Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pittsburg CDs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pittsburg CDs. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

Dubb 20 - 20x Dope CD (2015, The AR Records, 2Gun Music)

Jak wspomniałem przy okazji omawiania "The Chemical Spot" raper Dubb 20 w końcu wziął się do roboty i zaczął regularnie wypuszczać swoje solówki. Warto więc przypomnieć sobie i tym którzy dopiero rozpoczynają przygodę z tym artystą, jego wydawniczą przeszłość która istotnie wpłynęła na lokalną scenę. Po klasycznym starcie z Ghetto Starz jakim był album "Sl-Umz" (2001), przyszedł czas na kolejnego klasyka w postaci solówki "Twenty Inches" (2003). W 2005 fani dostali kolejne solo "Dope Man, Dope Music, Dope Money", a w dwa lata po nim "Racks, Macks, Dope Tracks" z cholernie okropną okładką (Frisco Street Show - nie ma co się dziwić). Od roku 2007 Dubb 20 zrobił sobie małą przerwę, przynajmniej jeśli chodzi o pełnoprawne solówki. Swoją uwagę skupił więc na kolaboracjach, mixtapeach i street albumach. Z tej kategorii mogliśmy usłyszeć "More Dope, More Problems" (2008), "Too Hood For My Own Good" razem z Demolition Men (2008,), kolektyw Crumb Snatcha, Dubb 20, D-Dre i Maki w "Reality Show" (2008, mega ciężko  dostać w wersji fizycznej). [pseudo] album Ghetto Starz "Dem' Sl-um Dudez" (2010, tylko digital), kolejne mixtapey - "20/20 Preview" (2010) i "Free Dope" (2011), oraz "Hood Presidentz" collabo z D-Dre (2011). 2012 to ponowne wkroczenie na szerokie wody płytą "The A.R. Street Album", którą nagrywa wspólnie z Jacka, Jow Blow i Street Knowledge, zaś 2013 to powrót do wydawania solówek. Wtedy to ukazało się pierwsze od 6 lat, pełnokrwiste "Ya Favorite Number"...

Wliczając nadal świeże "The Chemical Spot" (2014), dzisiejsze "20x Dope", ostatni mixtape "GSlaps Radio 5" i projekt z B.I.G. Malo "Effortless" wychodzi w sumie siedemnaście projektów. Dorobek artystyczny Dubb 20 jest jednak bardzo nierówny, dlatego z całej płytoteki wokalisty prawdziwych perełek mona wybrać zaledwie kilka. Ostatnia solówka z pewnością nie będzie obojętna sympatykom reprezentanta Pittsburga. Gdyż to bez wątpienia jeden z najlepiej dopracowanych i dopieszczonych względem jakości album jaki 20 ma do zaoferowania. Dyskusyjne pozostaje natomiast to jaka muzyka się na nim znajduje i czy starsi fani dadzą się do niej przekonać. "20x Dope" to bowiem całkiem nowe brzmienie, diametralnie różniące się od wszystkiego co dotąd działo się na krążkach rapera, na którym typowe Zatokowe klimaty w wielu momentach przechodzą w regularny mainstream. Słychać że "target" został mocno rozszerzony przynajmniej jeśli chodzi o produkcję. Początkowo niechętnie wrzucałem tę płytę na odsłuch, nie tego oczekiwałem przez co nie dawałem krążkowi szansy by przeleciał dalej niż te kilka pierwszych numerów. W końcu jednak dałem się złamać, może nie tyle co samej muzyce a charyzmie rapera, bo co ja zrobię że cholernie lubię tego gościa? Zacznijmy jednak od wielkiej metamorfozy muzycznej. W ostatnich latach Zatoka chwyta się wszystkiego i chce być bardzo na czasie (choć na szczęście ten trend się powoli odwraca), zgubiła swój unikalny styl i przebalansowała się na południe. Są tacy do których to pasuje bardziej lub mniej, do innych zaś nie ulewa się wcale. Choć na "20xDope" znajdują się kawałki czysto trapowe, to album nie idzie tak ordynarnie w kierunku tej taniej mody. Płyta oparta jest o nowoczesne podkłady w których verble trzaskają, a nierównomierne cykacze dostają nieco rozpędu, jednak w sferze instrumentalnej jest dużo oryginalności. Sporo tu ciepłej, nawet ambientowej elektroniki w spokojniejszych numerach ("Dope Life", "Queso"), oraz dużo potężnych syntetyków na mocnych stopach w mocarnych bangerach ("Come On", "Pay Day", "Big Guns", "Go All Da Way In") i klubowych hitach ("Gas'd Up", "How The Game Goes"). Aranżacje są przemyślane i niebanalne, mimo że w dużej mierze brakuje tu zatokowej atmosfery znanej z poprzednich krążków to ciężko nie przyznać że muzyka jest po prostu dobra. Za taki stan rzeczy odpowiadają oczywiście nowi producenci, których grono jest dość obszerne - Frequency Beats, Kid Knoxx, L.O.P., Prophecy, S.T.A.R. Beats, Eddie Bands i Jeffro. Natomiast końcowy mix i mastering zrobił sam Baby Bubb który wydobył z instrumentów jak najżywsze barwy i doprowadził dźwięk do krystalicznie czystej postaci. Są tu kawałki w których bass dosłownie wwierca się w ziemie a stopa wali jak młot pneumatyczny. Nawet gdy czujemy ogromny sentyment do poprzednich płyt rapera, to wygłaszaniem herezji byłoby mówienie że Dubb 20 na takich bitach nie odnajduje się doskonale. Niezależnie od wszystkiego, "20x Dope" jest po prostu dalszą ekspozycja jego talentu. Usłyszymy jak zwykle stertę świeżych i ciekawych tekstów, doświadczymy niepospolitych rymów i bystrych wtrąceń do różnych sytuacji. Tematycznie płyta jest raczej powierzchowna. Raper oczywiście da nam do zrozumienia że na ulicy nie jest kolorowo jednak nie stara się wprowadzać atmosfery patosu jak jego kumple z labelu (Jacka, Joe Blow). Sporo tu zwykłej obyczajowości, miejskiej rozrywki i tradycyjnej gangsterki. Zdarzają się wprawdzie numery poważniejsze, gdzie porusza się bardziej znaczące kwestie jak w "Too Many Homies" czy "When I Make It Out" (świetny kawałek), jednak album krąży głównie wokół zbierania szmalu, kobiet, używek stosowanych zależnie od okazji i pakowania kulek w tyłki frajerów...

Dubb 20 ciężko będzie przekonać tą płytą starszych, konserwatywnych fanów, jednak zdecydowanie łatwiej będzie mu pozyskać nowych. Będąc bezstronnym nie pozostaje mi nic innego jak powiedzieć że to po prostu kawał solidnej roboty. Na moją ocenę rzutuje również fakt iż jak można było usłyszeć w ostatnim wywiadzie, raper nie ma w zwyczaju zapisywać swoich wersów tylko nagrywa kawałki w locie, plując słowami prosto z głowy. Jeśli to rzeczywiście prawda, to jestem pełen podziwu że podczas nagrywania udaje mu się zachować swobodny, elastyczny flow i nie wypaść z rytmu...

Fizyczną kopię można dostać tylko w jednym miejscu (Rapbay). Nośnik zapakowany jest w standardowy jewel case, do którego włożono dwukartkową wkładkę z całkiem niezłą grafiką. Poza tym że papier na którym wydrukowano cover jest cienki jak włos to nie mam się tu do czego przyczepić...

czwartek, 12 marca 2015

Dubb 20 - The Chemical Spot CD (2014, Chemical Baby)

20 to przedstawiciel mobb za którym czujnie się rozglądam i  chętnie sprawdzam płyty z jego udziałem. Wiem jednak że poza Ghetto Starz i jego pierwszą solówką "20 Inches" z 2002 roku, raczej trudno było skakać z radości nad jego dokonaniami. W ostatnich latach raper jednak wziął się za siebie i zaczął wychodzić do fanów z nowymi pełnowartościowymi projektami. Najpierw stanął obok Jacki, Joe Blow i Street Knowledge by zaprezentować to co The Artist Records miało najlepszego (2012). Rok później razem z D-Dre The Giant nagrywa kolaboracyjne "Hood Presidentz" i wypuszcza swoje pierwsze od sześciu lat prawdziwe solo "Ya Favorite Number. W 2014 do rąk słuchaczy trafiło "The Chemical Spot" a przed chwilą raper uzupełnił swą dyskografię o "20xDope". Machina wydawnicza ruszyła pełną parą lecz najbardziej zadowalające jest to że świadczone usługi przez gospodarza uległy poprawie. Omawiana dziś pozycja to druga solówka po lekkiej rewitalizacji artysty która jak widać po okładce posłużyła również do reklamowania marki Chemical Baby Clothing założonej przez Cellskiego. 

Dubb 20 z pewnością można polubić, ale najlepiej wypada gdy jest w formie. "The Chemical Spot" to jedna z tych płyt gdzie raper faktycznie spisuje się porządnie. Oczywiście pierwszy rzuca się w ucho "bobasowaty" głos "dwudziestki". Charakterystyczna nuta szybko go identyfikuje i wyróżnia dlatego łatwo można go rozpoznać w zalewie Zatokowych mcs. Poza tym rytmicznie i płynnie porusza się do podkładów plując słowami z dźwięcznym, miękkim flow. Tematycznie album krąży głównie wokół standardowych uliczno-gangsterskich spraw jednak Dubb 20 potrafi je uatrakcyjnić nawijką. Treść płyty niesie ze sobą potężną dawkę rozrywki, wiele ciekawych opisów i poruszanych kwestii. Raper stara się dobierać niebanalne rymy i technicznie dekorować linijki, choć nie przeczę że jest tu też pewna ilość prostoty. "Intro" które jest normalnym choć krótkim kawałkiem jest w stanie jasno pokazać próbkę tego jak 20 będzie zachowywać się na reszcie materiału. Uważam że naprawdę można być usatysfakcjonowanym jego wystąpieniami. Czy kawałek jest dobry czy nie, zależy więc tylko od zrobionej produkcji. Muzyka na szczęście pozostawia po sobie tylko pozytywne odczucia. Przyznam że już długo nie dane mi było doświadczyć tak udanych elektroniczno-syntetycznych kawałków co na "The Chemical Spot". Nawet irytująco proste aranżacje od Cellskiego w "Chemical" i "Heavy Tweaks" dziwnie mnie hipnotyzują. Stare, samplowane i obrobione na nowo motywy od Rob Lo ("Treal Deal") i DosiaDidTheBeat ("Dopest Out") również urzekły mnie swoim klimatem. A łagodnie rockowy, bardzo rzetelnie uformowany numer "I Need Medication" zwinnie odnajduje się między tymi brzmieniami. Muzyka obdarowana jest mocną wyrazistą i pełną ikry perkusją oraz soczyście wybrzmiewającymi instrumentami. Poza tym album jest przejrzyście zmixowany i zmasterowany. Jedyne zgrzyty pojawiają się w kawałku "Bout Whatever" gdzie jakość ścieżki jest trochę gorsza, lecz znośna i nie ma problemów z jej odtworzeniem. Osobiście albumu słucham bez przerzutek. Pozbyłbym się jedynie kilku mega kulawych zwrotek od Relly Sosa, Joe'syah czy kompletnie pierdolącego głupoty Husalah (!). Z przyjemnością za to wsłuchuje się w wersy Joe Blow, Black Jesus, Bo Strangles czy San Quinna. Płyta ma piętnaście numerów nieprzerywanych skitami z czego sześć to solówki. Poniżej dwa klipy promujące wydanie:

"Out Cha Circle" i "Intro". 

Po wnikliwym zapoznaniu się z "The Chemical Spot" śmiem twierdzić że to autentycznie bardzo dobry album z charakterem. Swobodna gangsterka jaką przedstawił tu Dubb 20 świetnie pasuje do jego stylu. Poza tym produkcja dysponuje ogromnym potencjałem energetycznym i emocjonalnym idealnie asystując wersom gospodarza. To na pewno jedna z lepszych płyt od reprezentanta Pittsburga. Kupujący fizyczną wersje otrzyma jedynie pojedynczą kartkę w środku opakowania. Fotki i niezłą grafikę wykonał Dosia używając barw rozpoznawczych dla marki CBC. Jeśli ktoś ma ochotę może wirtualnie pochodzić sobie po sklepie Cellskiego na stronie chemicalbabycbc.com .

środa, 25 lutego 2015

The Jacka - Broad Daylight CD (2009, Town Records)

Town Records? Czy aby sięgając po jedną z płyt Jacki w roku 2009 jaką jest "Broad Daylight" nie wpakujemy się w słuchanie wymuszonego albumu, którego istnienie naraziło na szwank kondycję pokaźnej dyskografii rapera? Po części tak. Czym zatem Mob Figa podpadł swojej publiczności? Tym że poszedł na łatwiznę i podpisał kontrakt z Town Records który skutkował wydaniem na szybko płyty o wątpliwej wartości. B-Town MAC to białas z Berkeley, właściciel i C.E.O. wspomnianej wytwórni, jakimś cudem udało mu się dotrzeć do Jacki i namówić go by ten dodał nieco prestiżu jego firmie. Bo co Town Records ma do zaoferowania? Prawie że nic, wydało jeszcze dwie składanki "Knock 4 Tha Block" i na tym poprzestało. "Broad Daylight" to zatem flagowy album którym jego wydawca szczyci się do dziś. Zwróćcie uwagę na grafikę płyty, czyżby TR myślało że jest drugim No Limit? Już nawet nie skomentuję że B-Town musiał wcisnąć swoją japę na tył okładki przy napisach executive producer jakbyśmy przypadkiem nie wiedzieli jak wygląda. No dobra a teraz do rzeczy...

Tak naprawdę ciężko jest jednoznacznie stwierdzić że "Broad Daylight" jest klapą. Materiał miał być poniekąd przedsięwzięciem komercyjnym co w przypadku takiego rapera jak Jacka skazane jest raczej na porażkę. Z drugiej jednak strony po kilku odsłuchach muzyka, teksty i refreny pałętają się gdzieś po głowie. Albumowi można zarzucić że w wielu momentach produkcję przestylizowano na wtórne Wschodnie Wybrzeże lub też jest tak mało oryginalna że nie warta zapamiętania. Nawet jak na 2009 rok, takie brzmienie mogło przyciągnąć jedynie okazjonalnych, mało wymagających fanów hip hopu. Słychać też że krążek miał posiadać kilka przebojów lecz ich formuła niestety wyczerpała się dawno przed jego wydaniem. Najbardziej odczuwalne jest to w skocznym, imprezkowym "Ballervard". Czy w typowych Eastcoastowo-mainstreamowych hitach z refrenami RnB - 'Try To Let Go" i "Don't Wanna Hear About It". Można pochwalić profesjonalny mix, mastering. Jeśli chodzi o sam dźwięk płyta zrealizowana jest na naprawdę wysokim poziomie, ale na tym plusy się kończą. Produkcja choć rusza i buja to pozbawiona jest indywidualnego charakteru i trochę nijak się ma do takiej persony jaką jest Jacka. Wkładka wymienia sprawców tego muzycznego ambarasu choć nie podpina ich do konkretnego numeru. Myślę że One Drop Scott i Rob Lo działali raczej pod dyktando Town Records gdyż nie wierze że byli zdolni do popełnienia tych czynów z własnej woli. Natomiast D-Dosia i B-Town MAC byli zapewne zdeterminowani by tak to właśnie wyglądało. Jeśli chodzi o gospodarza "Broad Daylight", to mimo że pokazuje się we wszystkich kawałkach to jest tu tak naprawdę gościem. Usłyszymy zatem tylko dwanaście wersów Jacki na co najlepsze tylko jedenaście pełnowartościowych pozycji, w których przewagę głównie ma zaproszony personel. Treść merytoryczna utworów jest adekwatna do koncepcji jaką wykorzystuje krążek co raczej nie dziwi. Trudno aby rzucona luźno, jednostrzałowa płyta porażała wysokimi aspiracjami w doborze tematów. Podobają mi się jednak występy Jacki obdarowane jeszcze wyraźną dykcją, nienagannym flow i przyzwoitymi linijkami. Niestety, Figa ginie w nawale gościnnych zwrotek, które często dostarczone są od osób wepchniętych tu na siłę lub też takich które skorzystały z okazji by się wypromować. Połowę pobocznej obsady można by bez szkody usunąć lekką ręką ale wtedy otrzymalibyśmy raczej ep niż lp. Głodne rozgłosu Town Records by na pewno do tego nie dopuściło. Jakie są zatem przesłanki aby sięgnąć po ten produkt? Dla kogoś kto jest fanem Zatoki i lubuje się w Mob Figazowych klimatach - ten album to raczej rozczarowanie. Są tu wprawdzie ze trzy, cztery kawałki które pasowałyby na jakiś konkretniejszy album Jacki np. "We Mafia", "Crazy Here" i "Hamm Sammich", lecz wątpię by ktoś przez to skakał z radości. Nikogo również nie pocieszy badziewny filmik na CD, cyfrowy plakat z okładki (już bez psów i helikoptera) i dzwonki na telefon umieszczone jako dodatki. Krążek zadowoli zatem niedzielnego fana Bay o mało wyszukanym guście któremu "Broad Daylight" jakoś przypadkiem wpadło w ręce...

Oczywiście ta pozycja to nadal płyta którą bez problemu można posłuchać, daleko jej do kompletnego dna i mimo wszystko potrafi dostarczyć odbiorcy jakiejś dozy rozrywki. Jednak gdy uświadamiam sobie że w tym samym roku wychodzi "Tear Gas" albo "Drought Season 2" nie sposób nie podejść do sprawy rygorystycznie. Przerobione tryliony razy przez moje ucho melodie nie są w stanie zatrzymać mnie na dłużej. Na dodatek dostajemy skąpą ilość tytułów, zwrotek gospodarza i worek bzdurnych featuresów. To chyba najsłabszy krążek od Jacki w 2009 i jeden z najdroższych w jego dyskografii...

poniedziałek, 16 lutego 2015

A-Wax - Savage Timez CD (2001, Possi Productions, Big Treez Entertainment)

A-Wax to ten raper który nie umie się zdecydować czy być szczupłym czy grubym. O dziwo gdy każe sobie słono płacić za swe ostatnie dokonania wygląda jak początkujący anorektyk. Odstawiając jednak żarty na bok, Aaron Scott Doppie to człowiek na którego bez wątpienia trzeba zwrócić uwagę jeśli jest się entuzjastą Zatokowych brzmień. Jeszcze nie opadły fanfary po ubiegłorocznej "Pullin Stringz" a już można nabyć nowe dzieło artysty "Everybody Loves Me 2" za bagatela 35$. Zanim jednak A-Waxowi uderzyła woda sodowa do głowy, jego młodzieńcze lata wcale nie należały do najlżejszych. W mega szybkim skrócie przypomnę, że urodzony w Pittsburgu Doppie, by ustrzec się przed wciągającą go w tarapaty ulicą wyjeżdża do Seattle. Ruch ten jednak okazuje się fiaskiem gdy dołącza do gangu Bloods, Elm Street Piru a następnie w wieku szesnastu lat zostaje skazany za zabójstwo na kilka lat więzienia. Siedząc za kratkami odnajduje miłość do muzyki, rozbudowuje swój liryczny warsztat i zaraz po wyjściu wraca do rodzinnego miasta by nagrać "Savage Timez" (i kto tu jest prawdziwym gangsta?).

Nawet jeśli ktoś na co dzień nie obcuje z muzyką reprezentanta Pittsburga to mógł chociaż słyszeć o jego wieloletnim konflikcie z grupą Mob Figaz. Cała sprawa tak naprawdę nie była warta świeczki a A-Wax ostatnio wygłosił na ten temat kilka zdań w tribucie dla Jacki. Chcę jednak zwrócić uwagę na fakt iż Doppie skłonny jest do popadania w mało eleganckie beefy i niepotrzebne pyskówki z ludźmi którzy dużo pomogli jego solowej karierze. Tak było z Mob Figazami jak i np. z Gonzoe, którego A-Wax obwiniał za zbyt mały angaż w pracę nad ich wspólnym albumem "Recession Proof". Ile jest w tym chęci zdobycia większego rozgłosu a ile wynika z niepokornego charakteru Doppiego wie już chyba tylko on sam. O jego niesnaskach z innymi raperami można by napisać naprawdę obszerny felieton dlatego dziś przede wszystkim skupimy się na tym co najważniejsze - jego muzyce. Przyjaźń A-Waxa z Figazami może i nie trwała długo lecz zostawiła głęboki i znaczący ślad na pierwszych płytach rapera. Na "Savage Timez" napotkamy nie tylko gości w postaci Rydah J. Klyde czy Jacka ale też będziemy mogli usłyszeć materiał wyprodukowany przez nadwornego producenta Figazów - Rob Lo, którego podkłady stanowią 80% całej muzyki na krążku. Resztę dopełniają trzy ścieżki zrobione przez Big Dave'a, Woodie'go i Crazee Nutt'a. Produkcja jest w dużej mierze ostra i dynamiczna oraz co najważniejsze jest niesamplowana, na pewno świadomość że producenci się naprawdę postarali i stworzyli wszystko od podstaw dodaje płycie większej wartości. Usłyszymy przede wszystkim surowe Pittsburskie klimaty jak "Get Low", "Rappa", "Savege Timez" czy "Streetthugz", lecz znajdziemy tu też lekko g-funkujące "P/G Style" czy już rasowo mobbsterskie "Talk Iz Cheap". Muzyka obdarzona jest żywymi, chwytliwymi liniami basów i pokaźnym zestawem instrumentów wspartym elektroniką w starym dobrym stylu. Poza tym panowie od podkładów dają też popis swym klawiszowym umiejętnościom dopieszczając kilka numerów barwnymi piszczałkami. Całość jest naprawdę bardzo dobra, spójna i wciągająca. Nie ma tutaj produkcyjnie słabej pozycji, jak i również nie ma zawodu jeśli chodzi o występującego na nich A-Waxa. Wszyscy którzy sympatyzują z nagrywkami Doppiego wiedzą że jest on wielce charyzmatyczną osobowością i już od pierwszego albumu dał się poznać jako niesztampowy tekściarz i raper którego styl silnie wyróżnia się na Zatokowej scenie. Na "Savage Timez" nie brakuje zatem błyskotliwych linijek przyprawionych fenomenalną techniką. Na swej pierwszej solówce raper stosuje agresywny i pełen emocji flow który podchodzi nawet pod krzyk, jest to chyba pierwszy i ostatni album gdzie Doppie jest tak bardzo energiczny wokalnie. Przedstawia siebie jako rozgrywającego który stawia warunki swoim przyszłym oponentom ("Get Low), zdradza że poza trudnieniem się rapem ma też inne zainteresowania i profesje ("Rappa /"), grozi palantom którzy chcą z nim zadrzeć ("Journey"), w groteskowy sposób opowiada o sposobie szybkiego zarobku ("Why Huste") czy podrywa kobiety na swój niechlujny styl ("P/G Style"). Poza tym dowiemy się również jaka jest ostatnia wola gospodarza przed śmiercią ("Heaven Or Hell"). To naturalnie nie koniec wrażeń, treści na całej płycie są naprawdę przejmujące, dostarczają sporej ilości tłustej gangsterki i dosadnej, hardcorowej rozrywki...

Czy istnieją jakieś minusy "Savage Timez"?, na pewno niema ich jeśli chodzi samego A-Waxa czy producentów od muzyki, szkopuł kryje się natomiast w trackliście. Choć liczba pełnowymiarowych kawałków nie schodzi poniżej granicy przyzwoitości (12) to można mieć małe pretensję że album jest za krótki. Chciałoby się po prostu usłyszeć więcej tak dobrego materiału. Kolejna sprawa to Breadleon który psuje swoim kiepskim wykonaniem kawałek "Benificial" i ciężko jest ten numer przesłuchać nie irytując się. Poza tymi malutkimi występkami krążek jest świetny i polecam go przede wszystkim fanom starych Pittsburskich klimatów, myślę że należy mu się godne miejsce między innymi klasycznymi pozycjami z tego miasta. Nie jest go łatwo kupić i zapewne do tanich nie należy lecz zachęcam do szukania, trzeba usłyszeć!

sobota, 31 stycznia 2015

The Jacka - What Happened To The World (Street Album) CD (2014, The Artist Records)

"What Happened To The World?", a może tytuł płyty powinien nosić nazwę "What Happaned To The Jacka?", wielu pewnie zadaje sobie to pytanie przy okazji przesłuchiwania jego krążków z ostatnich kilku lat. Prawda że raper się opuścił, wydając co roku po kilka albumów trudno aby poziom każdego z nich był identyczny. Wraz z rozmienianiem się na drobne przyszła widoczna nadwaga plus coraz większe uzależnienie od purpury. Wynikiem tego coraz częściej trzeba było się przedzierać przez chaszcze kiepskich wersów i pozbawionego życia wokalu członka Mob Figaz. Również na ostatniej kolaboracji z Freewayem dało się odczuć że to jeszcze nie ten sam raper. Jacka chyba jednak w  końcu zrozumiał że brnąc na dno niczego nie ugra i postanowił podciągnąć nieco swój wizerunek solówką o jakże bezpośrednim pytaniu. Do "What Happened To The World" wielu na pewno podeszło z rezerwą, ponownie nie obyło się bez ostrego linczu i wieszania psów na raperze. Wynikało to jednak chyba tylko z ignorancji i przyzwyczajenia że Jacka nic już przyzwoitego nie może zaoferować słuchaczom. 

Nawet nie policzę ile albumów - epek, solówek, kolaboracji Mob Figa zdołał wydać przez ostatnie kilka lat, liczba jest ogromna i z tego co widzę rok 2015 wcale nie będzie chudszy. Szczerze mówiąc od czasów Devilz Rejectz i "Drought Season" przestałem dbać o to czy Jacka wydaje jakiś album czy nie, zmieniło się to dopiero przy okazji głośnego "Highway Robbery". Gdy chłopaki dopiero co skończyli promowanie swojej płyty, tu znienacka Figa wyskakuje z kolejną solówką. "WHTTW" najpierw doczekało się klipu w postaci "Gang Starz", singiel był naprawdę bardzo dobry, czułem że cały album może trzymać podobny poziom dlatego bez wahania (choć z lekką nutą sceptycyzmu) sięgnąłem po fizyczną kopię. Wierzch płyty emanuje przepięknie zrobioną okładką, choć to tylko cieniutki podwójny digipack to grafika jest tak przejmująca że wiele więcej tu nie potrzeba. Wprawdzie obrazki mogą nieco wprowadzać w błąd, gdyż płyta raczej nie zajmuje się kwestią globalnego chaosu, lecz jest to jakiś synonim rzeczywistości w jakiej raper zdaje się funkcjonować. Problematyką albumu jest przede wszystkim powszechne zepsucie i sposób w jaki gospodarz sobie z tym radzi. Jacka wykłada siebie na tacę, uzależnionego od narkotyków i purpury, środków które dodają ludziom fikcyjnej pewności siebie i tłumią poczucie bezradności. Sięga w swą przeszłość by wytłumaczyć teraźniejszość, mówi o zabijaniu i zimnej sytuacji na ulicy. Rozprawia się z fałszem i stawia znaki zapytania tyczące się utopijnej rzeczywistości, gdzie problemy rozwiązuje się przy użyciu broni palnej a głównym źródłem utrzymania jest wyrób i sprzedaż substancji zakazanych. Mob Figa wie jak ugryźć temat i napisać linijki tak by wywołać emocje i stworzyć atmosferę melancholii, frustracji i beznadziei. Przygnębienie to tylko jedna, choć najbardziej odczuwalna strona albumu. Jak zwykle Jacka potrafi również zadeklarować dozgonną przynależność do syndykatu zbrodni, udowodnić swą nietykalność i wspaniałość zarazem. Dlatego obok kawałków oprawionych w smutny klimat, niosących głębszy przekaz są takie w których pozwala sobie na luźniejszą treść a nawet na akcenty prawie że klubowe jak w radosnym "Do Like Jack". Umiejętności wokalne rapera pozostają nadal kwestią sporną. Nie będę koloryzował że Jacka w końcu wrócił do dawnej formy, raczej jest to takie 50/50. Są momenty w których czytelnie i z werwą atakuje mikrofon jak np. w "Dungeons Deep" czy bez zarzutów cedzi słowa w "The President's Face". Innym razem, odurzony syropem turla się po pokładzie z mulistym flow ledwo artykułując wyrazy ("MOB 4 Life"). Płytę zdominowały również śpiewane refreny gospodarza. Jest to dobrze przyswajalne choćby w takich numerach jak "See It Thru" czy "Gangsta's Everyday" gdzie śpiew jest przyzwoity. O czym nie można mówić w "See You Again" gdzie natkniemy się na okropne zawodzenie z lekko podczepionym autotunem albo "Weed Farmer" gdzie Jacka coś bełkocze z jamajskim akcentem. Co by nie było produkcja zgrabnie integruje się z nieśpiesznym flow rapera gdyż podkłady są ładnie dostosowane do stylu Figi. Muzyka płynie równie powoli co on sam. W końcu mamy też tu do czynienia z porządnym brzmieniem a nie z wypłowiałym brzdękaniem w kiepskim syntezatorze. Słychać również że dostarczone kompozycje nie są przypadkowe i każda z nich idealnie pasuje do tego o czym mówi Jacka. Producenci włożyli między perkusje bogaty zestaw sampli i rozdysponowali pokaźne instrumentarium, każdy numer się czymś wyróżnia, jest aranżacyjnie oryginalny i niesie ze sobą jakieś emocje. Konsoletę obsługiwali: Rob Lo (7), Cheeze On Da Slap (2), Vitamin D (2) oraz Joe Millionaire, Lexx Beats, Jeffro, Canis Major i Skinnymooxe z pojedynczymi trackami na koncie. Największy jednak wkład w oprawę dźwiękową płyty ma DJ Child, który odpowiedzialny jest za kilka podkładów jak i za całą koncepcję płyty. Jego mix, wstawki wycięte głównie z telewizyjnych wiadomości i dżingle, o dziwo zamiast irytować nadają płycie smaczków i niepowtarzalnego klimatu. Już samo "Intro" wystarczy by się wkrecić i odpowiednio nastroić do odsłuchu reszty albumu. Naprawdę bałem się gdy do płyty dopisywano mixed by/street album lecz zostałem miło zaskoczony całokształtem. Jestem pewny że gdyby DJ Child nie maczał palców w całym przedsięwzięciu, projekt nie robiłby takiego wrażenia.

"What Happened To The World" to nie jest genialny krążek gdyż Jacka musi jeszcze trochę popracować nad sobą by w pełni postawić na nogi swój warsztat. Zapewne liczba jego przeciwników będzie podobna do liczby zwolenników co jednak nie zmienia faktu że to najlepsze CD od Jacki ostatnich czasów. Ktoś może się teraz oburzać i upomnieć o "Highway Robbery". Oczywiście, "HR" to przyzwoity produkt ale posiadał zbyt mało Zatokowego charakteru, tutaj zaś mamy go pod dostatkiem. Jak dotąd płytę promują dwa teledyski do zacnych numerów "Gang Starz"  i "The President's Face". Digipackowe wydanie oczywiście można nabyć na rapbay i zapewne nie będzie dostępne wiecznie. Warto mieć.

piątek, 28 listopada 2014

The Jacka and 12 Gauge Shotie - The Price Of Money CD (2009, Yze Guyz Entertainment)

Twelve aka 12 Gauge Shotie co można powiedzieć o tym reprezentancie San Diego? Niestety niewiele. Jego staż na scenie sięga okresu dekady ale przez ten czas raper za bardzo się nie wychylał. Wiem jednak że zyskał sobie szacunek w podziemiu za wkład w rozwijanie lokalnej sceny. W roku 2005 razem z dwoma koleżkami pod nazwą Mary Jane Junkeez wydał album "Operation: Gain Green". Jego zwrotki pojawiły się m.in. na The A-Team - Teamwork (2004), I-Rocc - Center Of Attention (2006) czy na płycie Googie Monsta - "Im a Monsta" z 2007.  Jego solowe konto obejmuje street album/mixtape "So Cal Fornia" i projekt "Mixtapes Is Dead". Zaś w 2010 Twelve razem z Lil-B Stonem wypuszcza "Co-Defendants". Jak widać nie jest tego wiele. Nasuwa się też pytanie co ten koleś robi na kolaboracji z Jacką? W sumie, nie wiem też co dokładnie skłoniło mnie do kupna tego krążka. Jak mniemam, była to po prostu czysta ciekawość. Wcześniej miałem okazje usłyszeć wspomniane "Co-Defendants" co pewnie rozpaliło mój apetyt na inne, oficjalne dokonania rapera...

Gdy przeleciał pierwszy odsłuch "The Price Of Money" plułem sobie w brodę że tak pochopnie wydałem te kilkanaście dolców. Co za mało istotny, krótki i niepotrzebny album z którego nic nie wynika - marudziłem. Ze względu jednak na to że nigdy nie poddaję się bez walki, postanowiłem zostawić płytę na re-peacie tak długo aż coś między nami zaiskrzy. Twelve to raper ze specyficzną chrypką w gardle. Po podkładzie porusza się jakby od niechcenia ale z niebywałą precyzją i melodyjnością. Jego flow cechuje nuta olewactwa i beztroski dlatego czasami można odnieść wrażenie że bardziej gada niż rapuje. Mimo że nie należy do mistrzów pióra to można go polubić. Układa chwytliwe teksty i z luzem podchodzi do tematu. Na nośniku znajduje się dwanaście numerów, co zaskakujące z zerową liczbą gości (zapewne dlatego że budżet już na to nie pozwalał). Widząc Jackę na okładce można by się spodziewać ostrej gangsterki, przerzucania towaru i co chwilę wyciąganych spluw. Natomiast Shotie podrzucił Mob Fidze takie tytuły do których ten musiał się dostosować. Nie należy się więc nastawiać na rasowe mobbsterskie gówno tylko na luźną płytę z przypadkowymi tematami. Niektóre z nich naprawdę zaskakują jak np. "Should I" w którym Twelve boryka się z dylematem posiadania pokaźnej sumy i nie wie jak ma ją spożytkować. Albo "Callin" o zawracaniu dupy przez natrętnych abonentów. Poza tym jak zawsze usłyszymy rymy o zajebistości chłopaków (i tej płyty) w "Dope", imprezowaniu w "Throw It Up" czy o wszystkim i o niczym w "Mob Shit". Ogólnie album jest mało poważny i wyjątkiem są jedynie dwa ostatnie kawałki. To mi jednak wcale nie przeszkadza a wręcz bym powiedział że jest to jego zaletą, bo styl jaki posiada Twelve świetnie się sprawdza w takich bzdurnych klimatach. O dziwo równie dobrze wypada dobrana muzyka. Trudno tu doszukiwać się konkretnych stylów i podkłady są tak samo przypadkowe co zestawienie dwunastu tytułów. Słychać jednak że zrealizowano je na porządnym sprzęcie a więc brzmienie jest żywe i soczyste. Są tu mocne uderzenia jak "Live Like This", "Kan't Be Me" albo "Chop Out" robione na klawiszach. Jak i typowo samplowane motywy ("Callin", "Sunshine", "Paper Long", "Dayz Like This", "All My Niggaz". Mimo że produkcja nie posiada szczególnie oryginalnych cech i niczym się nie wyróżnia to dobrze się jej słucha (tylko numer sześć nieco szwankuje jeśli chodzi o miks). Ktoś teraz może zapytać czemu na początku tak przyczepiłem się do tego albumu skoro wydaje się całkiem spoko. No cóż, związek na lata między mną a "The Price Of Money" nie wchodzi w rachubę i będzie to raczej tylko przelotny romans. To dlatego że jej koncepcja jest po prostu mało zadowalająca. Widać tu bowiem ewidentnie że Twelve podparł się znaną ksywką dla szerszej promocji własnej. Bo chemii między artystami tutaj nie ma i chodzi jedynie o czysty biznes. Płytę wydał sam reprezentant San Diego przez swoje Yze Guyz Ent. przy dystrybucyjnym wsparciu City Hall i czuję że powinna mieć ona nazwę 12 Gauge Shotie feat The Jacka. Na dwanaście tytułów w dwóch numerach Mob Figa się nawet nie pojawia. W tych gdzie się udziela, trzy to jedynie dwuzwrotkowce trwające trochę ponad dwie minuty. Ubogi fundusz nie pozwalał również na zaproszenie kolegi na plan klipu dlatego Shotie był zmuszony zrobić go do swej solówki w "Should I".

CD zapakowano w gruby jewel case i wrzucono do niego trzyczęściową rozkładówkę z całkiem przyjemną grafiką. Nie można odmówić jej profesjonalnego wydania i tego że się faktycznie ładnie prezentuje. Szkoda tylko że zamiast postawić na rozbudowę warstwy merytorycznej albumu i rozwinąć ją do pełnoprawnego LP, Twelve wolał wyłożyć na promocje i rozprowadzenie płyty po sklepach (stąd jej niemała cena). "The Price Of Money" najlepiej jakby w ogóle się nie ukazało ale skoro już jest można dać tej płycie szanse będąc przy tym bardzo cierpliwym. Mimo swej nijakości przyjemnie się jej słucha. Jakby się ktoś uparł możną ją jeszcze dostać, choć radzę zostawić te kilkanaście dolców na konkretniejsze materiały...

sobota, 8 listopada 2014

Freeway & The Jacka - Highway Robbery CD (2013, Team Early Ent., The Artist Records)

Ostatnimi czasy szumnie zrobiło się wokół projektu Freewaya i Jacki. Raperzy jak wiadomo współpracują ze sobą od dłuższego czasu lecz to dopiero koniec 2013 roku dał konkretny rezultat ich pracy. Najpierw wyszedł mixtape "Write My Wrongs" a za chwilę pełnometrażowe LP. Ze względu na jakieś problemy wydawnicze album wisiał jedynie na stronach w postaci cyfrowej (o czym chyba nie wszyscy wiedzieli). Zaplanowana premiera krążka fizycznego odbyła się zatem dopiero szesnastego września 2014. Przedpremierowo mogliśmy obejrzeć klipy do "Cherry Pie" i "On My Toes" oraz "Gun Language", który pojawił się kilka dni tuż przed trafieniem materiału do sklepów. "Highway Robbery" to zdecydowanie wielkie wydarzenie dla całej Zatokowej sceny. Niezaprzeczalnie, dzięki tej pozycji wielu słuchaczy tradycyjnego rapu w końcu dowie się kim jest człowiek o pseudonimie the Jacka, jak i również będą mięli okazje skosztować umiejętności kumpli jakich Mob Figa zdecydował się przedstawić szerszemu gronu...

Album prezentuje cały przekrój zagadnień. Chłopaki starają się przekazać jakaś wiedzę, dać mądrość, skłonić do refleksji czy popchnąć do działania, pokazać drogę jaką sobie obrali przy tym cały czas deklarując przywiązanie do ulicy. Z drugiej jednak strony, spotkamy tu niewybredne treści jak chwalenie się drożyzną, banalizowanie haterów czy po prostu wyrywanie dup w klubach, pieprzenie. Zresztą, tracklista w bardzo elegancki sposób przechodzi z góry od ambitnych po te mniej zobowiązujące tematy w dół. Naprawdę, jestem bardzo wdzięczny za to że raperzy postanowili stworzyć barwne, emocjonalne i autentyczne dzieło, jednak nie do końca broni się ono merytorycznie. Jak się dowiadujemy od samych gospodarzy, krążek powstawał aż sześć lat, Jacka przecież przez ten czas uzupełniał swoją dyskografie całą masą innych projektów. To rozciągnięcie w czasie plus ograniczony kontakt obu panów, rozkładają nieco płytę. Wygląda bowiem ona trochę jak talerz z obiadem rozkapryszonego i znudzonego czterolatka - rozgrzebany i wymieszany tak że nie wiadomo co maluch dostał do jedzenia. Jacka i Freeway, mimo szczerych chęci, chyba nie do końca byli świadomi co tak realnie tworzą. Jak sobie zatem poradzili z resztą? Szef Artist Records zachował się elementarnie. Podśpiewuje, zmienia flow, moduluje głos i zdaje mi się grzeczniejszy niż postawa reprezentanta Philly. Stanowczo Freeway jest agresywniejszy w tekstach, a jego sposób nawijania odznacza się też (co jasne) większą dynamiką i żywszą ekspresją. Jestem jednak zdania że obaj celująco się ze sobą zgrywają. Produkcja to naturalnie kolejna podstawa. Tutaj każdy musi się zgodzić z jej nieszablonowością a niekiedy nawet kameralnością, harmonia jaka tu panuje jest niebywała, dźwięki na tej płycie się po prostu nie mylą. Dawno nie słyszałem tak poruszającego i genialnie zrealizowanego materiału. Cała gama instrumentów, zapożyczone fragmenty, charakterna perkusja - całość misternie złożona przez takich kompozytorów jak Jeffro (6), Traxamillion (2), Maki (1), Young L (2) i Jake-One na spółce z G-Koopem (1) oraz RobLo (1) i Serg1 (1). Zwraca uwagę jak najbardziej trafione, wykorzystanie przepięknego kawałka "Psychobabble" z repertuaru Frou Frou w "Dying To Try Me", natomiast Daf Punkowe "One More Time" jest tu po prostu niepotrzebnym zapychaczem. Zarówno muzycznie jak i tekstowo to mało atrakcyjny numer. Płyta wiele zyskuje również dzięki personelowi pobocznemu. Takie kawałki jak "Cherry Pie" czy "On My Toes" wiele straciłyby gdybyśmy pozbawili ich śpiewu Jynxa i Fam Syrka. Cormega, Freddie Gibbs i Trae jeszcze bardziej podnoszą prestiż krążka a koledzy z mafii od Jacki przyjemnie go uzupełniają...

Pomijając całą drobiazgowość i skupiając się na pełnej formie w jakiej "Highway Robbery" zostało zaprezentowane, w dużym stopniu zapomina się o kręceniu nosem i docenia niepowtarzalną atmosferę. Uwagę przykuwają też wszelakie wtrącenia dotyczące religii gospodarzy jaką jest Islam. Obaj raperzy bowiem modlą się do Allaha, którego opatrzność zapewne w jakimś stopniu przyczyniła się do powstania tego dzieła. Ręka boska nie ominęła także profesjonalnego marketingu i oprawy graficznej CD. Kupujący otrzyma fachowo wydany, trzyczęściowy, błyszczący digipack z przepiękna grafiką. Niewątpliwie, będzie można go zdobyć bez problemu przez długi czas...

środa, 20 sierpnia 2014

AP.9 & Fed-X - 17708 (MOB) CD (2005, Black Market)

AP.9 w swoim dorobku artystycznym, jak każdy ceniony raper w Bay musi mieć na koncie jakieś projekty kolaboracyjne. Mob figa ma ich kilka a jednym z nich jest płyta z kolegą z zespołu - Fed-Xem. Nie ma w tym nic zaskakującego, jednak na pewno zwraca na siebie uwagę fakt, że płyta wychodzi pod skrzydłami Black Market które to nawet do dziś pozostaje wytwórnią kontrowersyjną. Od razu rzuca się w oczy piękny artwork wykonany przez jak zwykle w formie photodoctorgraphics. Stojący dumnie AP.9 i Fed-X przed podziurawioną od kul, palącą się furą i ze stosem forsy porozrzucanej na drodze zachęcają do sprawdzenia materiału. Okładka jednak w tym przypadku nie ma nas wykiwać swoimi walorami artystycznymi a tylko podkreślić atmosferę albumu. Bo jak się zaraz okaże, krążek dwóch mob figazów jest jednym z lepszych posunięć wydawniczych Black Market po wkroczeniu nowego millenium...

"17708" jak to często się zdarza przy colabosach znad Zatoki nie jest do końca pełnym duetem i obaj raperzy razem dają popis jedynie w pięciu numerach. Nie mam zamiaru jednak wystosować tu listu z zażaleniami w kierunku chłopaków bo na wszystkich kawałkach znajdziemy przynajmniej jednego z nich. AP.9 co prawda nie krzyczy tak dużo jak np. na "Headshotz" ale jego flow skupia uwagę i często stopniuje napięcie. Zwrotki zaś imponują techniką pisania i ciekawymi, ilustrującymi tekstami. Poza tym raper jest też dominującą stroną jeśli chodzi o ilość wystąpień i tworzenie gęstszej atmosfery. Fed-Xowi też nie brakuje biegłości w pisaniu i zawodowstwa w przekazywaniu treści choć jego teksty skupiają się bardziej na tej wystawnej i imprezowej stronie bycia gangsterem. Kontrast między nimi będzie najbardziej widoczny gdy porównamy sobie znajdujące się tu solówki. AP.9 w "The Bay" nakreślił swój osobisty Zatokowy hymn, "Pull The Curtainz" rykoszetem trafia nawet 50 centa i Ja Rule'a a "Watch Me" to typowe nadymanie się mające na celu pokazanie swej pozycji na ulicy. Fed natomiast zajął się zatrudnieniem kilku dziwek, wożeniem tyłka w drogich furach i podpisywaniem autografów ("Pimp Rules", "Do It Up Big"). Mimo że gospodarze spisują się wzorowo i darzę ich po równo sympatią to złoto bez wątpienia należy się Bishopowi. Muzyka nie odstaje od poziomu mob figazów a robili ją m.in. ludzie od których swego czasu chłopaki chętnie brali podkłady, czyli Rob Lo i Mad Hatter. Sam AP.9 stworzył dwa numery oraz po jednym dorzucili się Deluca, Mark Sparks, DJ 7 i F.U. Payme. Dziwnie jednak się składa gdyż cała płyta mimo że czuć na niej zróżnicowanie, brzmi jakby robił ją jeden producent. Kawałki są bardzo instrumentalne, dźwięki żywe, linie bębnów mocne. Częściej napotkamy aranżacje bardziej rozbudowane niż te ujmujące mniej. Uniknięto bubli choć do gustu nie do końca przypadły mi pozycje popełnione przez AP.9. Są tu uczciwie brzmiące gitary, zarówno akustyczne jak i elektryczne. Trąbki ukryte gdzieś daleko w tle przez Rob Lo w zajebistym "17708" a nawet smaczek country w "Since Da Kid". Nie można nie wspomnieć o porywającym kawałku (znowu Rob Lo) "Mobsta Life" z reggaeowym śpiewem Unda P i pełnym wdzięku fletem przy końcu. Znajdziemy też refreny rnb w imprezowych "Do It Up Big" i "Got Money Now" oraz w "Big Buiznezz". "Come Hard" natomiast to typowy knocker do rozsadzania bagażnika. Płytę zaszczyciło również kilku gości. Są wersy grubego kalibru (np. C-Bo, Husalah), takie które spotkają się z wyrazami politowania (niestety Lil Ric) jak i ludzie których Black Market włożyło tu na siłę (znowu Cilla Cane).

"17708" to bez wątpienia jedna z najlepszych płyt w dyskografii Mob Figazów. Bardzo podoba mi się charakter tego krążka, który nie wychodzi poza pewne bariery. Obaj raperzy znaleźli też odpowiednie środki na to by materiał nie był płaski, pokazali się porządnie ze wszystkich stron i z zaangażowaniem przedstawili stronę merytoryczną materiału. Styl mob chwyta się wiadomych zagadnień a ten album jest jednym z atrakcyjniejszych przykładów jak go zaprezentować. Aż dziwne że label w którym ukazała się płyta nie pokusił się o jej wznowienie jak w przypadku innych swoich dzieł. Można ją co prawda jeszcze kupić lecz jej dostępność jest ograniczona a ceny bywają różne..

środa, 13 sierpnia 2014

Joe Blow, The Jacka, Liqz - 100 LBS & Bricks of Bo CD (2012, The Product Records/Leo)

"Extra extra read all about it!" aż się ciśnie na usta, panie i panowie mamy nowego reprezentanta mob w Bay Area jego ksywa to Liqz i o ile dobrze się orientuje jest z Santa Rosa. Jakiś czas temu koleś spiknął się z jednym z najbardziej aktywnych mobbsterów w Bay, członkiem Mob Figaz, The Jacką i zanosi się na to że pozostaną kumplami na dłużej. "100 LBS & Bricks of Bo" tak naprawdę pojawiło się znikąd i mimo że w projekcie biorą udział dwie znane i szanowane persony mało kto zwrócił na ten krążek większą uwagę. Okładka dość jednoznacznie pokazuje nam że to Joe Blow, The Jacka i Liqz, są głównymi podmiotami wykonawczymi tego dzieła. Prawda, że przynajmniej jedno z nich pojawia się w kawałkach lecz jest tu tylu gości że całość można podpiąć nawet pod VA. Nie jest to nic nowego w Bay, takich albumów jest mnóstwo, ważne by prezentowały jakiś przyzwoity poziom.

Można wyczuć że głównym prowodyrem do stworzenia "100 LBS & Bricks Of Bo" był Liqz, który dobrał sobie do albumu dwie znane figury tylko po to by jego ksywa w ogóle była zauważona. Chłopak pozostawia po sobie aż dziewięć zwrotek, gdy Blow nagrał pięć a Jacka tylko cztery. Pełnoprawnych kawałków jest tu zaledwie jedenaście więc można sobie wyobrazić że jego osoba panoszy się prawie na całej płycie. Niestety Liqz jest główną przeszkodą do tego aby ten krążek prezentował się lepiej niż średnio. Gdyby nie on, ocena byłaby na pewno wyższa. Koleś chyba z miejsca wymyślił sobie że będzie robić muzykę i akurat miał na tyle kasy by dobrze zapłacić uczestnikom tej imprezy. Liqz na tej płycie próbuje. Próbuje być mobbsterem, próbuje składać rymy, mieć flow i czasem próbuje być jak jego idol The Jacka. Zdarza mu się co prawda czasem sklecić jakiś akceptowalny wers lecz wokalnie jest kompletnie nie przygotowany by w ogóle wchodzić do studia. Okropna dykcja i bełkotanie zamiast rapowania to główne czynniki jego dyskwalifikacji. Albo Liqz ma problemy z wymową albo przed sesją się tak stresuje że musi coś wziąć na rozluźnienie (if you know what i mean). Miejscami jednak potrafi wypaść znośnie gdy podśpiewuje sobie jak w kawałku "Die With My Styrofoam" lub naśladuje styl Jacki w "Smoked Out". Ratowaniem albumu zajęli się oczywiście pozostali dwaj gospodarze. Zbierając ich zwrotki razem wychodzi liczba dziewięć więc dostajemy przeciwwagę do amatorskiej roboty Liqza. Na pocieszenie mamy też śpiewane refreny od Jacki w aż trzech numerach i pokaźną liczbę wystąpień gościnnych. Bardzo ładnie wypadli Fed-X, Bo Strangles i Berner, najgorzej za to Husalah którego forma spada ostatnio na samo dno. Krążek w dużym stopniu podnosi też całkiem niezła, klimatyczna produkcja. Dostajemy tu przyjemne dla ucha podkłady utrzymane głównie w umiarkowanej atmosferze. Irytuje nieco wykorzystanie Gotye "Somebody That I Used To Know" ale po kilkukrotnym przesłuchaniu utworu z tym samplem zaczyna się to nawet podobać. Obeznane ucho może też rozpoznać pętle Midnight Star "Im Curious" w kawałku o takim samym tytule. Bez obaw jednak, dla wymagających, są tu też oryginalniejsze rozwiązania gdzie producenci sami stworzyli melodie. Jest to przynajmniej połowa płyty i wychodzi to bardzo przyjemnie. Zadowala różnorodność użytych dźwięków i instrumentów które brzmią cholernie żywo oraz atrakcyjność zagranych motywów. Niewypisanie jednak kto i gdzie robił podkłady powinno zostać sowicie ukarane.

Ciężko jest jednoznacznie powiedzieć czy "100 LBS & Bricks of Bo" jest wart jakiegoś większego zainteresowania. Widać bowiem że to przede wszystkim album Liqza i trzeba użerać się z jego niemałym w niego wkładem. Wytrwałym polecam zmixować sobie całą płytę bez jego zwrotek a od razu materiał zyska na wartości. Album można nabyć za w miarę rozsądną cenę. Ktoś jednak zrobił sobie jaja i na froncie okładki wypisał w featach Messy Marva i San Quinna których tu oczywiście nie ma. Wkładka to jedynie pojedyncza kartka ale grafika na całości jest całkiem fajna (no i ten kubek z syropem wytłoczony na CD).

piątek, 1 sierpnia 2014

The Jacka & Ampichino (Devilz Rejectz 2) - House Of The Dead CD (2010, Double F Records)

Trzy lata przerwy po pierwszych "bękartach diabła" to całkiem nie mało, trudno jednak mieć pretensje do Ampa i Jacki gdyż oboje zaangażowali byli też w inne projekty. Po świetnym "36 Zipz" duet zaatakował ponownie, tym razem oprowadzając nas po "domu śmierci". Tak jak i poprzednio, poprzeczka została postawiono wysoko. Dla wielu, nawet wyżej. Osobiście nie umiem wskazać faworyta gdyż oba te albumy to dla mnie kawał wyśmienitej, profesjonalnej roboty. Począwszy od samej warstwy artystycznej po otoczkę jaka została wytworzona wokół tych dwóch dzieł...

Spojrzenie na samą okładkę "House Of The Dead" da nam informacje o tym że atmosfera na albumie nie należy do lekkich. Mimo że jednak wiem iż w "domu" nie spotka mnie nic miłego, strasznie kusi mnie by do niego wejść. Przekraczając drzwi, od razu zostaje przywitany kawałkiem "Dope Game" który nakreśla atmosferę jaka tu panuje. Domyślam się, że za chwilę usłyszę kolejne historie związane z funkcjonowaniem na krawędzi. O tym, że w gnijącym świecie nie obejdzie się bez sprzedawania towaru by zarabiać godny szmal. Że ból i cierpienie nieodzownie idą w parze z ulicznym stylem życia. Oraz o tym że nikt nie śmie stanąć na narkotykowej drodze gospodarzy, bo spotka ich ten sam los co innych fałszywych czarnuchów którzy okazali się nie lojalni. To jest "Real Ninja Shit", "Dope Fiend Music" i nie ma opcji by życie tych dwóch "bękartów" miało wyglądać inaczej. Ten kto nie rozumie, najzwyczajniej nie musi. Album od poprzedniczki różni się nieco mocniejszą dozą melancholijności w tekstach, jednak ich poziom nie odbiega od tych jakie mieliśmy okazje słyszeć na "36 Zipz". Ampichino kolejny raz wysuwa się na prowadzenie jeśli chodzi o wzbudzanie napięcia i obrazowanie sytuacji. Kilka kroków za nim idzie Jacka ze swoim laidbackowym stylem któremu napisanie rymów zajęło pewnie mniej czasu niż koledze z grupy. Nienagannie wypada strona wokalna. Poza dopracowanym flow, Amp i Jacka to głosy stworzone do chodzenia razem w parze. To na pewno, jeden z najlepszych rapowych duetów w całej historii Zatoki (i Akron oczywiście). Jasno mieni się też warstwa muzyczna. Jest ona podobna do tej z części pierwszej choć w wielu momentach wykorzystane zapożyczenia mogą mieć większą śmiałość we wpadaniu w ucho. Jak to bywa są tu fragmenty wzięte ze starszych jak i nowszych, bardziej znanych lub mniej. "Bullet Proof Soul" to nic innego jak kawałek Sade pod tym samym tytułem. Z tego co udało mi się wyszukać, "No Tears" to bardzo stara piosenka Jermaine Jacksona "Castles of Sand" a "Hustle In The Rain" to "Complicated" z repertuaru Nivea (chwała temu kto odgadnie wszystkie). Ludzie którzy pracowali nad produkcją to Joe Mill, Golden I-95, Dex Beats i Bannon. Widać że wszyscy chodzili do tej samej szkoły robienia podkładów gdyż proces tworzenia całej czwórki jest do siebie podobny. Do obrobionego sampla/pętli dodajemy swoje instrumenty i odpowiednio aranżujemy. Producenci z uciętych partii uzyskali tyle życia i emocji ile mogli. Słychać profesjonalność w całym mixie i masteringu. Wielki plus za odrzucenie prostackich syntezatorowych rozwiązań oraz za nadanie duszy i klimatu całej płycie. "House Of The Dead" słucha się całego bez żadnych przerzutek. Jedynym utworem którego nie jestem jakimś wielkim fanem jest ostatni "Death Is Fatal", gdzie użyto kiepskiego sampla którego po prostu siłą włożono między perkusję. 

Oczywiście, album kierowany jest do entuzjastów mobbstyleowych nagrywek. Dla nich będzie to produkt wysokiej jakości któremu nie będzie brakowało klasy. Wydanie posiada jedynie dwukartkową wkładkę. Nie ma na niej żadnych zdjęć raperów więc trzeba się zadowolić samą grafiką. Trochę się zawiodłem gdyż pierwsza część Devilz Rejectz wyglądała dużo lepiej. Z uwagi na to z jakim rozmachem Ampichino wydaje albumy można wymagać więcej. Dobra nowina natomiast jest taka że do tej pory "House Of The Dead" można bez problemu nabyć za rozsądną cenę. 

ps. Zastanawia mnie kiedy w końcu ukaże się zapowiadany już lata temu album Yukmouth/Ampichino "Godzilla & King Kong"? Jeśli znalazły by się na nim tak genialne kawałki jak tytułowy z "domu śmierci" to czekałby nas kolejny klasyk w historii muzyki znad Zatoki ....i Akron, oczywiście.


wtorek, 29 lipca 2014

The Jacka & Ampichino (Devilz Rejectz) - 36 Zipz CD (2007, Frisco Street Show, Sumo Records)

Sięgając do zamierzchłej historii w roku 2002 Ampichino wydaje swój pierwszy solowy krążek. Jest nim  "Intergalactical", na którym już pojawili się goście do dziś cieszący się należytym szacunkiem (Yuk, C-Bo czy Bun-B). Niestety, zaraz po nim Anthony gdzieś wsiąka. Co prawda pojawia się na featach u Yuka i rapuje na All Out War'ach z The Regime ale nie nagrywa żadnych solówek ani kolaboracji. W 2005 na spółkę z Yukiem prezentuje "Ak-47 Soundtrack To The Streets" gdzie pojawia się w większości kawałków. Rok póżniej wychodzi Tha Stock Exchange, kolektyw z B.A. (3xKrazy), Bossim i Freez'em, lecz jakoś nieszczególnie zwrócił na siebie uwagę. Wielkie odrodzenie przychodzi dopiero w roku 2007. Od tej pory fani rapera z Akron muszą co roku rezerwować sobie te kilkadziesiąt dolców gdyż solówki i różne kolaboracje sypią się jak z rękawa. "36 Zipz" jest jedną z płyt od których zaczął się wielki boom. Tworzony na spółkę z członkiem Mob Figaz, jednym z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych raperów z Cali album, nie mógł być niewypałem.

Organised Crime - ten termin przychodzi mi do głowy jeśli chodzi o materiał zawarty na płycie. Wszystko na "36 Zipz" kręci się wokół zbrodni. Amp i Jack to certyfikowani mobbsterzy, nieuchwytni handlarze narkotyków z którymi nikt nie chce mieć problemów. Świat jest zimny, mimo to trzeba się starać przetrwać i zarabiać pieniądze. Śmiecie i frajerzy szybko są eliminowani. Gniew, rozgoryczenie i smutek czasem wypierane są przez samozachwyt i posiadane dobra. Komu podoba się taka atmosfera, odbiór albumu będzie bardzo pozytywny. Zważywszy na to że wszyscy tworzący ten projekt zasługują na owacje. To dopiero początek moich wywodów a już mogę zdradzić że to jedna z najlepszych płyt w roku 2007. Dwaj sprawcy popełnionych czynów Ampichino i Jacka dali upust swym emocjom pisząc znakomite teksty. Cała płyta wypełniona jest szczegółami i deskrypcjami. Poruszanych jest wiele wątków związanych z życiem gangstera i otaczającej go bezlitosnej rzeczywistości. Naprawdę nie sposób się przy tej płycie nudzić. Można mieć jedynie małe pretensje do Jacki któremu czasem brakuje pomysłu by zapełnić linijkę. Stąd wniosek że Amp wysuwa się tutaj na prowadzenie. Wokalnie i wykonawczo forma obojga raperów to wyższa półka (to są te czasy gdzie Jacka jeszcze nie zamulał). Na takim samym poziomie stoi też zaserwowana muzyka. W większości są to produkcje samplowane lecz poskładane z szykiem i elegancją. Od jakiegoś już czasu artyści znad Zatoki udowadniają wszystkim że eastcoastowe zapędy można z powodzeniem wdrożyć w westcoastowe granie. Taka formuła, jeśli jest dobrze przyrządzona może spełniać swoje zdanie w stu procentach. Muzyka podobnie jak gospodarze, nie traci uwagi słuchacza. W parze z tekstami, potrafi wycisnąć stos emocji. Każdy podkład jest inny, ma charakterystyczny dla siebie sampel, drumline i odpowiednią atmosferę. Nawet zapożyczony motyw "The Dream Within" z repertuaru Lary Fabian zyskał moją sympatię (a co!). Joe Millionaire, DJ Devro i JI, to oni głównie odpowiadają za oprawę muzyczną. Bardzo ładnie na albumie odnajdują się też zaproszeni goście. Są kumple Ampichino, jest oczywiście Yukmouth, Young Bossi, ale chyba moją największą uwagę zwrócił na siebie Pretty Black. Którego wykorzystane tu (niezłe) popisy wokalne to przecież jedne z ostatnich jakie mógł nagrać (zastrzelony w 2008 w Oakland). Dodam jeszcze że "36 Zipz" jest płytą której trzeba dać czas by ją w pełni docenić. Z każdym kolejnym odsłuchem klimat krążka będzie się pogłębiał. Po jakimś czasie zauważymy że mamy do czynienia nie tylko z jednym z najlepszych krążków w 2007 ale też że ma predyspozycje do zostania klasykiem. Szczerze polecam.

Album wydaje jak widać Frisco Street Show i niektórzy mogą obawiać się kiepskiego trącącego prostactwem i amatorszczyzną wydania jak i jakości nagrania. Nic bardziej mylnego, chłopaki postarali się by krążek wyglądał przyzwoicie a kawałków dało się słuchać bez przeszkód. Kolejna dobra informacja to że "36 Zipz" jest jeszcze bez problemu dostępne za przystępną cenę. Polecam  skorzystać z tego przywileju, z takimi płytami przecież nigdy nic nie wiadomo...