Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sacramento CDs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sacramento CDs. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 września 2016

Lil AJ, Mozzy, Philthy Rich, Lil Blood, Joe Blow - One Mob CD (2015, One Mob)

Abstrahując, czy ktoś jest w stanie dokładnie zliczyć wszystkie wydane przez Philthy Richa krążki? Dam sobie lewą rękę uciąć że gdybym ogłosił konkurs w którym do wygrania byłaby pokaźna suma w zamian za wymienienie wszystkich jego cdeków, te pieniądze zostałyby u mnie. Philthy przebił dosłownie wszystkich, w Bay, w Sac, w KC, gdziekolwiek! Oficjale, street albumy, kolaboracje, mixtapey, "leaki", co miesiąc koleś wydaje kilka płyt. Setka została przekroczona na pewno, a może nawet liczba ta zbliża się już do stu pięćdziesięciu, kto wie. Nie jestem zagorzałem fanem tego artysty ale trzeba przyznać, że jego robota nie poszła na marne. Philthy to już bez wątpienia raper mainstreamowy i można go zobaczyć w klipach u największych gwiazd (np. ostatnio u Birdmana w "Balla Blockin"). Czy to dobrze czy źle, osobiście jest mi to obojętne. Nie mam żadnego jego pieprzonego albumu, no chyba że zamieszany jest w jakiś projekt wart uwagi, jak np. ten....

"One Mob" to kolektyw pięciu panów który został wydany pod koniec ubiegłego roku. Po płytę sięgnąłem w zasadzie bez większych oporów, choć przyznam się że gdy zobaczyłem premierowy klip do "Intro" i usłyszałem otwierającego track AJ'a wiedziałem już że w niektórych miejscach moje uszy będą wystawiane na ciężkie próby. Cóż, dobranie go do takiej grupy dobitnie uświadomiło mi że w Zachodniobrzegowym rapie talent to teraz margines, i liczy się przede wszystkim "kolesiostwo". W myśl maksymy - wypromujmy ziomka niech też sobie coś zarobi. Szkoda jednak że ten "ziomek" nie ma słuchaczowi kompletnie nic do zaoferowania. Jak na ironie, AJ również zamyka album co pozostawia mocny niesmak. Upośledzony młodzik to jednak nie jedyne słabe momenty płyty bo i kłopoty z wyrażaniem swych myśli pojawiają się również u Richa oraz co zaskakujące u Lil Blooda. Ten pierwszy jak wspomniałem, nie należy do moich ulubieńców, bo poza jego nonszalancją w głosie niewiele ma mi do zaoferowania. Jak na mój gust, większość jego kariery muzycznej opiera się na nie najlepszym materiale choć przyznaje że czasem raper ten potrafi pozytywnie zaskoczyć. Na "One Mob" po prostu zrobił swoje. Raczej nie zawiódł bo wiele od niego nie można oczekiwać, jednak dobrze zgrywa się z resztą ekipy i zdarza mu się sieknąć kilka niezłych linijek. Blood natomiast potrafi być mało wyraźny, lekko nudnawy i wypaść zdecydowanie poniżej swoich możliwości ("My Choppa"). O dziwo cała wyżej wymieniona trójka gdy nie ma wsparcia od pozostałej dwójki radzi sobie całkiem dobrze o czym świadczyć może chociażby kawałek "Never Sold Wight". Jeśli już mowa o tych najmocniejszych ogniwach ekipy, to nie będę ukrywał że głównymi postaciami dla których przede wszystkim kupuje się krążek są Joe Blow i Mozzy. To oni są kręgosłupem podtrzymującym całość na przyzwoitym poziomie Bez nich, ten album po prostu byłby mocnym średniakiem, natomiast w tych okolicznościach wypada naprawdę nieźle. Jakby komuś było jednak jeszcze za mało ludzi w składzie naszej "fantastycznej piątki" to mam dla niego dobre wieści. Personel poboczny na albumie rozciąga się do granic możliwości. Takiej sytuacji są plusy i minusy. Z jednej strony im mniej zwrotek Aj'a tym lepiej. Tacy goście jak Fed-X, Street Knowledge, Husalah, Boo Banger, Skeme, Lil Goofy czy Celly Ru i E Mozzy nie dość że wypadają naprawdę elegancko to świetnie pasują do płyty. Z drugiej strony tłok sprawia że niektóre kawałki trwają 5 do nawet 6 minut!. Nie jest to jakiś znaczny problem jednak nie oszukujmy się, produkcje z płyty to nie aranżacyjne majstersztyki i słuchanie w koło tej samej pętli przez tak długi czas może nieco znużyć. Pomijając te małe niedogodności trzeba przyznać że rejony muzyczne płyty są bardzo zadbane. Podkłady są oryginalne, bogate w nie byle jakie dźwięki, dopracowane. To co jednak satysfakcjonuje najbardziej to fakt że poza kilkoma wyjątkami, większość z nich ma Zatokową a nie trapową czy mainstreamową naturę. Dodatkowo, gospodarze wprowadzili nieco tajemniczości w projekt i postanowili nie ujawniać ksywek producentów (tak nabijam się). Cieszy mnie że każdy kawałek się czymś wyróżnia, ma swój rozpoznawalny motyw i klimat. Wiem na pewno że chwytliwe pianina we wspomnianym "Neva Sold Weight" to sławny June, który w "Ain't No Going Out" zrobił z "Hello" Lionela równie świetny numer. Dramatyczne "Down the Barrel" wzięto od The Mekanix. Natomiast spod czyich rąk wyszło genialne, lekko kameralne ale z dreszczykiem "Copesthetic", przestrzenne, deszczowe "One Mob 3" albo melancholijne "WYA" i mocne "Everybody"? Ciężko powiedzieć. "Stranger To The Pain" natomiast zasługuje u mnie na szczególne wyróżnienie. O ile mnie słuch nie myli autorem muzyki jest tutaj Young J którego tracki wyróżniają się srogim, nieco mrocznym charakterem dzięki osobliwej barwie pianina...

Poruszane tematy na albumie nie powinny nikogo zaskoczyć ani rozczarować. "One Mob" jak sama nazwa wskazuje, to album ściśle uliczny i chwała chłopakom że w tym wypadku postawili na jednotorowość. Gdyby włożono tu jakieś imprezowe numery albo pioseneczki wzdychające do panienek, koncepcja krążka byłaby po prostu dziurawa. Jeśli więc masz "wielkie jaja", jeszcze większą spluwę, prowadzisz brudne interesy a przy tym zmagasz się z przeciwnościami losu. Ten krążek to soundtrack do twojego życia...

Album wychodzi w podwójnym, cieniutkim digipacku. Poza fajną grafiką z zewnątrz nie ma w nim nic ciekawego ani do oglądania ani do czytania. Przyznaję że liczyłem na większy rozmach ale mówi się trudno. Na koniec dorzucam jeszcze klip do kawałka "Let It Blow", który na pierwszy rzut ucha nie wydaje się zbyt wciągający, ale to tylko pozory...

poniedziałek, 5 września 2016

E Mozzy - Bullet Proof CD (2016, Mozzy Records)

Długo minęło od poprzedniej publikacji, jednak ciężko nadążyć za wszystkimi nowościami a czasu na pisanie nie ma zbyt wiele. Od teraz więc będę starał skupiać się na konkretach stąd będzie nieco krócej ale mam nadzieje że płytki będą pojawiać się częściej. Dobra przejdźmy do rzeczy...

Dziś zajmiemy się jednym z członków Hell Gang, spod czerwonego i szeroko rozpoznawanego już znaku Mozzy. W szybkim skrócie przypomnę że koleś zaczął swoją solówkową dyskografię od albumu "Bad Attitude" z 2012, "Free Mozzy" ukazało się w 2014, zaś "Head Honcho" wypłynęło na fali wielkiego "boomu" w 2015 roku. Oczywiście nie namawiam nikogo by jakoś specjalnie grzebał w płytowej przeszłości E Mozzy bo wszyscy wiemy jak te pierwsze street albumy wyglądają. Warto jednak zapoznać się przynajmniej z płytą "Head Honcho". Dlatego iż jest to materiał wydany w przełomowym okresie dla ekipy, a sam E Mozzy zdążył dopieścić na nim swój styl. Niestety, szanse na zakup prawdziwego digipacka tego albumu w przystępnej cenie są niewielkie, więc dopóki ktoś nie zdecyduje się na jego dotłoczenie, zostaje jedynie wersja cyfrowa. Omawiane dziś "Bullet Proof" spotkał na szczęście inny los i krążek można było bezproblemowo nabyć w znanym sklepie internetowym. Jak na razie jest to ostatnia wytłoczona solówka rapera która ukazała się na początku bieżącego roku. Jeśli ktoś się zastanawia dlaczego E Mozzy wybrał dla niej akurat taki tytuł, to wyjaśniam że przed wydaniem krążka chłopak po prostu dostał kulkę. Rekonwalescencja nie trwała długo lecz na na skutek postrzału E Mozzy lata teraz z workiem przy brzuchu...

Głosy na temat talentu rapera są podzielone. Jedni mówią że jest kiepski, drudzy natomiast że jest inaczej. Ja natomiast, by trafniej opisać osobę E Mozzy posłużę się tutaj przykładem innego (choć już zapomnianego) reprezentanta Sactown - Luniego Coleone. Jak pamiętamy, Monterrio nie grzeszył błyskotliwymi linijkami jednak był on wtedy jednym z najbardziej popularnych raperów na scenie a dodatkowo zostawił nam kilka klasycznych krążków których osobiście słucham do dziś. Dążę oczywiście do tego że aby nagrać dobry album nie trzeba mieć niesamowitych zdolności pisarskich. Nigdy to nie było i nie będzie wyznacznikiem tego że coś brzmi dobrze. Chodzi tu raczej o osobowość, styl, oryginalność, głód nagrywania, sposób poruszania się po podkładzie i charakter kawałka/płyty. E Mozzy to zadziorny, nieco chamski typ, który wskaźnik pokory ma ustawiony na zero. Jego świat to działalność kryminalna i aktywne uczestnictwo w wojnie gangów. Czyli to czym przede wszystkim trudni się ekipa Mozzy w swoich nagraniach. Znajdują się tu również kawałki o kobietach lecz daleko im do pieśni miłosnych. Raz jest to totalne uprzedmiotowienie gdzie raper traktuje płeć piękną jak maszynki do robienia pieniędzy ("All Hunids"). Za drugim szuka partnerki do interesów ("Learn To Play Ya Role"). Natomiast w jeszcze innym przypadku czerpie satysfakcje z odbijania panien spłukanym frajerom ("Throw Yo 2s Up"). Liryka jest cięta i surowa, a dodatkowo młodzieńczy głos rapera świetnie współgra z muzyką którą w całości dostarczył nadworny producent Mozzy - June (JuneOnnaBeat). Jakby nie było, jest to kolejny fenomen jeśli chodzi o Zachodniobrzegowych speców od robienia gangsterskich przebojów. Mimo swej rozpoznawalnej w każdym numerze maniery producenckiej, potrafi wprowadzić na "Bullet Proof" zróżnicowanie i dostosować się pod zwrotki swego kolegi. Jak wspomniałem z jednej strony tematyka płyty nie jest szczególnie imprezowa lecz za sprawą June'a i jego żywiołowych podkładów nie jedno towarzystwo można by takim "All Hunids", "Catch Up" czy przodującym chwytliwym refrenem "From Da Gutter" rozkręcić. Natomiast "All Type Of Shit", "For The Real" czy "Infinity" to mroczne mobbowe kawałki których zadaniem jest wprowadzić głęboki i ponury klimat z dreszczykiem na plecach...

Ja polubiłem E Mozzy, "Bullet Proof" to dla mnie bardzo udany, bezkompromisowy materiał. Czy zostanie klasykiem? Kto wie. Mam tylko nadzieje że kolejne solówki rapera będą trzymać podobny poziom o co się boję gdyż różnie to obecnie u chłopaków z Mozzy bywa...

czwartek, 14 kwietnia 2016

T-Nutty - Blue Venom CD (2016, Nutt Factor Musicc)

Od dłuższego czasu Sacramento przeżywa kryzys w strukturach wydawniczych. Dziwnym trafem sytuacja ta dotyka głównie ludzi z obozów Lyncha, Cway i właśnie Nutt Factor. Zapowiedziane albumy wychodzą z kilkuletnim opóźnieniem, wcale lub też okazują się zwykłymi niedoróbkami. Tym którzy siedzą głęboko w temacie na myśl powinny rzucić się płyty No Love ("Self Explanatory") czy Sav Sicc'a ("Disturbed"), tak kiedyś mocno ogłaszane, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Jak również solówka innego przedstawiciela C-Way - Bleezo, który mimo iż zdołał w 2013 wypuścić swoje "Da Protocal" to jednak pod względem muzycznym i technicznym ten album "leżał" dlatego nie spotkał się z większym uznaniem. Obecnie, poza trwającym oblężeniem od strony ekipy Mozzy, ciężko o projekty, które wybijały by się poza umownie przyjętą przeciętność. Ostatnie albumy Hollow Tipa to mało smaczne żarty, a gdy dodamy jeszcze tegoroczne "Rules Of Engagement" sytuacja zrobi się dość dramatyczna bo autor tego dzieła - Key Loom, czekał ponad dekadę by nagrać swoje wymarzone solo, które szczerze mówiąc okazało się lekkim niewypałem (a szkoda).

Kto z weteranów zatem nadal pozostaje w grze i robi to z takim samym zaangażowaniem co kiedyś? Osobiście mam kilka typów a jednym z nich jest na pewno T-Nutty. Może i na "Blue Venom" czekaliśmy faktycznie zbyt długo jednak płyta w końcu wyszła, i do cholery powinniśmy się z tego cieszyć, gdyż na albumie dzieje się naprawdę wiele dobrego. Zacznijmy jednak od spraw pierwszych, tyczących się ścieżki dźwiękowej. Jak pokazują ostatnie lata Nutty należy do kręgu tych artystów, którzy szukają dogodnych dla siebie rozwiązań, jakie zapewniłyby przetrwanie w barbarzyńskim świecie muzycznego biznesu. Coraz śmielej kombinuje z brzmieniem i wprowadza coraz to nowsze patenty na swoje płyty. Przy okazji "Sac It Up" dowiedzieliśmy się że trudno jest mu podłożyć kłodę jakimkolwiek podkładem, gdyż na czymkolwiek by nie nawijał, wybroni się bez jednego potknięcia. Na nowej płycie raper dalej eksploruje swe muzyczne szlaki, jednak tym razem sporadycznie rusza się poza swoje rodzinne strony. Bo wbrew pozorom "Blue Venom" jest bardziej Zachodni niż mogłoby się na pierwszy rzut ucha wydawać. Głównym producentem płyty jest wszechstronny L-Fingers (lub L-Finguz jak kto woli), od którego wzięto aż sześć numerów, dwa jointy zostawił Dev, po jednym dorzucili się Scorp Dezel, S Dot, Gold Fingers oraz rozchwytywani ostatnio JuneOnnaBeat i TD Slaps. Muzyka to połączenie nowofalowych, westcoastowych trendów, z ciężkim choć już mocno zmodernizowanym Sacramentowym graniem, odrobiną południowych akcentów i pewną dozą mainstreamowej nuty. Pomimo iż bity nafaszerowane są już bardzo powszechnymi, trzaskającymi perkusjonaliami, to jednak w dużej mierze, zachowują swą zachodniobrzegową elegancję oraz przede wszystkim, nieomylnie wtórują akrobatycznym pokazom gospodarza na mikrofonie. Jak wiemy, T-Nutty to szlachetny ekwilibrysta, który swą umiejętność utrzymywania równowagi w żonglowaniu słowem oraz poruszania się wśród wielorakich zagadnień doprowadził już do perfekcji. Nie dość że popisuje się swym rzemiosłem i dostarcza szerokiego spektrum tematycznego, to dodatkowo tworzy ciekawe kontrasty, zestawiając swoje humorystyczne teksty z hardcorowymi podkładami. Taką przeciwstawność znajdziemy np. na ociężałym, fortepianowym kolosie w "Ghetto Cindarella", gdzie raper prześmiewczo opowiada o korzyściach jakie płyną z uległości pewnego typu kobiet, albo w dark-trapowym "Liquid Drano", podczas którego raczy nas chwilą pijackiego storytellingu. Powyższe utwory wnoszą dużo satyry, beztroski i nieco sarkazmu z czego T-Nuty znany jest przede wszystkim, a jeśli dodamy do nich klubowe "Whatz Up Cuh", oraz utrzymane w podobnym klimacie, up-tempowe z modnymi, świdrującymi basami "What It's Lookin Like", atmosfera jeszcze bardziej się rozluźni. Wtajemniczeni w dyskografie rapera wiedzą jednak że T-Nutty to nie tylko osobowość rozrywkowa, dlatego "Blue Venom" to nie tylko zabawa. Da się odnotować że w tekstach rapera prócz definiującego go, rymotwórczego szpanerstwa, dostajemy też coraz więcej poważniejszych treści. Nie wiem czy słowo "dojrzalszy" jest tutaj w pełni na miejscu, jednak jestem pewien że omawiany dziś album poza standardowym wygłupianiem się ma również dużo do przekazania odnośnie sytuacji na ulicy, jak również szczerze mówi o sprawach gangowych, zwracając uwagę na konsekwencje jaki niesie za sobą taki styl życia. W tej kategorii znalazły się depresyjne i powolne, brzmieniowo wręcz nawet nieco oniryczne "Nites Like This", które odkryje przed nami mroczną stronę miasta Sactown. Mocne "No Love", odnoszące się do zanikającej dookoła lojalności oraz braku jakichkolwiek zasad i szacunku w "grze". Utrzymane w zatroskanym tonie "Death Tag" przyjmujące postawę moralizatorską, gdzie lamentuje się nad coraz szerszym, bezmyślnym rozlewem krwi, oraz "Tension" które skupia się na wiele razy poruszanej już kwestii zazdrości i bezpodstawnym hejtingu. Oczywiście, by album nie był tylko czarno-biały, T-Nutty postanowił go nieco "rozmieszać" dlatego między dwoma płaszczyznami - rozrywką i powagą, włożył również utwory luźne i samochwalcze, pokazujące tę frywolną stronę składania rymów o wszystkim i niczym ("Venom Intro", "Blocc Chopa"), dotyczące zarabiania szmalu ("How It Goes"), oraz pokazu siły i przynależności do grona najtwardszych skurwysynów w mieście ("Affiliated")..

Gdyby ktoś mnie teraz zapytał jakie są słabe strony tej płyty to ciężko byłoby mi złożyć jakąś naprawdę sensowną odpowiedź. Faktycznie nie przypadł mi do gustu numer "Blocc Choppa" za naprawdę wtórny do bólu, południowy podkład lecz to tylko niewielka rysa, którą można obejść jednym naciśnięciem na pilocie. "Blue Venom" to dopracowany i w pełni "zbalansowany" album który mocno uwypukla niespotykany talent T-Nutty, potwierdza jego dyskretne, mainstreamowe aspiracje, lecz również jasno daje do zrozumienia że raper trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o sytuacje na Zachodnim Wybrzeżu. Mikstura którą tym razem przygotował jak najbardziej działa i te kilkanaście numerów z wylewającym się jadem, wystarczy by dotkliwie pokąsać konkurencję i nierozerwalnie zespoić słuchawki z naszymi uszami. Może to jeszcze za wcześnie wygłaszać takie opinie, lecz jestem przekonany że do końca roku płyta ta nie wyjdzie poza TOP 5 najlepszych rapowych płyt z Sactown..

ps. cieszy mnie że T-Nutty nie wpadł w coraz to bardziej rozprzestrzeniające się na zachodzie sknerstwo i nie szczędzi forsy na to by fani byli w pełni zadowoleni. Płyta może i nie jest tania ale za to jak zwykle widnieje na niej dopieszczona grafika i można ją kupić jak na razie wszędzie...

niedziela, 6 marca 2016

Mozzy - Down To The Wire, 4th Ave Edition CD (2015, Mozzy, Livewire Records)

Jeśli ktoś miał okazje zajrzeć do poprzednich części "Down To The Wire" to wie że żadna z nich nie jest albumem solowym choć okładki z J. Stalinem i Philthy Richem jakie znalazły się na "jedynce" i "dwójce" mogą sugerować coś zupełnie innego. "Trójka" to również kompilacja, tym razem z głównym udziałem raperów reprezentujących 3rd world, czyli m.in. Lil Blood, Boo Banga i Lil Goofy. W przypadku "czwórki" odsunięto tłoczną koncepcję na bok by w końcu dać więcej pola do popisu mc który będzie daniem głównym a nie tylko smaczkiem jednym z wielu. Osobiście taki ruch bardzo mi się spodobał gdyż nie jestem fanem współczesnych, zachodnio-brzegowych składanek a po projekty z Mozzy sięgam z chęcią (jeszcze). "4th Ave" edition to jak dotąd (nie licząc cyfrówek) piąte, solowe przedsięwzięcie rapera, które dostało fizyczną obudowę i całkiem przyzwoity marketing. Przed nim dostaliśmy do posłuchania skromne "Tonite Show", przełomowe "Gangland Landscape", wydane pod okiem Cedrica Singletona "Yellow Tape Acitvities", oraz średnie pod względem muzycznym "Bladadah"...

Przyznaje się od razu że z "Down To The Wire" mam osobisty problem, gdyż mimo że płyta jest dobra to jednak można się tu nadziać na incydenty które powodują lekki niesmak. Wychodzę z założenia że jest to spowodowane przede wszystkim pośpiechem. Mozzy to obecnie maszyna do nagrywania i dobre źródło dochodu więc co by chłopak nie wypuścił i tak przyniesie solidny kwit, który w tym wypadku dzielony jest razem z Livewire Records. Nie wiadomo więc kogo ganić bardziej, czy gospodarza czy ludzi od J. Stalina którzy jednak w jakimś stopniu koordynowali ten projekt. Zacznijmy jednak od rzeczy przyjemniejszych. Nie da się zakwestionować że "4th Ave" to spora porcja świetnej muzyki dla której fani Mozzy zrobiliby wszystko (z morderstwem włącznie!). Przede wszystkim, bardzo starannie dobrano produkcję. Przebojowy June wrócił za konsoletę, a TD Slaps znacznie podrasował swój warsztat, który rozpadał mu się przy okazji "Bladadah". Poza tą dwójką kilka jointów wzięto również od AK47, "Sliders" to sprawka Hitmanbeatz, a "Hit & Run" należy do The Mekanix. Jak zwykle usłyszymy mnóstwo przyzwoitych klawiszowych dźwięków, z przewagą charakterystycznego pianina, które jest znakiem rozpoznawczym każdej płyty od Mozzy. Poza tym na "In The Rain" zagra nam delikatna, melancholijna gitarka, do "Got Me" włożono bardzo przyzwoity, samplowany saxofon, a "Went Up Another Body" przywali w głośniki nowoczesnym, mobbsterskim bassem. Tematycznie, album zaprezentuje oczywiście silną dawkę "drillu" i szereg wątków tyczących się bezwzględnej ulicy, jednak zdarzają się też kawałki które dostają oryginalniejszy koncept. Chociażby pytające o lojalność w każdych warunkach "Got Me" i dedykowane bliskiemu przyjacielowi "Still Here". Klimat i tempa utworów są zróżnicowane co w sumie bardzo mi odpowiada, jednak trudno nie zauważyć że Mozzy lepiej brzmi na temperamentnych podkładach od June'a, niż na flegmatycznych wyczynach od AK 47. Tutaj zaczynają się właśnie te małe "incydenty" o których wspomniałem wyżej. O ile w ciągnącym się "In The Rain" Timothy rekompensuje się lirycznie tak na "Speakin Lie About It", nie dość że snuje się jak żółw to dodatkowo zmienia się w ubogiego i męczącego tekściarza. Ponadto, moje ucho nie wytrzymuje kombinowania z wokalem w "My Life" gdzie raper wyje niczym trzepnięty kot z podpiętym autotunem. Te dwa numery rzutują niestety na ogólną ocenę, zważywszy że gospodarza nie jest tu za wiele, co stanowi kolejny mankament płyty. Niby dostaniemy 50 minut muzyki, jednak większość kawałków (aż 8 z 14!) posiada jedynie dwie zwrotki, a brak trzeciej zastępuje się długimi refrenami. Idąc dalej, na albumie znalazły się tzw. "zapchajdziury", które wkładamy kiedy akurat nie mamy więcej nagranych kawałków a spieszymy się oddać materiał do tłoczni. Remix "Would They" Philthy Richa nic więc nowego do projektu nie wnosi poza jedną świeżą zwrotką od Mozzy, natomiast "Sliders" zostało podpieprzone z krążka Hyph'a. W tym momencie rzucę nieco światła na ten drugi, ponieważ mimo że to track z recyklingu to bez wątpienia jest to również najlepszy numer na płycie. Poza tym CD Hyph'a jak na razie nie wyszło na twardym nośniku więc to tak naprawdę gratka dla nas wszystkich. Na koniec wyjmę ostatni i szczególny "incydent" tyczący się tytułu "Hit & Run", który dla mnie jest największa bolączką na "Down To The Wire". Dlaczego? Bo dostaliśmy w nim mocną fabułę, porządny beat od Mekanixów, fajny refren od 4Raxa i elegancką nawijkę od chłopaków, tylko po to aby jakiś tępak od miksu spieprzył nam całą przyjemność słuchania. Do tej pory nie rozumiem jak to jest możliwe że nikt nie wpadł na jakże oczywisty pomysł aby te wokale poprawić przynajmniej do kręcenia klipu, który przecież wyszedł długo po wydaniu płyty...

Zróbmy teraz szybkie podsumowanie...

Plusy:

- świetna, dopracowana produkcja
- kilka naprawdę miażdżących numerów
- porywające występy gościnne, szczególnie Myback, Joe Blow, Shady Nate i Stevie Joe
- dźwięk (miks, mastering 100% satysfakcji)

Minusy:

- kiepskie "My Life" i "Speakin Lie About It" - niestety z winy gospodarza i autotune'a
- totalnie niepotrzebny remix "Would They"
- przewaga "dwu-zwrotkowców", co za tym idzie znikoma ilość samego Mozzy
- zaniedbania techniczne w "Hit & Run"
- naprawdę skąpe złożenie całego albumu

Osobiście bardziej bym namawiał do kupna "Down To The Wire", niż do postawienia na niej krzyżyka. Mimo wszystko płyta potrafi zadowolić, a już na pewno dla fanów Mozzy to pozycja obowiązkowa. CD wychodzi w naprawdę grubym, podwójnym digipacku o całkiem przyjemnej grafice i zdaje się że jeszcze można je bez problemu dorwać.

Dla śledzących karierę rapera dodam, że na kolejne jego projekty nie będziecie musieli długo czekać, bo w tym momencie jesteśmy już po premierze solówki "Beatiful Struggle", a w kolejce czeka już następna - "1UP Top Ahk". Poza tym mamy dopiero początek marca a Timothy ma już w przygotowaniu szereg projektów kolaboracyjnych które mają ujrzeć światło dzienne w niedalekiej przyszłości...

piątek, 22 stycznia 2016

Mozzy - Bladadah CD (2015, Mozzy Records)

Money Ova Zery Zang Youngin!, jest teraz na ustach każdego. Wszyscy chcą być Mozzy, słuchać tylko Mozzy, nosić ciuchy od Mozzy i oddać życie za Mozzy. Do cholery jasnej, takiego fenomenu nie było od lat. Chłopak z Sacramento kompletnie przejął zachodniobrzegową scenę i zdaje się że szybko jej nie odda. Po "Gangland Landscape" nie musieliśmy długo czekać aż posypią się kolejne solówki a wraz z nimi różne kolaboracje. Jeszcze w ubiegłym roku Mozzy wypuścił omawiane dziś "Bladadah", wystąpił w kolejnej części "Down To The Wire" i pod szyldem kultowej wytwórni Black Market, zrzucił płytę "Yellow Tape Activities". Następnie zaprezentował nam składankę "Hexa Hella Extra Head Shots", wraz z Joe Blow, Philthy Richem, Lil Blood i Lil AJ wziął udział w projekcie One Mob, zaś z Celly Ru i E Mozzy nagrał album "Cookie Crumbz & Syrup Stainz". Ewidentnie koleś idzie w ślady swoich kumpli z Oakland i  chce jak najintensywniej wykorzystać swój moment chwały. Rachunek jest prosty - dużo wydawać, jeszcze więcej zarabiać...

Uderzenie w rapowy światek okazało się tak mocne że nawet maintreamowe media zdążyły już zauważyć talent Timothy'ego Pettersona. Magazyn Complex poświęcił pnącemu się na szczyt mc cały artykuł, a Rolling Stones umieściło "Bladadah" na dwudziestym drugim miejscu listy najlepszych płyt roku 2015, czy zasłużenie? Trudno aby takie źródło jak RS było wiarygodne w ocenianiu jakichkolwiek płyt rapowych a już na pewno nie uwierzę im że mają jakiekolwiek pojęcie o tym co się dzieje na podziemnej scenie Sacramento. Poza tym, zestawienie artystów mainstreamowych z indie jest raczej mało trafne, podobnie jak nazywanie "Bladadah" najbardziej kompetentnym ze wszystkich projektów Mozzy'ego. Jedyne czego nie można zakwestionować to kilka słów o samym raperze, które dla fanów nie stanowią niczego odkrywczego, natomiast dla szerszej publiczności są to jakieś wytyczne...

"Mozzy jumped from an obscure mixtape rapper from a forgotten rap city - Sacramento - to one of the genre's true shooting stars"

"It takes time feel the definition of his sound. But his words are artful, his language creative, his slang unique, his lyrics full of unexpected twists and turns"

Czyli mniej więcej to samo o czym pisałem przed kilkoma miesiącami, przy okazji recenzji "Gangland Landscapes". Cóż, fajnie że Mozzy został zauważony bo z pewnością na to zasługuje jednakże "Bladadah" nie jest najlepszym typem na album roku, nawet jeśli regionalnie ograniczymy się tylko do Zachodniego Wybrzeża. O ile tytułowy klip promujący robił spore wrażenie i dawał nadzieje na monumentalny krążek ("Bladadah"), tak z odsłoną kolejnych ("Beatiful Struggle", "Nike") Mozzy powoli studził moją głowę. Kupując płytę łudziłem się że znajdę jeszcze na niej coś, co mną zakręci jak w przypadku poprzedniej solówki, ale tak się nie stało. Niestety słychać że muzyka została wybrana w pośpiechu i bez rzetelnej selekcji, w angielskim istnieje bardzo ładny termin na jej określenie - half-assed. Przynajmniej połowa z podrzuconej produkcji rozczarowuje swoją mizernością i trzeba naprawdę trochę czasu by podać sobie z nią rękę. Gdzie się podział June Onna Beat? Ponoć nie zostawił po sobie nawet jednego podkładu. Zamiast niego za konsolą zasiadł jego naśladowca MMMOnDaBeat, marny grajek TD Slaps oraz Corty Tez. Temu pierwszemu momentami brakuje wyobraźni a pozostałej dwójce pomysłu na to jak efektywnie wykorzystać (i tak już kiepski) sampel i przy okazji porządnie zmiksować go z perkusją ("All I Eva Known", "Beatiful Struggle", "Nike", "Cold Body", "Lurkin"). Oczywiście, nie chcę nikogo straszyć bo rzeczywiście na albumie znajduje się kilka przyzwoitych nut (głównie początek płyty), jednak całość bardziej przypomina niedoszlifowany street album niż wypielęgnowane solo. Średni repertuar muzyczny nie przyćmiewa jednak samej osoby Mozzyego. Ten niekwestionowany król kalifornijskiego drillu nie zamierza oddawać nikomu swej korony, a przynajmniej nie własnowolnie. Płyta roi się od mocnych kawałków, typowych gangsterskich siekaczy, na których poza standardowym eliminowaniem frajerów i konkurencji, porusza się sprawy istotne dla każdego oddanego członka gangu. Mozzy i jego ekipa zawsze gotowi są na to by pobrudzić sobie ręce ("Down To Slide"), gdyż kochają swoją robotę ("Love Slid'n") i mają do niej odpowiednie narzędzia ("40 Thang On Me"). Zawistne czarnuchy padają jak muchy ("Body 4 Body"), a nie daj Boże by któryś z nich okazał się jeszcze kapusiem ("Rat Faxx"). Osoby o mocnych nerwach, spragnione silnych wrażeń i rozlewu krwi, zdecydowanie znajdą tu coś dla siebie, jednak album nie spłyca się tylko do gloryfikowania przemocy. Trzeba pamiętać że postawa Mozzyego ukształtowała się na fundamentach cierpienia i niełatwej przeszłości, dlatego chłopak jest gotów poświęcić wszystko by odbić się od dna ("Tryna Win").

Jeśli chodzi o formę podania, to co mnie pozytywnie zaskoczyło przy okazji kupna "Bladadah", to podniesienie progu jakości dla samego wydania. Digipack dostał niezłą grafikę i masywniejszy kartonik, a co najważniejsze w końcu wytłoczono tu prawdziwe CD Audio. Profesjonalny mastering płyty sprawił że materiał brzmi dużo lepiej niż na mp3jkach szalejących w internecie, co powinnno ucieszyć kolekcjonerów fizycznych kopii. Krążek polecam głównie fanom rapera, zaś innym zalecam sięgniecie po poprzednie solo Mozzyego - "Gangland Landscape", które jest prawdziwym albumem roku 2015...

niedziela, 15 listopada 2015

Brotha Lynch Hung - Lynch By Inch: Suicide Note CD/DVD (Siccmade Muzic)

Skacząc po całej, pokaźnej dyskografii Lyncha, zaskakujący a zarazem nieco frustrujący wydaje się fakt że raper ten będąc w branży od ponad 25 lat ma na koncie TYLKO sześć pełnowartościowych, solowych LPs. Nie licząc EPki "24 Deep" oraz Black Marketowych tworów jakim były płyty "EBK4" i "The Virus", publikacja w formie "Lynch By Inch" to dopiero trzeci pełnokrwisty (o to dobre słowo) autorski album którym Brotha nakarmił głodnych fanów. Po wielkim klasyku "Loaded" z 1997 raper wprawdzie nie próżnował i z jego udziałem ukazało się kilka godnych uwagi projektów, ale jak wiadomo, nic nie jest w stanie tak usatysfakcjonować publikę jak solówka. O ile przy początkowych zapowiedziach można było spodziewać się regularnego kilkunasto-trackowego dzieła, tak Lynch postanowił poszerzyć wydanie o dodatkowy dysk audio oraz dorzucić format DVD. W gruby, trzyczęściowy jewel case wpakowano więc trzy kompakty oraz kilkunastostronicową książeczkę z psychotycznymi rysunkami i zdjęciami rapera. Samo wydanie robi więc już ogromne wrażenie i tworzy odpowiedni nastrój, a dodatkowo w środku czekają aż dwie pigułki z muzyką do przełknięcia...

Traktując album powierzchownie, nie znając historii rapera z Garden Blocc, trudno będzie go w pełni zrozumieć. Trzeba cofnąć się o te kilkanaście lat wstecz, i przypomnieć sobie jak wtedy wyglądała sytuacja Lyncha na scenie. Ciągnąca się batalia między raperem a jego niedawno porzuconą wytwórnią przełożyła się na teksty i miała ogromny wpływ na końcowy wydźwięk płyty. "Lynch By Inch" jest poniekąd rozliczeniem się z Black Market i odwetem za krzywdy wyrządzone przez jej założyciela Cedrica Singletona. Brotha nie angażuje się jednak w sprzeczkę bezpośrednio lecz subtelnie wplata ten wątek w teksty. Stąd osobom którym obce są perypetie rapera, temat ten może przemknąć niezauważony a interpretacja albumu będzie bardziej uogólniona. Dla mnie aluzji co do osoby Cedrica jest tu mnóstwo, ale to dopiero od kawałka "Bleeding House Mystery" robi się naprawdę poważnie. Odnosi się on bowiem do prawdziwych (choć tu oczywiście nieco przerysowanych) wydarzeń, o które Lynch faktycznie oskarżał Cedrica i zarzucał mu wynajęcie kilku rzezimieszków. Historia ta ma rozwinięcie w kolejnych "scenach" oraz dalszych numerach i ciągnie się aż do końca pierwszego krążka. Nie padają konkretne nazwiska a nazwę Black Market usłyszymy tylko z ust Zagg, natomiast zarys fabuły jest wystarczająco wyraźny by odnieść go do konkretnej postaci. Żeby jednak nie było tak bardzo "monogamicznie", "Lynch By Inch" nie jest kierowane tylko do jednej osoby. Ci mniej wpływowi wrogowie są przedstawiani wprost i dostaje im się bez zbędnych spekulacji (dissy na MSane w "Art Of War"), zaś reszta źle życzących palantów sama domyśli się swoich grzechów gdy uważnie wsłucha się w teksty. Pierwsze, "introdukcyjne" utwory jak "Spydie's Birth" i "Spitz Network" potraktowane są luźno, ale od kawałka "I Went From" raper przechodzi do rzeczy. Będąc w szczytowej formie, daje upust przemyśleniom i niepowtarzalnym umiejętnościom. Rozprawia się z przeszłością, pozostawiając po sobie wyśmienite wersy piętnujące zawiść, świńskie zachowanie i fałszywość. Słychać w nich dotkniętego i zdradzonego artystę, jak i również zagubionego i miotającego się w myślach zwykłego człowieka. Lynch na tej płycie bardzo się otwiera i poza oczywistym celem, zwraca się również do bliskich mu osób i także fanów. Opowiada o swych uczuciach, niezrównoważonej osobowości i dążeniu do (według niego) idealnej rzeczywistości. Finalnie jest też po prostu wkurwiony i przez to zmotywowany by dalej trwać w tym niewdzięcznym biznesie. W końcu niedawno został szefem swojego nowo powstałego labelu - Siccmade, z czego jest bardzo dumny. Zwrotki wypełnia ciekawa treść, bezkonkurencyjny flow napędza nieprzeciętne rymy, charyzma i osobowość powalają. Hung idealnie połączył na tej płycie przekaz ze swoim nieubłaganym stylem rozprutych flaków i gangsterką. Gdy wpada komuś na chatę, zostawia broczącego we krwi i szczynach po wcześniej wypitym OE to nie robi tego bez powodu. Tam gdzie trzeba piana cieknie mu z pyska, jednak przez większość czasu trwania albumu okazuje stonowane, choć nadal bardzo wyraźne emocje. Gospodarzowi wtóruje oczywiście bardzo przemyślane tło muzyczne. Całkiem inne od "Season Of Da Siccness", nie tak genialne jak na "Loaded", jednak nadal posiadające tę charakterystyczną surowość. Dużo tu klasycznych instrumentów smyczkowych i pianin, nie brakuje powykręcanych dźwięków i tajemniczych motywów w tle. Muzyka odpowiednio nastraja słuchającego by ten jeszcze głębiej wczuł się w sytuację. Łagodne i kameralne "I Went From" i "Everywhere i Go" sprawiają że chcemy się rozsiąść w fotelu i spokojnie słuchać liryków Lyncha. "Death Dance" każe nam mimowolnie wziąć butelkę i zapić się na śmierć, natomiast pełne wigoru, podrywające do góry "Watta", "Art Of War" i "My Mind Aint Right" kuszą byśmy chwycili za nóż i rozprawili się ze wszystkimi którzy kiedykolwiek nam podpadli...

Co jednak z podtytułem "Lynch By Inch"? - pierwsze CD nie da nam tej odpowiedzi. Najtragiczniejsze wydarzenia rozegrają się dopiero gdy dopuścimy do głośników muzykę z drugiego nośnika. Numer "Suicide Note" wieńczy dzieło i tak naprawdę w tym momencie album powinien się zatrzymać. Niestety dołożono tutaj "Usual Suspects" i remix "Drunken Style" - tracki które lepiej byłoby wcisnąć na jakąś składankę. Widocznie głupio było Lynchowi tłoczyć płytę dla kilku minut materiału i postanowił coś z tym zrobić. Nie jest to oczywiście jakaś wielka wada, jednak te dwa wypadki burzą nieco narracje albumu...

Jeśli chodzi o DVD to trudno przyznać by po jego emisji człowiek stał się bardziej wyedukowany. Warto jednak do niego zajrzeć by zobaczyć lub przypomnieć sobie jak lata temu wyglądała załoga Siccmade. Czuje się jednak zawiedziony że nie ma tutaj dwóch klipów promujących krążek, "I Went From" i "Everywhere I Go", ale możliwe że pojawiły się dopiero po premierze płyty..

Kończąc dodam, i pewnie wielu fanów Kevina się ze mną zgodzi, iż omawiane dziś wydawnictwo jest jego ostatnią prawdziwą płytą. Szczerą, pozbawioną miałkich historyjek, solidnie zarymowaną i przede wszystkim nie wymuszoną. Bo to co nastąpiło w Strange Music było końcem hardcorowego rapera z Garden Blocc a początkiem kukły przemysłu rozrywkowego...

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

C-Bo - The Mobfather II CD (2015, West Coast Mafia, RBC)

Czyżby 2015 miałby zwiastować jakieś (kolejne już) odrodzenie na Zachodnim Wybrzeżu? Liczba wydanych w tym roku follow-upów diametralnie wzrasta. Hollow Tip wydał trzecią już część "Takin No Shortz", Mac Mall wyleciał z "Legal Business", Berner wskrzesił Jackę na "Drought Season 3", a C-Bo zaprezentował sequel swojego klasyka sprzed kilkunastu lat. To naturalnie nie koniec bo Luniz zaskoczyli wszystkich swoim przedsmakiem "Operation Stackola 2" w postaci płyty "High Timez", a na swoją kolei czekają "Snake Eyes 2", "Moment Of Truth 2" i "Devilz Rejects 3". Ujarzmiając jednak podniecenie najpierw trzeba uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie - czy to wszystko nie jest aby trochę pozorowane? Przecież nikt chyba się nie łudzi że w obecnych czasach komukolwiek uda się choćby trochę zbliżyć do tego co było kiedyś. Pewne że wydane już kontynuację nawet nie musnęły klimatem swoich poprzedniczek. Jak zatem odsłona nowego "Mobfathera" ma się do całej sytuacji?...

W ostatnich latach West Coast Mafia nabrała nieco rozpędu. Przede wszystkim trzeba się cieszyć że C-Bo nie spoczął na laurach i co jakiś czas przypomina o sobie w mniej lub bardziej chwalebny sposób. Obok "Orci" dostaliśmy Black Marketowe popłuczyny w postaci "Cali Connection", w 2013 przyzwoity street album "I Am Gangsta Rap", solidne, grupowe "Mafia Royalty 2K14", potem bzdurne "OG Chronicles", aż w końcu z wielką pompą wychodzi kolejna część niepodważalnego klasyka z 2003 roku. Dla mnie, jak i pewnie dla większości fanów "The Mobfather" to jedna z najlepszych płyt w dorobku Cowboya. Po wielu latach od wydania, krążek ten do dziś kręci mi się w odtwarzaczu a ja słucham go z takim samym zaangażowaniem jakbym dopiero co dostał go w ręce. Czy zatem "dwójkę" spotka podobny los? Już po pierwszym odsłuchu odczujemy że płyta doszczętnie eksploatuje tradycyjne kalifornijskie brzmienie. Przelatuje przez wszystkie trzy dekady, bazując głównie na sprawdzonych patentach, podebranych z najlepszych, mainstreamowych płyt. Niektóre numery bardzo dosadnie przypomną nam znane hity sprzed lat. "Man Kind" to prawie że kalka "Made Niggaz", a "Let Me Fly" kradnie motyw z "Brenda's Got A Baby" (oba z repertuaru 2Paca). Nie będzie obelgą gdy powiem że "Roll On" mogłoby wyjść spod rąk Warrena G (tego z czasów "I Want It All"), a "Who Gone Save Ya" i "No Warning Shots" bez problemu można by wsadzić na ostatnie krążki WC czy Cube'a. Rzeczywiście, wirtuozeria producentów stoi na najwyższym szczeblu, lwia część podkładów to naprawdę tłuste, westcoastowe bangery, prezentujące nieskazitelne wartości. Zdaje się że tego właśnie było nam wszystkim potrzeba po latach rozległej suszy i kombinowania z południowymi syntezatorami. Z drugiej strony ciężko odgonić się od myśli że to wszystko jest tylko rzemieślniczą robotą, która korzysta już z gotowych i przy okazji dawno zużytych pomysłów. Te muzyczne wariacje, nie ma co ukrywać, słyszeliśmy setki razy. 80% krążka to tak naprawdę ten sam patent, podany tak wtórnie że aż boli. Jak dotąd wszystkie prawdziwe, oficjalne albumy C-Bo cechowała niepowtarzalna muzyka. Nawet "Orca" miała urozmaiconą produkcję i kilka indywidualnych numerów, których nie spodziewałbym się nigdzie indziej. Tutaj brakuje tego przełamania, wyróżniającego się tematu, jakiegoś cięższego, mrocznego i stonowanego akcentu. Włożenia wyszukanego sampla lub po prostu poszerzenia palety dźwięków. Wprawdzie coś takiego pojawia się w "Killa Confession" i "Dope Spot", lecz to tylko kropla w morzu potrzeb. Album przeładowany jest hiciorami, i aż prosi by mu dorzucić coś bardziej hardcorowego dla zagęszczenia atmosfery. Samemu gospodarzowi nie mam w zasadzie nic do zarzucenia, C-Bo to ikona i legenda Zachodniego Wybrzeża, może rapować co mu się żywnie podoba i poruszać wszelakie kwestie, pozostając przy tym całkowicie autentycznym. W ostatnich latach raper wykazuje się wysoką formą, a przede wszystkim zostaje wierny swym przekonaniom i bezkompromisowej liryce. W rzeczywistości Shawna Thomasa nic się nie zmieniło, poza tym że nie świeci już tak bardzo błyskotkami i nie ma już tyle "forsy do spalenia" co kiedyś. Album nie jest szczególnie uzdatniany przepychem, zamiast tego są przechwałki dotyczące nietykalności, ulicznego statusu i biegłości w posługiwaniu się spluwą. Będziemy też świadkami bardzo osobistych wyznań w zachęcająco brzmiących tytułach jak "Man Kind", "Let Me Fly", "Cry At My Funeral" albo "Seesaw". Bo-loc tłumaczy w nich swoje wybory, zwraca uwagę na sytuacje które kończą się odpowiedzią w formie agresji oraz wywaleniem wielkiego "fucka" na wszechobecne prawo. Przypomina swoje początki na przestępczej ścieżce, by wreszcie przedstawić siebie jako inicjatora, istnego bohatera sąsiedztwa i doświadczonego życiem na krawędzi weterana. Wokół przejmujących historii krąży oczywiście niekończący się zamęt i chaos. Wrogowie, kapusie i fałszywi przyjaciele dostaną kulkę nim zdążą się w ogóle obejrzeć ("No Warning Shots"), a niektórzy z nich nie zasłużyli nawet na to by mówić do nich po imieniu ("John Doe"). W tym świecie, w drodze po szmal nie ma miłości a w zdobywaniu szacunku, litości i skrupułów. Poza bogatą i szeroko ilustrującą liryką, Cowboy wyśmienicie spisuje się również wokalnie. Może i nigdy nie usłyszymy już tego ostrego flow i bezlitosnych wrzasków znanych z "Enemy Of The State" to trzeba przyznać że raper potrafi skupić na sobie sporo uwagi. W końcu, ponad wszelką wątpliwość, mamy do czynienia z najlepszym graczem z Sactown i nadal jedną z najjaśniejszych gwiazd na Zachodnim Wybrzeżu...

Jak wspomniałem na "The Mobfather II" zabrakło mi przede wszystkim oryginalności od strony produkcji. Patrząc jednak na sprawę optymistycznie, to nadal muzyka która wybija się wysoko ponad chłam z jakim wszyscy mamy styczność sprawdzając co niektóre zachodniobrzegowe nagrywki. Porównując album do "jedynki" żalę się na brak surowości. Zestawiając z ostatnimi dziełami od C-Bo jak "Mafia Royalty 2K14" czy "Orca", ubolewam nad nie skorzystaniem z szansy zatrudnienia kilku "świeższych" producentów, którzy potrafiliby dodać więcej od siebie niż tylko kopiować od innych. Przydałoby się jeszcze jakieś zróżnicowanie odnośnie występów gościnnych. Fakt, sprawdzeni ludzie pozostawili za sobą eleganckie zwrotki (w większości). Jednak czas by w WCM pojawiły się jakieś konkretne postaci z nieprzeciętnym talentem jak to miało miejsce lata temu. Technicznie album dopieszczony jest celująco, zawdzięczamy to głównie wybitnemu inżynierowi jakim jest John Silva, którego pamiętamy z albumu Killa Tay "Flood The Market". Jeśli chodzi o wkładkę, dostaniemy jedynie pojedynczą kartkę - bieda, ale grafika jest całkiem niezła a do tego wypisani są wszyscy uczestnicy tego przedsięwzięcia..

Podsumowując, "The Mobfather II" będzie zapewne jedną z najbardziej rozchwytywanych płyt w 2015 roku. Mnie ona również przypadła do gustu, gdyż w wielu momentach wieje tu złotą erą lat 90tych. To taki odgrzewany kotlet tyle że o wybornym smaku i chyba właśnie dlatego będzie często gościł w moim menu...

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Smigg Dirtee - Silas A.K.A Smigg Dirtee CD (2002, One 4 Us/ ABA Muzic)

W roku 2002 Sacramento zrodziło wiele ciekawych, klasycznych gangsterskich projektów które do dziś z przyjemnością wrzucam na odsłuch. By wymienić te najważniejsze, dostaliśmy aż dwie płyty od C-Bo "West Coast Mafia" i "Life As a Rider", od Luniego "Lunicoleone.com" oraz jego kolaboracje z Hollow Tipem w "Wanted Dead Or Alive. Sam Markus w tym czasie wypuścił kolejny grupowy album z Mic-C jako 2Sav "Sav'd Out", zaś X-Raided razem z Kingpenem przedstawiają swoje "City Of Kings "Sac-a-Indo Project". Dodatkowo śmiało można wymienić "The Plague" czyli kooperację między Brotha Lynch Hung i Doomsday Productions" oraz genialne "The Big Black Bat" od First Degree The D.E. Mimo że Dirtee w trakcie wydania swej pierwszej solówki wcale nie był żółtodziobem to jego "Silas aka Smgg Dirtee" jakoś ginie na tle wyżej wymienionych pozycji. Fakt że album ten plasuje się miejsce niżej na podium i trudno nadać tej płycie miano pozycji kultowej to jednak warto jest ją sprawdzić, by zobaczyć że początki tego niepozornego kolesia w okularach były naprawdę imponujące...

Smigg Dirtee jest dziś postacią bardzo dobrze znaną i powszechnie cenioną lecz jeśli o mnie chodzi, dawno wypadł z mojego rankingu najlepszych raperów podziemia Zachodniego Wybrzeża. Niby koleś ma potężną dyskografię, możemy go również spotkać gościnnie na wielu albumach z Sac czy Diego to jednak nie zdołał zaskarbić sobie mojej sympatii na tyle bym rzucał się na jego płyty z cieknącą śliną. Spora liczba jego krążków zniechęciła mnie przede wszystkim mało wciągającym muzycznym repertuarem. Zaś w ostatnich latach doszedł również spadek formy samego rapera co skutkowało kompletnym brakiem zainteresowania jego osobą z mojej strony. Oczywiście nie twierdzę że Dirtee jest kiepski, wręcz przeciwnie, posiada talent i ogromny potencjał czego dowiódł wiele razy. Chodzi jednak o to że chłopak stał się mało konsekwentny i mam wrażenie że zaczął robić kawałki naprędce, nie angażując się zbytnio w swoją pracę. Stąd też coraz częścięj dostajemy od niego stratne jakościowo cyfrówki ze średnimi piosenkami aniżeli konkretne, fizyczne albumy z porządnym materiałem. Przy okazji pierwszej solówki rapera wrócimy do czasów w których liczyły się umiejętności a nie bajdurzenie w mediach społecznościowych. Kiedy wydanie twardego nośnika było dla rapera zaszczytem, a nie kosztownym przymusem. Od razu przyznaję się że bardzo lubię tę płytę, a to przede wszystkim dlatego że Smigg Dirtee jest na niej cholernie dobry. Choć nigdy nie przepadałem za miękkimi wokalami to raper nadrabia straty osobowością i elegancką nawijką. Widać tutaj pomysł na przedstawienie swojej sylwetki i album który w rzeczywistości niesie więcej pozytywnej energii i humoru niż puszenia się co chwilę z gnatem w dłoni. Smigg bardzo przypomina mi tutaj T-Nutty gdyż jest tu mnóstwo górnolotnego żonglowania rymami, kombinowania z flow i techniką, miejsca na wygłupy i zabawne porównania. Robi wrażenie gdy raper np. zaczyna "Dirtee Dancer", kawałek o wypasaniu się w klubie i braniu prywatnego tańca od białej kobiety słowami "me and my squad, hit the nightfall and act like dogs" albo śmieszy gdy frywolnie wyśpiewuje refren "when i step up in the party all the girls want my booody, a skinny nigga actin naughty" z numeru "Big Screen TV's, Blunts, 40's and Bitchez". Oczywiście, to że na płycie jest dużo swobody, przechwałek i rubaszności wcale nie przeszkadza gospodarzowi by przy okazji poruszyć kilka ważniejszych kwestii. Bo tak jak wszędzie, trzeba zbywać środkowym palcem hejterów, być pewnym siebie i konsekwentnym w dążeniu co celu czy ciężko tyrać by zarabiać godny szmal. Mocne "100% Dirtee" to natomiast typowe figle ze spluwami i odstrzał palantów grających na nerwach, a ostatni numer na albumie przedstawi filozoficzne wywody Smigga na temat miłości i życia (krótkie aczkolwiek niespotykane). Na arenie producenckiej najszerzej zaprezentował się One 4 Us (aż 9 numerów), M1 i Big Hollis podrzucili dwa beaty, Pale Soul i Luni Coleone dali po jednym, zaś sam Smigg Dirtee zrobił sobie aż sześć podkładów. Część ilustracji muzycznych nacechowana jest nutami o rozrywkowym charakterze, dla których inżynierowie dźwięku postarali się o skoczne i klubowe, czasem szybsze rytmy ("Big Screen TV's...), lub też o lekko głupkowate, oszczędne melodie ("Smigg Dirtee", "This Is It [Uh])", "Money Over Bitchez"). Druga połowa natomiast jest bardziej ujarzmiona i nastrojowa, prowadzona z umiarkowanym lub wolniejszym metrum. W tej części mamy takie utwory jak rozpływające się wśród ciepłych instrumentów, g-funkujące "Heaterz" i chilloutowe "Curious", melancholijne "Makes Me Wanna Holla", zadziorne "All About My Richez" albo typowo thuggowe "Blocc Shit". Jako ciekawostkę lub też dla niektórych wytyczną, dodam że kilka podkładów z powodzeniem mogłoby znaleźć się na wydanych w Out of Bounds, krążkach Luniego, "In The Mouth Of Madness" albo "Lunicoleone.com". Solówka Pollarda jest również podobnie nagrana co klasyki Monterrio. Miks jest nieco przybrudzony, mastering wykonany twardo lecz wystarczająco klarownie, czuć jest tą surowość, typową dla Sactown z tamtego okresu...

Na "Silas aka Smigg Dirtee" zobaczycie cieszącego się życiem, wyluzowanego Dirtee, podrywającego panienki i bujającego się ze w swą ekipą. Liczy się tu przede wszystkim zabawa i to by nie brać wszystkiego zbyt serio. Z drugiej strony jest tu dużo głębszej treści, przemyśleń odnośnie wielu sytuacji i składanych co chwilę gangowych deklaracji. Bez wątpienia Smigg wspiął się tą płytą na sam szczyt lirycznego panteonu. Na albumie mogłoby być jednak więcej wkręcających podkładów od doświadczonych producentów, zamiast tych które raper postanowił złożyć sobie sam. Mimo że atmosfera muzyki od Pollarda bardzo pasuje do albumu a on sam zabija te kawałki swymi umiejętnościami to wyraźne słychać tu obniżenie poziomu produkcji. Oczywiście, nikogo nie zniechęcam bo jest to jedynie mały uszczerbek na tym niesamowitym krążku i każdy szanujący się fan Sactown powinien się z nim zapoznać a nawet nabyć jeśli nadarzy się dobra okazja. Dla mnie niezaprzeczalny klasyk...

czwartek, 9 lipca 2015

Mozzy - Gangland Landscape CD (2015, Mozzy Records)

W ostatnich latach na ulicach Sactown zrobiło się naprawdę gorąco. Głownie za sprawą dwóch rywalizujących ze sobą gangów - Oak Park Bloods i Meadowview Starz. Między Mozzym i Lavish D zrodził się zażarty beef do którego wciągnięto również Philthy Richa. Sprawa była/jest na tyle poważna że kilku chłopaków skończyło w worku za swoje przekonania a sami prowodyrzy całej sytuacji dostali już wyroki. Niedawno Mozzy wyszedł z pudła i niezwłocznie dostaliśmy do posłuchania jego nowy album "Gangland Landscape". Jest to już któryś z kolei materiał młodego gangbangera. Wcześniej koleś nagrywał pod ksywką Lil Tim zaś ostatnimi czasy do sieci trafiły solówki "Next Body On You", "Next Body On You 2" i "Goonbody Embodiment". Chłopak istotnie nie próżnuje i zdążył już wyrobić sobie reputacje nie tylko u siebie w mieście. Obecnie jest też chodliwym i często eksportowanym towarem w rejony Zatoki. Wspólna krucjata przeciwko Lavishowi D i jego ziomkom scementowała przyjaźń Mozzyego i jego ekipy z dyżurującą mobbsterką w Oakland, czego wynikiem są oczywiście wspólne kawałki. Każda wydana w ostatnim czasie płyta od Joe Blow nie może obejść się bez zwrotek tego konfliktogennego osobnika..

Jak wspomniałem Mozzy posiada już całkiem obfitą dyskografię lecz jak dotąd zakres jego ruchów był dość ograniczony. Dostaliśmy zatem więcej niedoskonałych jakościowo cyfrówek niż pełnokrwistych tłocznych albumów. Jeśli chodzi o te drugie, w 2013 roku Mozzy i łowca młodych talentów DJ Fresh spotkali się na wspólnej kolaboracji w "The Tonite Show", zaś u boku Guce'a pojawił się na albumie "Stand Up Guys". Recenzowane dziś "Gangland Landscape" to zatem dopiero trzeci fizyczny nośnik rapera. Nie będę koloryzował że digipack w jakim wychodzi album to szczyt formy wydawniczej. Po obu stronach to samo foto a płyta to zwykły cdr, natomiast trzeba odnotować że Mozzy dopiero wkręca się w ten niewdzięczny biznes. Poza tym, krążek wydaje się być jak do tej pory najbardziej konsekwentnym dziełem rapera, co powinno w dużym stopniu zrekompensować te małe niedogodności. Zaczynając od "Keep Ya Lawn Balldheaded" po wieńczące materiał "Overkill" miałem, nawet na chwilę nieopuszczające mnie odczucie że oto zostałem szczęśliwym posiadaczem jednego z najlepszych gangowych tworów ostatnich lat. Mozzy zdążył dostać już potężnego upierzenia, mikrofon do jego dłoni ulewa się nie gorzej niż spluwa, a produkcja wystawia mu się idealnie by nie mógł spudłować. Świetna gra słów, bezkompromisowe teksty, chropowaty wokal i flow nabity naturalną nonszalancją - chłopak brawurowo jedzie po całej płycie zostawiając po sobie jedynie swąd porzuconych ciał. Tematy na płycie są typowo gangowe co już na wstępie określa sam jej tytuł, który notabene nawiązuje do słynnej serii telewizyjnej "Gangland". Tutaj jednak narratorem jest sam Mozzy a relacje dostajemy z pierwszej ręki, prosto z ulicy. Wyciąga się tu kwestię lojalności, przechwala ilością zabitych osób i sprawnie rozpoznaje konfidentów. Wszystko zaś przesycone bardzo bogatą i ciekawą treścią. Mozzy to bystry skurwysyn, aktywny i świadomy gangbanger, co przejawia się wnikliwą i drobiazgową, a przede wszystkim świeżą liryką, która również odziana jest w osobliwy slang. Spójrzcie chociażby na tytuły "Chop Stixx" i "Fasholly". Gospodarz i jego crew (Hell Gang!) mają również świra na punkcie litery "z" co wiąże się z nieznaczną, aczkolwiek bardzo dźwięczną metamorfozą niektórych powszechnie używanych słów. Muzykę pod ten ciężki krajobraz podrzucił stary kumpel Mozzyego - June Onna Beat. Wprawdzie w środku kartonowego pudełka nie przewidziano miejsca na wypisanie jakiegokolwiek info, to jego ksywka pojawia się wraz z początkiem większości numerów. Muzyczna formuła jest bardzo nowofalowa i zarazem skuteczna, zadziała również na okazyjnego słuchacza zachodniobrzegowego grania. Podziały rytmiczne zaczynają kołysać już od pierwszych taktów. Produkcje cechują pulsujące basy, miękkie lecz wyraźne stopy, nieinwazyjne clapy, aksamitne pianina i masa innych kosmicznych dźwięków wydobytych z nowatorskiego syntezatora. Całość utopiona jest w głębokim pogłosie i utrzymana w melodyjnym, łagodnym charakterze. Jedyne numery z mocniejszym uderzeniem to "Street Official", "Cant' Heal" i "Overkill". Poniżej dwa obrazy promujące album:

"Dead and Gone" i "Chop Stixx"

Jeśli chodzi o te "nowe" brzmienia jakie obecnie przelatują przez Zachodnie Wybrzeże, to co znajduje się na "GL" zdaje się najśmielej do mnie przemawiać. Z początku byłem uprzedzony do kawałka "On My Head" w którym wykorzystano beat ze słynnego numeru Bobbyego Shmurdy, jednak nie sposób go przeskoczyć z Timothym na pokładzie. Nie wiem czy to odpowiedni moment by przyznać że Sactown ma nowego króla gangsterki lecz gdy co chwilę widzę komentarze "Mozzy killin shit right now" trudno to wyprzeć. Grupa fanów rapera rośnie z niespotykaną prędkością podobnie jak liczba odsłon klipów z jego ksywą w tytule. Nic dziwnego że omawiany dziś materiał od kilku tygodni nie wychodzi z pierwszej piątki najlepiej sprzedających się płyt na Rapbay. Sam raper zaś nie wydaje się być nawet odrobinę zmęczony nagrywaniem bo na dniach ukaże się jego kolejna solówka "Bladadah". Płytę promuje video pod tym samym tytułem i już zdążyło nieźle namieszać...

piątek, 26 czerwca 2015

X-Raided - Psychoactive 2 CD (2014, Bloc Star Ent., RBC)

Wiem co teraz sobie niektórzy pomyślą - kolejny dinozaur próbuje odcinać kupony od albumu który uczynił z niego legendarnego mc. Bo przecież wiadomo nie od dziś że sequele klasyków diametralnie różnią się od tego co oferowały części pierwsze a w dodatku potrafią wypaść kilka gwiazdek gorzej. Pomimo iż jestem zagorzałym fanem rapera z Sactown, nigdy nie udało mi się przekonać do kontrowersyjnego tytułu z roku 1992'. Rządzi mną jakieś przeświadczenie że historia kalifornijskiego rapu zaczyna się w roku 95 i wszystko wydane przed brzmi zbyt staroszkolnie by w jakiś sposób mnie zadowolić. Oczywiście od tej reguły istnieje kilka wyjątków lecz ogólnie bariera ta nadal się utrzymuje. Czy jednak przystępując do słuchania "Psychoactive 2" konieczne jest zapoznanie się z jej poprzedniczką, która została wydana prawie ćwierć wieku temu? Ekstremizmem byłoby doszukiwanie się między tymi płytami jakichkolwiek podobieństw więc odpowiedź będzie raczej brzmiała NIE. By mieć jednak jakiekolwiek zdanie na temat ostatniej (jak dotąd) solówki Anerae trzeba było mu towarzyszyć przez ostatnie kilka lat, gdyż sporo się u niego w tym czasie wydarzyło zarówno na gruncie muzycznym jak i w życiu prywatnym...

Można rzec że X-Raided to już marka, którą trzeba permanentnie pielęgnować by nie wypłowiała, bo gdy już to zrobi nie będzie przynosiła korzyści. Już od dobrych kilku lat Bloc Star pokazuje nam że solidność jest kluczem do tego by utrzymać się na rynku i przy okazji zapobiec fatalnemu odwrotowi fanów. Mniej więcej od albumu "Vindication" estetyka jak i brzmienie albumów rapera z Garden Bloc zdefiniowały się na tyle byśmy mogli zdecydować czy nam się to podoba czy nie. Przyglądając się uważnie sytuacji jestem w stanie dostrzec zaangażowanie całego zespołu i docenić efekt w postaci dopracowanych albumów. Po wyjęciu CD z folii ochronnej nie musimy bać się że dostaniemy pojedynczą kartkę wsuniętą do opakowania, a wkładając płytę do odtwarzacza martwić o jakość nagrania. Na siłę można by doczepić się do samego materiału muzycznego jednak sprawi to przyjemność chyba tylko największym frustratom szukającym dziury w całym. "Psychoactive 2" to krążek który absolutnie musisz mieć jeśli Anerae nadal pozostaje jednym z twoich ulubionych mcs na Zachodnim Wybrzeżu. Ten album to wynik wzajemnego zrozumienia się pomiędzy raperem a producentem, gdyż zrezygnowano całkowicie z udziału Leviathana i za całość muzyki odpowiada jedynie Fhilthy Rich. Przez ostatnich kilka lat ten utalentowany osobnik zdążył ukształtować swój styl: nowoczesny, mocno hardcorowy i przede wszystkim unikatowy. To muzyka w której bez wątpienia siedzi diabeł i to ten mocno upierdolony w smole. Odważę się nawet o stwierdzenie że te mocarne i nasiąknięte grozą podkłady mogłyby bez wahania tworzyć tło do niejednego dreszczowca. Te dźwięki zastraszają, wprowadzają terror, wywołują psychozę i sieją panikę, czyli robią dosłownie wszystko by po skończonej sesji nałykać się tabletek na uspokojenie. Nastrój dodatkowo podkreślany jest wystrzałami z różnych typów broni i odgłosami rozsypujących się po ziemi łusek. Fhilthy Rich to bezkonkurencyjny demiurg rozdzierających numerów w których nie brak stopniowego wdrażania napięcia i starannie przeprowadzonych aranżacji. Wprawdzie nie da się zatuszować faktu że wszystko to znamy już z dwóch poprzednich albumów, jednak przy okazji "Psychoactive 2" repertuar producenta nadal sprawdza się wyśmienicie. X-Raided natomiast po raz kolejny pokazał że da się jeszcze tworzyć oryginalne albumy, które nie są zalane purpurą, obwieszone biżuterią i zapchane tonami kokainy. Anerae to nadal charyzmatyczny mc. Uzewnętrznia swój gniew, opisuje drażniące go sprawy, przechwala się umiejętnościami oraz deklaruje głęboką i nierozerwalną więź z ekipą z Gardens. Teksty opierają się głównie na osobistych przeżyciach samego rapera, pacyfikują wszystko co fałszywe i mocno uwydatniają kwestię lojalności. Zachowanie na mikrofonie i maniery w składaniu rymów nie zmieniły się. X-Raided to talent w pisaniu technicznych i szybko łapiących ucho linijek w które wstawia klatki mocnych obrazów, szereg ciekawych porównań i metafor. Grafomaństwo zostało ograniczone do minimum co oznacza konkretniejszą treść jak i bardziej przemyślaną merytorykę dla całego dzieła. Da się wprawdzie wytknąć niektóre momenty gdy np. w kawałku "Shocc Absorbers" Anerae niezgrabnie, wręcz nieco popowo, opowiada o wyrywaniu panienek, jednak reszta albumu (poza miernym freestylem w "Whutz My Name") starannie rekompensuje takie faux pas. Jest tu mnóstwo świetnych kawałków i by je wymienić musiałbym spisać prawie że całą tracklistę. Warto chociaż wspomnieć o wielkim spotkaniu legendarnych mcs w "Reason Of Da Siccness" z Lynchem i C-Bo czy też "Mista 357 Part II" w którym X-Raided mam wrażenie, w pewnym stopniu próbuje wytłumaczyć się z tego co zrobił lata temu..

W załączonej książeczce Anerae rzuca nieco więcej światła na poszczególne numery, warto jest do niej zajrzeć aby poszerzyć wiedzę i w pełni zgłębić płytę. Czasem jednak gdy czytam te krótkie notatki lub też wsłuchuje się w niektóre teksty, widzę że wiedza rapera na temat obecnego stanu hip hopu i świadomość tego co się dzieje na scenie są mocno przestarzałe. Lata 90' dawno za nami a Brown nadal odwołuje się do Biggiego, Big Puna, starych płyt Eminema i wspomina Death Row. Wiem że koleś siedzi w pace jednak jak na drugą dekadę XXI wieku odbiera się to co najmniej dziwnie. Wracając jednak do tego co najistotniejsze i porównując wydane w ostatnich latach albumy rapera, jestem na sto procent przekonany że "Psychoactive 2" jest jak do tej pory najmocniejszą pozycją z logiem Bloc Star na okładce (nawet ze sporym wkładem B. Parker i kiepską zwrotką Smigg Dirtee). Oby ta dobra passa nie zmieniła się gdy Anerae wyjdzie na wolność a przypominam że jest to już kwestia kilku miesięcy...

środa, 6 maja 2015

Luni Coleone & Hollow Tip - Still Wanted CD (2006, Out Of Bounds)

Luni i Tip to jedna z tych zachodniobrzegowych kolaboracji która wryła się w pamięć sympatykom hardcorowej gangsterki. Przede wszystkim duo to zasłynęło z płyty "Wanted Dead Or Alive" którą wydano w roku 2002 i słusznie mianowano jedną z najlepszych płyt w dorobku obu artystów. Kilka lat później chłopaki zdecydowali że zrobią sequel swojego klasyka i dadzą fanom kolejną dawkę muzyki przy której będzie można odbezpieczyć spluwy i dać upust frustracjom. Młodzikiem już nie jestem i pamiętam że te kilka ładnych lat temu Zachodnie Wybrzeże przeżywało swój niemały kryzys w strukturach wydawniczych. Zaczął wtedy wchodzić nurt hyphy który spychał tradycyjne produkcje podmieniając je na oszczędne, płaskie i drewniane brzmienie. Nastąpiła susza podczas której trudno było o porządne projekty. Ciężko było też dopatrzeć się jakości nawet u cenionych figur. Na "Still Wanted" chłopaki może obeszli się bez durnoty lecz słychać że album wychodzi w tym niefortunnym okresie...

Big Hollis był jednym z moich ulubionych producentów. Miał swój styl, a jego muzyka wyróżniała się nietypową perkusją i oryginalnymi próbkami instrumentów. Wiele jego prac było do siebie podobnych lecz dzięki temu wszystkie zachowywały twórczą manierę Hollisa. Zrobione przez niego podkłady tworzyły muzyczne tło pod takie dzieła jak "In The Mouth Of Madness" Luniego, "Vengeance Is Mine" X-Raideda, składankę "The Initiation" albo "Ghetto Blues" od Marvaless. Bez wątpienia producent ten zapisał się na kartach historii jako człowiek który wiele wniósł do brzmienia Sacramento. Jak wielu pracujących za konsoletą miewał wzloty i upadki jednak "Still Wanted" to chyba jego najgorsza robota. Przy robieniu podkładów ewidentnie zabrakło wyobraźni, polotu i przede wszystkim dobrego smaku. Już przy drugiej pozycji na albumie a pierwszym pełnowartościowym numerze Hollis wraca do czasów "In The Mouth Of Madness" by na nowo zaprezentować pamiętne "My Name". Lecz tylko degraduje ten fantastyczny numer do podstawowej linii melodycznej nie próbując w żaden sposób wydobyć z niego dawnej energii. "Streets Is Watchin" mimo że buja, nieco rozczarowuje dźwiękowym zubożeniem. Przy kiepskim, nudno posamplowanym "Hold Me Down" mój player najzwyklej odmawia posłuszeństwa. Kolejna partia to mocne średniaki - "I Want 2 Meet U" i "Get Off Me", wypadają całkiem znośnie choć ten pierwszy prawie ląduje w koszu za cukierkowy refrenik. Ostatni zestaw to utwory których słucham z przyjemnością. "Grab Dat Cannon" to jedna z lepszych tu produkcji ale po co ten suchy syntezator? "Keep Me Comin 2 You" to kolejny dobry numer, zaś "Why", "Woodgrain" i "Gangsta Til I Die" to trzy najpoważniejsze i zarazem najlepsze propozycje na płycie. Podsumowując - z piętnastu pozycji, dziesięć to pełne kawałki w tym tylko pięć naprawdę zadowalających muzycznie. Taki wynik zapewne nikogo nie zadowoli więc trzeba będzie zwracać większą uwagę na występy gospodarzy którzy są spoiwem tego producenckiego ambarasu. Osobiście ciężko mi jest słuchać całego albumu ale nieładnie by było zostawić Luniego i Hollow Tipa bez oceny. Duet nie przyniósł zawodu ani nie pokazał niczego co by wychodziło poza standardowy schemat. Mamy tu typowego Coleone który pozwala sobie na odrobinę wokalnych wariacji, składającego nieskomplikowane lecz jak zwykle chwytliwe teksty. Oraz Hollow Tipa z poważnym i nieustępliwym wokalem, skrzętnie przeplatającego rymami swoje linijki. Warstwa merytoryczna również trzyma się środka dlatego spodziewać się trzeba raczej klasycznych uliczno-gangsterskich tematów obłożonych głównie przechwałkami. Jest wożenie tyłka w drogich furach, popisywanie się przed panienkami, szastanie kasą i pokazywanie wrogom dna lufy. Nieco zróżnicowania wprowadzają "Keep Me Comin 2 You", "Why" i "Hold Me Down", chociaż te dwa ostatnie niczym konkretnym się tak naprawdę nie wybijają...

Przechodząc do meritum nie sposób odgonić się od myśli że "Still Wanted" ewidentnie została wypuszczona tylko po to by odcinać kupony od swojej poprzedniczki. Pozapychana bzdurnymi skitami i słabą produkcją płyta do pięt nie dorasta wyśmienitej "Wanted Dead Or Alive". Cofając się te kilka ładnych lat wstecz można powiedzieć że był to po prostu niezły przekręt na fanach którzy spodziewali się kolejnego klasyka. Dziś zapewne wiele osób zna tę płytę i jak się domyślam nie darzy jej zbyt wielką sympatią. Dlatego jedynym powodem by ją nabyć będzie raczej uzupełnienie kolekcji dla świętego spokoju aniżeli wysoka jakość materiału. Dodam jeszcze że poza omawianą kolaboracją, w tym samym roku Luni wydaje solowe "Global Recall", zaś Hollow Tip "Smuggle and Flow", których poziom jest znacznie wyższy od wybrakowanej "Still Wanted"...

środa, 1 kwietnia 2015

C-Bo - The Final Chapter CD (1999, AWOL)

Trudno mi powiedzieć jaka dokładnie historia kryje się za ostatnim albumem C-Bo wydanym dla AWOL. Można znaleźć różne info na temat tego materiału. Mówi się że C-Bo będąc w trakcie jego nagrywania poszedł siedzieć i nie mógł dokończyć dzieła więc piecze nad nim przejęła wytwórnia. Inni twierdzą zaś że album ukazał się już po odejściu Shawna z AWOL i ten nawet nie przyłożył ręki do jego wydania. Przerywając wszystkie spekulacje, prawdę odnajdziemy chyba tylko we wkładce do albumu gdzie reprezentant Sactown napisał kilka zdań na temat całej sytuacji. Może i C-Bo poszedł siedzieć, może też AWOL samo uformowało płytę, natomiast pewne jest że to pełnoprawna solówka która ukazała się za zgodą rapera. Zresztą w roku 2003 ukazuje się jej reedycja z logo West Coast Mafia co potwierdza że C-Bo krążek uznaje i rozwiewa wszystkie wątpliwości dotyczące jego legalności...

Fani niespecjalnie przykładali się do tego dzieła, a jeśli już o nim wspominano padały raczej niepochlebne recenzje. Przenosząc się w rok 99', mając zakorzenione w świadomości że C-Bo jest już po kilku wydanych albumach (w tym klasycznym "Tales From The Crypt" i genialnym "Til My Casket Drops"), też nie byłbym zachwycony tym tworem AWOL. Mamy jednak połowę drugiej dekady XXI wieku, muzyka się zmieniła a perspektywa czasu i coraz większa chęć powrotu do lat 90' sprawiają że dawne, nie do końca udane albumy dziś zyskują na wartości. "The Final Chapter" plasuje się dokładnie w tej kategorii. Niby mamy do czynienia z jedną z najgorszych płyt od Mobbfathera lecz przyglądając się jej bliżej, dojdziemy do wniosku że diabeł tkwi tu jedynie w szczegółach. Dziesięć pełnowartościowych numerów na trzynaście rzeczywiście może rozczarować, również z uwagi na fakt że poprzednie solo miało ich aż siedemnaście. Przypominając sobie jednak tracklistę "Tales From Da Crypt" albo "One Life 2 Live", argument dotyczący czasu trwania schodzi na margines. Zresztą, wszystkie kawałki trwają tu grubo ponad cztery minuty. Wytyka się tu również formę samego C-Bo, choć raczej chodzi tu o teksty niż popisy wokalne. Może i płyta nie odznacza się wysokimi ambicjami w doborze treści lecz ciężko ten fakt uznać za jakąś poważną wadę. Praktycznie całość to gangsterskie przechwałki które zawierają chwalenie się majątkiem, obrót narkotykami i bycie wielkim bossem nie wahającym się pociągnąć za cyngiel. C-Bo wkłada mnóstwo emocji w rap, krzyczy i ostro atakuje mikrofon agresywnie intonując słowa. Wypluwane linijki nie są zbyt fascynujące lecz słychać jeszcze to draństwo w głosie Shawna. W połączeniu z produkcją sprzed kilkunastu lat brzmi to po prostu wyśmienicie. Muzyką na albumie zajęło się bardzo wąskie grono i stąd kolejny zarzut że wszystko brzmi tak samo. Przyznaję że ekipa T.D.T. (czyli T-Roy, D-Wiz i Troy-B) w wielu miejscach użyła tych samych próbek instrumentów lecz mimo to chłopaki potrafili wprowadzić zróżnicowanie. Poza tym cały album zrobiony jest z rozmachem. Są szeroko rozbudowane aranżacje z mnóstwem klawiszowych zabaw, oraz bardzo klimatyczny zestaw żywych dźwięków zarówno tych grających z przodu jak i przeszkadzających z drugiego planu. W "Get The Chips" zetkniemy się z twardą mobbsterką, podobnie jak w "Best Recognize", "Bigg Figgas" albo "Tru 2 Da Game", gdzie panuje hardcorowa atmosfera owiana nutą niepokoju. Jest szybsze, funkujące "How Many" i wolniejsze, intrygujące "Mobb Deep. "Player To Player" emanuje podobną energią co "Money By The Ton", laidbackowe, ciepłe "As The World Turns" (prod. Kirk Crumpler) mogłoby swobodnie znaleźć się na "Til My Casket Drops, a ciężkie i mroczne "Big Boss" wykazuje się niesamowitą pompą w refrenie. O takim brzmieniu dziś się nawet nie pomarzy a taki C-Dubb którego okrzyknięto obecnie nowym królem mobbsterskich produkcji, panom z T.D.T. mógłby jedynie podawać napoje. Wada która natomiast mi doskwiera leży od strony technicznej "The Final Chapter". Numer cztery np. prosi się o bardziej uwydatnione wokale, również ich miks można było poprawić w dziewiątce, zaś dwunastka posiada bardzo słaby drumline. Za autentyczne minusy tej płyty uważam jednak niektóre wystąpienia gościnne jak np. grupa Probable Cause, z wyszczególnieniem jej bełkoczącego członka Flow. Który pojawia się w aż trzech pozycjach i podobnie jak raper Allie Baba, obniża poziom kawałków w których się udziela. AWOL nie musiało zapychać płyty tymi panami bo ilość stosownych zwrotek od takich osobistości jak Laroo, Lil Ric, 151, Pizzo czy Kokane i Spice 1 stanowczo by wystarczyła. Na płycie niestety nie ma Mississipiego lecz godnie zastępuje go wokalista Mo-Jay. Szkoda że nie pokuszono się o rozbudowanie "My True Soldiers" do pełnowartościowego utworu, bo mógł być z tego niezły numer.

Wiadomo, nie polecałbym tego krążka komuś kto dopiero zapoznaje się z dyskografią C-Bo bo nie jest to zbyt reprezentatywny twór. Jestem jednak w stanie wymienić kilka dużo gorszych pozycji z ksywką Cowboya na okładce. W pierwszym wydaniu "The Final Chapter" rozkładówka w miarę rzetelnie stara się opisać kto i gdzie udziela się wokalnie, choć zdarzają się tu małe błędy (np. w "As The World Turns" nie ma AP.9). Trudno mi powiedzieć natomiast jak to wygląda w wydaniu drugim, gdzie dorzucono dwa bonus tracki na końcu - "Ball Til We Fall" oraz "Earn Respect". OG press raczej trudno nabyć i jeśli już się pokazuje to cena bywa wysoka. Na pewno łatwiej będzie dorwać reedycje..

czwartek, 18 grudnia 2014

G-Macc - Tha Graveyard Shift CD (2005, U C It Entertainment)

Postać G-Macca powinni kojarzyć wszyscy którzy chociaż pobieżnie interesują się obozem Madesicc (dawniej Siccmade). Choć to już weteran, jego talent nie był jakoś szczególnie eksploatowany na scenie Sacramento. Początki jego kariery sięgają połowy lat 90' gdy wypuścił swoje pierwsze solo "Underground Hit List". Album naturalnie nie obfitował w znane ksywki i musiał obronić się jedynie swoją zawartością. Niestety zaraz po nim wampir Elston zapada się pod ziemię, znika aż na dziesięć lat by dopiero w 2005 ponownie wyjść na powierzchnie. Jako producent robi dla Cway Muzicc dwie składanki ("Death Threatz" i "Lyrical Octane") oraz jako raper wydaje swoje (dopiero) drugie solo "Tha Graveyard Shift". Trzeba przyznać że ludzie zgromadzeni wokół Lyncha czy obozu Cway są to artyści niespotykanego talentu inspirowani głównie klimatami grozy, czasami skłonni do różnych chorych podniet. Jeśli taka muzyka nie staje się głupkowatą papką dla mało świadomej publiki, potrafi urzec i wprowadzić słuchacza w niepowtarzalny nastrój. Prezentowany dziś krążek G-Macca jest przykładem tego że horrorcore i gangsterskie popisy to rzeczy które potrafią popełnić niezaprzeczalnego klasyka gatunku.

Zapewne każdy potrafi wymienić "Season Of Da Siccness", "Loaded" czy albumy Sicxa jako twory które odcisnęły piętno na hardcorowej scenie Sactown i stały się wyznacznikiem tego jak należy przenieść swoje niezdrowe fantazje na ścieżki audio. Podobny tor obiera tutaj Elston choć jego "Cmentarna Zmiana" trochę różni się atmosferą i brzmieniem od powyższej listy. Album odznacza się bowiem okrutną oryginalnością w sferze produkcyjnej. Mamy tu określony, jakby wyjęty z innej epoki koncept oprawy muzycznej. Producenci używając instrumentów o klasyczno-barokowym zabarwieniu, w wielu miejscach utrzymali aurę o charakterze opery. Zostało to atrakcyjnie dostosowane do podkładów z twardą, brudną perkusją i niskim, mięsistym basem. Materiał muzycznie jest bardzo spójny gdyż cały czas bogaty jest w aranżacje wykorzystujące sekwencje pianina, fletu, wiolonczeli, skrzypiec, klarnetu czy harfy. Poza tym usłyszymy ciepły rhodes w "Said That" i pięknie wtapiające się w krajobraz trąbki na "Time Spinnin". Naprawdę trudno mieć tu jakiś konkretny numer za faworyta bo doznania w większości są po prostu piorunujące. Do gustu nie przypadły mi jedynie "We Barry" i "Suppose 2 Be". Pierwszy do złudzenia przypominający "Get Your Mind Right Mami" Jaya-Z, w drugim zaś znajduje się przeżuty już motyw z "A Dream" grupy DeBarge znany z kawałka "I Ain't Mad At Cha" 2Paca. Komponowaniem zajmował się głównie Plat-e-num, czasem wspomagany przez G-Macca i Maxa. Na stojąco ślę im pokłony za wyrafinowanie i świetną realizację nagrań gdyż brzmienie płyty jest wręcz fenomenalne, a wampir z Sactown idealnie wpasował się tu w rolę gospodarza. Ujmująco ubarwia swoim głębokim głosem każdy track, stosuje nietuzinkowy flow i imponującą technikę składania nieprzeciętnych rymów. Płyta naturalnie przesiąknięta jest zbrodnią, jeśli ofiara jednej osoby nie wystarczy trzeba mieć na względzie również rychły koniec całej jej rodziny. Powody mogą być mniej lub też bardziej uzasadnione w zależności od sytuacji. Teksty oczywiście nie ograniczają się jedynie do typowo slasherowego schematu i pochodzący z Garden Blocc raper poświęca też trochę uwagi sytuacji panującej na ulicach Sacramento, gang-bangingowi, oddzielaniu wrogów od prawdziwych ziomków czy też patrzy na śmierć z perspektywy zwykłej, niełatwej codzienności. Album dopełniają ciekawe, zrobione z pomysłem, instrumentalno-mówione skity oraz naprawdę trafiony zestaw gości. Wymieniając tylko tych najważniejszych, jest Luni Coleone, Big No-Love, Brotha Lynch Hung, Key Loom (jeszcze jako Key Loc) i nawet Messy Marv (w formie).

"Tha Graveyard Shift" ma ogromny potencjał jeśli chodzi o ciężkie klimaty rodem z Sactown. Jest perfekcyjnie doszlifowana z każdej strony. Nawet okładka, na pozór mogłoby się wydawać amatorsko zrobiona, swoimi symbolami i plenerem wywołuje odpowiednie skojarzenia. Czuć na tej płycie głęboki, mroczny klimat i mocno grobową atmosferę. Śmiem twierdzić że jest to jeden z najlepszych albumów na Zachodnim Wybrzeżu i mimo wielkiej sympatii do klasyków Siccmade lat 90', chyba mój ulubiony jeśli chodzi o tego typu krążki. Dlatego jeśli funkcjonujesz w nocy i chodzisz spać w dzień na eleganckim posłaniu w pudełku z jesionu - ten materiał jest dla ciebie. CD jest niestety ekstremalnie trudno kupić i nie zauważyłem aby gdziekolwiek się pojawiało. Może w przyszłości ktoś zdecyduje się na reedycje robiąc wielką przysługę zagorzałym kolekcjonerom.

piątek, 12 grudnia 2014

C-Bo with special guest San Quinn - 100 Racks In My Backpack CD\DVD (2006, 100 Racks, Sumo Records)

Dla C-Bo 2006 był na pewno rokiem bardzo pracowitym, obfitował w aż sześć projektów z jego udziałem. Solo "Money To Burn", mixtape "The Money To Burn", "Trilogy" jako druga część Thug Lordz, "Moment Of Truth" jako kolaboracja z Killa Tay, kompilacja największych hitów "The Greatest Hits" oraz właśnie "100 Racks" In My Backpack z gościnnym udziałem San Quinna. Hunid Racks to nic innego jak marka która kilka dobrych lat temu wprowadziła na rynek napój energetyczny. By się lepiej wypromować opłaciła kilku znanych raperów by ci narobili wokół niej nieco więcej szumu. Stąd dostaliśmy album od C-Bo czy kolaboracje Yukmouth & Messy Marv "100 Racks". Wiem że dla większości prezentowany dziś materiał nie ma większego znaczenia i wielu pewnie przeszło koło niego obojętnie, co wcale mnie nie zaskakuje. Hunid Racks raczej nie miało intencji dostarczenia godnego materiału dwóch weteranów i chodziło tu bardziej o zgarnięcie łatwego szmalu. Nie chce przez to powiedzieć że zawartość CD jest kompletną klęska, jednak jej forma podania i wykonanie jest średnio zadowalające...

CD mieści piętnaście ścieżek, dziesięć z nich to kawałki C-Bo, w tym dwa z udziałem rapera z San Francisco. Quinn dostał jeszcze tylko dwie solówki i na tym jego udział w projekcie się kończy, bo trzy ostatnie numery należą kolejno do Richie Richa, B-Legita i Hugh E MC. Tu nasuwa się pytanie, czy to płyta C-Bo i Quinna czy po prostu składanka z przewagą kawałków rapera z Sactown? Przód okładki mówi "Hunid Racks & C-Bo presents" co poniekąd rozwiewa wszystkie wątpliwości, nadal jednak nie wiem jak mam sensownie potraktować ten album. Wiem że Cowboy niespecjalnie zajmował się promowaniem wspomnianego drinka i jego rola ograniczyła się jedynie do nagrania kawałków na krążek. W swoich utworach również nie emanuje szczególnym uwielbieniem do napoju i te dziesięć tytułów w sumie nijak się mają do płyty. Nie pozostaje mi zatem chyba nic innego jak zrobić sobie osobną playlistę z występami Shawna i wystawić im odpowiednią opinie. Pamiętam że w roku 2006 spadek formy reprezentanta Sactown był chyba najbardziej zauważalny. Raper bowiem odpuścił sobie swój energiczny, agresywny flow i zaczął nieco przynudzać pod długopisem. Choć poziom jego wykonań nadal był przyzwoity to po głowie krążyły myśli że mógł naprawdę postarać się lepiej. Tu sytuacja wygląda podobnie. Wskażmy choćby rozpoczynające album "Im Deep In The Streets", utwór stanowczo nie zakrawa na klasyk lecz sytuacja w innych zdaje się nieco poprawiać. Zaznaczam że nie ma co doszukiwać się tutaj konkretnych treści czy mocnych wrażeń od strony C-Bo. Shawn dobrał sobie zbiór luźnych tematów do których napisał adekwatne teksty i wypluł je na mikrofon z energią jaką wówczas posiadał. Producenci zaś idealnie wpasowali się pod rap gospodarza i dostarczyli muzykę zbliżonego formatu co jego popisy. Mimo że album ma pewien dar wpadania w ucho, słuchając go prawie dekadę później dostrzega się jego ułomności. Podkłady są OK, i tylko OK, oparte na OK dźwiękach, samplach i zrealizowane również na standard OK. Najzwyklej w świecie brakuje tu sznytu, czegoś co by bardziej podkreśliło charakter i dodało gęściejszej atmosfery. Produkcja w garści kawałków nie wytrzymuje u mnie próby czasu, jest po prostu zwykła i przebrzmiała. Reszty słucham bez większych sprzeciwów choć szczególnie za nią nie przepadam. Dziwi to zważywszy jeśli spojrzymy na wypisane ksywki które zajmowały się komponowaniem. Od Plat-e-num i K.G. można dostać wyśmienitą lub bardzo dobrą robotę lecz album niestety tego nie doświadczył. Maxamillion postanowił że nie będzie robił kolegom konkurencji, dlatego jedyny utwór który wychodzi przed szereg to tytułowe "100 Racks In My Backpack" zrobione przez Seana-T. Jak wspominałem wyżej płyta zawiera również dwa kawałki San Quinna i trzy kilku innych artystów lecz nie widzę potrzeby aby się nad nimi specjalnie zastanawiać. Dodam tylko że końcówka albumu nie wchodzi na moją playlistę a powody są oczywiste...

Skacząc po dyskografii C-Bo nie jestem w stanie przypomnieć sobie by jakikolwiek jego oficjalny materiał tak słabo do mnie przemówił. Nawet niechlubne solo "Money To Burn" wypada lepiej niż prezentowany dziś krążek. Słychać że "100 Racks In My Backpack" nagrywane był szybko i jak najmniejszym kosztem. Nie zadbano nawet o uczciwy miks i mastering. Cała płyta jest za cicho, wokale są zbyt głośno w stosunku do muzyki a wyczulone ucho usłyszy buczenie w niektórych kawałkach. Do albumu dołączono oczywiście DVD a jego niska wartość intelektualna nikogo nie powinna zadziwić. W roli głównej zobaczymy Fillmoe Slim'a i Gangsta Browna którzy jak się domyślam są założycielami marki Hunid Racks. Razem z raperami przez cały materiał nawijają o zajebistości swojego napoju opisując go jako remedium na wszystkie bolączki tego świata (naprawdę ma się ochotę to DVD wypieprzyć do kosza).

Podsumowując "Hunid Racks" trudno wystawić mi jednoznaczną opinie. Wiem że są osoby którym zawartość krążka przypadnie do gustu lecz mi brakuje w nim przede wszystkim jakości z każdej strony. Możliwe że gdyby poszczególne kawałki znalazły się na jakiejś prawdziwej solówce Shawna odebrałbym je lepiej. Album jest szeroko dostępny ale wątpię by fani C-Bo się na niego rzucali, sam bym go nie kupił gdyby nie cenowa okazja. Byłem ciekaw czy po tylu latach od wydania trzymając w ręku fizyczną kopię będę się w stanie do niego przekonać - wyszło to co najwyżej średnio. Na pewno nie jest to album do którego z chęcią będę wracał. Polecam jedynie wiernym fanom dla uzupełnienia kolekcji...

środa, 12 listopada 2014

AWOL - Mafia Royalty 2K14 CD (West Coast Mafia, Timeless, 2014)

Jasne że dawna wytwórnia jak i prezentowany dziś tytuł nie mają ze sobą wydawniczo nic wspólnego ale faktem jest że zebrana na nim ekipa była niegdyś nieugiętym fundamentem nieistniejącego już AWOL records. Zanim jednak przejdziemy do sedna sprawy, zastanówmy się teraz na chwilę nad obecną sytuacją w jakiej nasi uznani raperzy się znajdują. C-Bo od wydanej dwa lata temu "Orca", jak na razie milczy. Killa Tay poza obnażaniem się na forum publicznym, co chwile wychodzi z cyfrowymi projektami które jakościowo nie dorastają do pięt jego dawnym dokonaniom. Pizzo ostatnią solówkę wydał w 2005 roku - było to "Only God Can Judge Me". Marvaless już kilka lat wydaje swoją "nową" płytę "Concrete Rose", jej ostatnia "Ready Made" sięga roku 2007. O Lunim mówi się że dawno odpadł z gry, nie dziwota, "New Sac City" (2011) było wręcz asłuchalne. "The Corporation" od Laroo (2008) to ostatnia naprawdę mocna pozycja w jego dyskografii. Zaś ostatnie "Plugged In: Live From The Streets" z 2012 Lil Rica to kompletnie nie trafiająca do mnie pozycja. Ogólnie sprawy nie mają się zbyt dobrze...ale rzućmy okiem na prezentowaną składankę..

Ktoś postanowił że znowu zbierze wszystkich weteranów razem i postawi w gotowości miłośników dawnego AWOL. Bynajmniej, nie jest to Freddie Smith lecz cała inicjatywa ponownie wyszła od samego Laroo. Siedzący w temacie, na pewno pamiętają "Fuckin With the Mob is A Privilege" z 2009, które osobiście wychwaliłem i powątpiewałem czy kiedykolwiek taki incydent się jeszcze powtórzy. Mija pięć lat a Timless Ent i WCM łączą siły by zrobić powtórkę z przeszłości. "Mafia Royalty" to krążek zbudowany na tych samych zasadach co pozycja Taya i Roo. Jak się okazuje, jeśli ktoś porządnie weźmie się za nasze legendy, należycie im zapłaci, wpuści do profesjonalnego studia i podłoży producenta z prawdziwego zdarzenia - wszystko będzie działać jak należy. Jest się tu rozpieszczanym po prostu wszystkim. Nie sądziłem że będę wstanie to przyznać ale ta ekipa, mimo tak długiego stażu, nadal to ma. C-Bo zdążył już zademonstrować że jest w formie czego dowodem była "Orca". Jeśli płyta do was trafiła, na "2K14" Shawn pokazuje dokładnie to samo - bezkompromisowość i niebywałą zgrabność w układaniu tekstów. Swoim solowym "Right Back" dobitnie eksponuje talent i niepokorną osobowość. Killa Tay co prawda już dawno pozbawił się szaleństwa w głosie jakie miał za czasów AWOL ale wciąż umie wystawić pazury i nie boi się powiedzieć co myśli ("Snitches Shouldnt Rap"). Marvaless sprawiła mi niezmiernie wielką niespodziankę nie odpuszczając swojego stylu i udowodniła że jest jedyną królową sceny rap na Zachodnim Wybrzeżu. Nienagannie potrafił zachować się też Laroo. W końcu po kilkuletnim upajaniu się szampanem i zabawie w klubach wrócił na stare mobbsterskie klimaty (jak przypuszczam tylko na chwilę). Niestety Luni stracił swoją agresywność i część swej charyzmy ale nie można mu odmówić zdolności w pisaniu chwytliwych tekstów ("G-Shit"). Ubolewam za to nad bardzo znikomym udziałem Pizzo i Lil Rica. Panowie pozostawili po swoich wystąpieniach niedosyt a przecież słucha się ich z przyjemnością. Od gospodarzy można spodziewać się rzeczowej i ciekawie przedstawionej gangsterki oraz bardzo dobrych, ilustrujących tekstów. "Product Of Society", "Fast Cash", "Inner City Hustla", to tylko jedne z przykładów że w 2014 roku można robić genialny gangsta rap bez żenujących treści jakie spotykamy często u świeżego narybku. Raperzy arbitralnie przypomnieli wszystkim, dlaczego cieszą się tak ogromnym szacunkiem fanów nieprzerwanie przez ponad dwie dekady. Swoją godność zachowuje również bezwzględnie podporządkowana wokalom produkcja. Zajął się nią ten sam człowiek który na "Fuckin With The Mob.." rozniósł w pył wszystkich mizerniaków na Wybrzeżu i z podobnym skutkiem radzi sobie i tu. Bez krzty wątpliwości Traxx FDR to jeden z najbardziej utalentowanych i rozwiniętych muzyków na zachodzie. Dziwię się że jego osoba jest nadal tak słabo eksponowana w tym regionie. Chłopak jest mistrzem panoramowania, miksowania dźwięku i kreowania brzmienia. Posiada własny styl i z gracją odnajduje się w cięższych jak i lżejszych klimatach. Ponownie wykręcił wyśmienite nowoczesne westcoastowe podkłady bez jakichkolwiek naleciałości z zewnątrz. Każdy zrobiony przez niego kawałek dysponuje wybredną aranżacją i jest instrumentalną salwą skierowaną w kierunku słuchacza. Niektóre efekty jego pracy jak i próbkę możliwości weteranów z AWOL można zobaczyć w klipach: "My Family" i "Snitches Shouldnt Rap" (swoją drogą bardzo ładnie zrobionych).

Album posiada kilka rys lecz nie są one głębokie, chodzi tu głównie o sposób w jaki "Mafia Royalty" zostały zaprezentowane. Da się bowiem odczuć że jechanie na renomie obniżyło nieco wydajność pracy członków nowego AWOL. Naturalnie, materiał jaki się tu znajduje jest znakomity, ale jak na wielki reunion to kawałków jest zdecydowanie za mało. Trzynaście numerów z czego ten sam instrumental w Intrze i Outro - jak na tak liczny personel jest to pójście na mega łatwiznę. Totalnie z dupy jest jednak samo oprawienie CD w digipack z kompletnie nijaką grafiką. Nawet blend przypadkowych fotek artystów byłby stosowniejszy niż to co otrzymujemy. Okładka na pewno nie podkreśla atmosfery albumu a wręcz zniechęca do kupna. Niemniej nie dajcie się zwieść pozorom bo każdy szanujący się fan dawnego AWOL i West Coast Mafii powinien mieć tę pozycję w swojej kolekcji. Do kupienia wszędzie za przyzwoitą cenę.

wtorek, 28 października 2014

T-Nutty - Sac It Up and Serve It: Gas Chamber 2.4 CD (2013, Nutt Factor Musicc)

Po naprawdę bardzo dobrej "Channel 24st." i kolaboracyjnym albumie "Slangin & Bangin" z Liq, T-Nutty chyba zagubił się nieco w koncepcji wypuszczania swoich przyszłych projektów. Zanim wszyscy usłyszeli o takim czymś jak "Sac It Up" dużo wcześniej została uruchomiona promocja długo oczekiwanego "Blue Venom". Już w 2012 zaczęły się przygotowania do zrzucenia "jadu" w postaci chociażby "West Coast Chopper", klipu zwiastującego ów krążek. Mamy końcówkę roku 2014 a płyty nadal nie ma. W międzyczasie Nutt postanowił jednak zaspokoić nieco apetyt fanów i w 2013 roku dostaliśmy przystawkę w postaci tytułu który ewidentnie nawiązuje do pierwszej solówki C-Bo "Gas Chamber". 

Album doczekał się, czego sam T-Nutty zapewne nie przewidział, aż pięciu klipów. Video do "West Coast Chopper" nigdy już nie zostanie wykorzystane dla "niebieskiego jadu" gdyż kawałek ten trafił w końcu na "Sac It Up". Mogliśmy też okazje zobaczyć obrazy do "Fire Breathing Dragon", "On Ya Mind" i "In My Zone" oraz "Gangie", które posłużyło do reklamowania zarówno niniejszego krążka jak i drugiej części "When Animals Attacc" Key Loom'a. Po puszczeniu płyty można stwierdzić że Nuttyemu kompletnie odbiło lecz z drugiej strony chłopak swoje odsłużył i trzeba pozwolić mu na odrobinę szaleństwa. Zostawił ładunek, odpalił lont i czekał aż wybuchnie. Komu rozsadziło głośniki i wywaliło klapę w bagażniku będzie musiał wymienić na nowe, tymczasem dla innych to zapewne kompletny niewypał. Mowa oczywiście o nowych rozwiązaniach muzycznych jakie się tu pojawiły. Południowy trap w zachodnim wykonaniu, tak w skrócie można określić brzmienie tegoż krążka. Jest nawet refren w autotune na "Blocc Move" i charakterystyczne "yeah Ho!" znane przede wszystkim z twórczości Three 6 Mafii w kawałku "Fall Bacc". Po co to wszystko skoro słuchacze wymagają od danego artysty określonego, definiującego go zestawu ścieżek a nie kombinowania i wtrąceń które nijak się mają do jego osoby? Prosta logika podpowiada że - dla pieniędzy. Fani rapera z Sacramento i tak płytę kupią nie ważne jaka by ona była a nuż znajdą się i tacy którym kompletnie nieznany raper przypasuje swoim "nowym" brzmieniem i również dorzucą mu kilka dolców od sprzedaży. Oczywiście zachodnie trapowanie nie musi do końca mieć natury rasowych południowców i często oba gatunki spotykają się gdzieś w połowie. Niemniej trzeba się liczyć z tym że cała produkcja na albumie opiera się głównie na zestawie perkusyjnym z paczki 808. Kawałki z "Sac It Up and Serve It" mają głównie mocno przepieprzyć i zatrząść całą kondygnacją budynku. Najpewniej zrobią to "West Coast Chopper", "In My Zone", "Fire Breathing Dragon", "Indubitably", "Fall Bacc" albo "Gangie". Nie do końca przekonały mnie za to mało urzekające "Knoccin At These Bitches" oraz "Fast Lane" (jedyne samplowane). Muzyka na albumie to jedno, T-Nutty to drugie, raper pozostał wierny swoim ideałom przynajmniej jeśli chodzi o kwestie liryczne. Teksty mają przede wszystkim zabawiać i wzbudzać podziw co bezapelacyjnie jest tu przestrzegane. Czy to chodzi o bazę porównań, punchlineów czy technikę składania rymów. Flowmastermouth robi to w mistrzowskim, rozpoznawalnym dla siebie stylu i z genialnym flow. Wychwalanie swej osoby to temat przewodni każdej płyty Nuttyego lecz potrafi on również stworzyć bardzo ciekawe i rzeczowe dzieła czego przykładem jest chociażby znajdujący się tu "Hard For Me". Gospodarza wspierają na mikrofonie głównie jego bliscy kumple w postaci takich ksywek jak Jacc Thrilla, Young Bop, Liq czy Key Loom. Na trzynaście pełnowymiarowych kawałków, aż dziewięć to solówki.

Znów zaznaczę na kolorowo (czyt. niebiesko), grubą kreską to co u nikogo nie powinno budzić wątpliwości - T-Nutty to zajebisty raper. Śmiem też twierdzić że jako już jeden z nielicznych, nie splugawił dobrego imienia Sactown, nadal tworząc muzykę godną ulic tego miasta. Mimo tego że wyszedł z całkiem nową inicjatywą kierowaną do szerszego grona odbiorców to wypadł przy niej równie fenomenalnie co na poprzednich swoich projektach. Krążek zapakowany jest jedynie w cieniutki, podwójny digipack, okraszony całkiem fajną oprawą graficzną od bellicose design. W jego środku możemy znaleźć małe okienko z okładką "Blue Venom" i napisem "New Album Coming Soon" co daje nadzieje że płyta ta w końcu ujrzy światło dzienne. W creditsach podane jest wszystko poza producentami co wygląda na umyślne działanie. Czemu tak się stało trzeba już się chyba zapytać samego T-Nuttyego...