrobili Cricet, Baby Bubb i Ecay Uno to oczywiście ich własny, wyrobiony styl komponowania, wszyscy zaprezentowali swój rozpoznawalny zestaw próbek i staranność w robieniu podkładów. Jasne jest że to ci panowie najlepiej pokazali się od strony muzycznej albumu. U J. Booga natomiast słychać brak jakiegoś konkretnego kierunku. To on głównie wprowadza niepotrzebne zmiany w brzmieniu, przez co wyniki jego pracy są chwiejne. Pochwalił się całkiem dobrymi "In A Zone" i "Gangsta", lecz niestety, to jemu właśnie zachciało się zrobić beat do "Right Here". Również jego "Do That" stylowo nieco odbiega od norm. Na wielki plus zasługuje zrobione przez Batkave, tytułowe "The C-Section", które jest swoistym hymnem gangu Crips, przewodnim numerem na płycie. W "Take That" jednak chłopak sięga krytycznego stopnia minimalizmu i jedyna prawidłowa reakcja na jego wypociny to wzruszenie ramionami i skipping do kolejnego kawałka. Ogólnie rzecz biorąc, poza muzyką od sprawdzonych weteranów reszta wygląda dość bałaganiarsko. Całość na pewno nie usatysfakcjonuje wybrednego słuchacza i zrobią to raczej wyselekcjonowane kawałki (które na szczęście będzie można wybrać w przewadze). Wracając do gospodarzy, I-Rocc i Smigg Dirtee to porządni raperzy, słucham ich w sumie bez wnoszenia jakichś większych sprzeciwów. Starają się technicznie urozmaicać swoje rymy a teksty bez ogródek mają stawiać ich w jak najlepszym świetle na tle różnych, wymagających naciśnięcia spustu sytuacji. U I-Rocca dodatkowym atutem na pewno będzie jego buńczuczny flow i ostry głos. Myślę że potrafi wytoczyć większe działa niż Smigg, którego przyznam się, jestem umiarkowanym entuzjastą. Płyta natomiast mogłaby lepiej sprawdzać się jeśli chodzi o zawartą w niej treść. Niby atmosfera jest gangowa i obaj panowie to bez wątpienia zdeklarowani członkowie Crips, to brak tu efektu wow, czegoś za co album ten mógłby być wyróżniany. Wykorzystano tu bowiem szablonowy przykład składania tracklisty. Krążek nastawiony jest raczej na typowe gangsterskie przechwałki i udowadnianie swych umiejętności, zarówno na mikrofonie jak i na ulicy, dlatego trudno tu doszukiwać się jakiejś głębszej merytorycznej rozprawy...

Niechlubnie dodając, w niektórych momentach kuleje strona techniczna albumu, chodzi tu przede wszystkim o realizacje poszczególnych nagrań. Słychać że materiał łatał po kilku studiach dlatego krążek odznacza się brakiem płynności i jednolitości dźwięku. Efektowność kilku numerów jest zatem obniżona przez niedostatecznie dobry mix/mastering. Takie "Bluez Brotherz" czy "Beef" (oba prod. Baby Bubb) zamiast niszczyć membrany, dostają lekkiej zadyszki. Również Batkave przy tytułowym numerze nieco nabroił...

Na koniec mogę powiedzieć ze "The C-Section" to bardzo przyzwoity album lecz w sumie nic więcej. Trochę Sacramento trochę San Diego i trochę czegoś innego nie do końca trafionego. Klasykiem raczej nie zostanie lecz powinien przypaść do gustu słuchaczom crip-hopowych klimatów. O wyjątkowości tego projektu będą nas za to przekonywać ludzie którzy w 2007 wypuścili wznowioną wersję płyty - mianowicie R.N.L.G. Records. Na "The C-Section Revisited" znajdziemy dwa dodatkowe utwory, "The Truth" i "Bad Newz". Poza wydłużeniem czasu trwania zmieniono także okładkę, której front to na nowo obrobione zdjęcie ze środka wkładki pierwszego wydania. Jeśli wierzyć opisom, CD ma zawierać też jakieś video plus od nowa zrobiony mix i mastering czego osobiście nie jestem w stanie potwierdzić...