Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oakland CDs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oakland CDs. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 września 2016

Lil AJ, Mozzy, Philthy Rich, Lil Blood, Joe Blow - One Mob CD (2015, One Mob)

Abstrahując, czy ktoś jest w stanie dokładnie zliczyć wszystkie wydane przez Philthy Richa krążki? Dam sobie lewą rękę uciąć że gdybym ogłosił konkurs w którym do wygrania byłaby pokaźna suma w zamian za wymienienie wszystkich jego cdeków, te pieniądze zostałyby u mnie. Philthy przebił dosłownie wszystkich, w Bay, w Sac, w KC, gdziekolwiek! Oficjale, street albumy, kolaboracje, mixtapey, "leaki", co miesiąc koleś wydaje kilka płyt. Setka została przekroczona na pewno, a może nawet liczba ta zbliża się już do stu pięćdziesięciu, kto wie. Nie jestem zagorzałem fanem tego artysty ale trzeba przyznać, że jego robota nie poszła na marne. Philthy to już bez wątpienia raper mainstreamowy i można go zobaczyć w klipach u największych gwiazd (np. ostatnio u Birdmana w "Balla Blockin"). Czy to dobrze czy źle, osobiście jest mi to obojętne. Nie mam żadnego jego pieprzonego albumu, no chyba że zamieszany jest w jakiś projekt wart uwagi, jak np. ten....

"One Mob" to kolektyw pięciu panów który został wydany pod koniec ubiegłego roku. Po płytę sięgnąłem w zasadzie bez większych oporów, choć przyznam się że gdy zobaczyłem premierowy klip do "Intro" i usłyszałem otwierającego track AJ'a wiedziałem już że w niektórych miejscach moje uszy będą wystawiane na ciężkie próby. Cóż, dobranie go do takiej grupy dobitnie uświadomiło mi że w Zachodniobrzegowym rapie talent to teraz margines, i liczy się przede wszystkim "kolesiostwo". W myśl maksymy - wypromujmy ziomka niech też sobie coś zarobi. Szkoda jednak że ten "ziomek" nie ma słuchaczowi kompletnie nic do zaoferowania. Jak na ironie, AJ również zamyka album co pozostawia mocny niesmak. Upośledzony młodzik to jednak nie jedyne słabe momenty płyty bo i kłopoty z wyrażaniem swych myśli pojawiają się również u Richa oraz co zaskakujące u Lil Blooda. Ten pierwszy jak wspomniałem, nie należy do moich ulubieńców, bo poza jego nonszalancją w głosie niewiele ma mi do zaoferowania. Jak na mój gust, większość jego kariery muzycznej opiera się na nie najlepszym materiale choć przyznaje że czasem raper ten potrafi pozytywnie zaskoczyć. Na "One Mob" po prostu zrobił swoje. Raczej nie zawiódł bo wiele od niego nie można oczekiwać, jednak dobrze zgrywa się z resztą ekipy i zdarza mu się sieknąć kilka niezłych linijek. Blood natomiast potrafi być mało wyraźny, lekko nudnawy i wypaść zdecydowanie poniżej swoich możliwości ("My Choppa"). O dziwo cała wyżej wymieniona trójka gdy nie ma wsparcia od pozostałej dwójki radzi sobie całkiem dobrze o czym świadczyć może chociażby kawałek "Never Sold Wight". Jeśli już mowa o tych najmocniejszych ogniwach ekipy, to nie będę ukrywał że głównymi postaciami dla których przede wszystkim kupuje się krążek są Joe Blow i Mozzy. To oni są kręgosłupem podtrzymującym całość na przyzwoitym poziomie Bez nich, ten album po prostu byłby mocnym średniakiem, natomiast w tych okolicznościach wypada naprawdę nieźle. Jakby komuś było jednak jeszcze za mało ludzi w składzie naszej "fantastycznej piątki" to mam dla niego dobre wieści. Personel poboczny na albumie rozciąga się do granic możliwości. Takiej sytuacji są plusy i minusy. Z jednej strony im mniej zwrotek Aj'a tym lepiej. Tacy goście jak Fed-X, Street Knowledge, Husalah, Boo Banger, Skeme, Lil Goofy czy Celly Ru i E Mozzy nie dość że wypadają naprawdę elegancko to świetnie pasują do płyty. Z drugiej strony tłok sprawia że niektóre kawałki trwają 5 do nawet 6 minut!. Nie jest to jakiś znaczny problem jednak nie oszukujmy się, produkcje z płyty to nie aranżacyjne majstersztyki i słuchanie w koło tej samej pętli przez tak długi czas może nieco znużyć. Pomijając te małe niedogodności trzeba przyznać że rejony muzyczne płyty są bardzo zadbane. Podkłady są oryginalne, bogate w nie byle jakie dźwięki, dopracowane. To co jednak satysfakcjonuje najbardziej to fakt że poza kilkoma wyjątkami, większość z nich ma Zatokową a nie trapową czy mainstreamową naturę. Dodatkowo, gospodarze wprowadzili nieco tajemniczości w projekt i postanowili nie ujawniać ksywek producentów (tak nabijam się). Cieszy mnie że każdy kawałek się czymś wyróżnia, ma swój rozpoznawalny motyw i klimat. Wiem na pewno że chwytliwe pianina we wspomnianym "Neva Sold Weight" to sławny June, który w "Ain't No Going Out" zrobił z "Hello" Lionela równie świetny numer. Dramatyczne "Down the Barrel" wzięto od The Mekanix. Natomiast spod czyich rąk wyszło genialne, lekko kameralne ale z dreszczykiem "Copesthetic", przestrzenne, deszczowe "One Mob 3" albo melancholijne "WYA" i mocne "Everybody"? Ciężko powiedzieć. "Stranger To The Pain" natomiast zasługuje u mnie na szczególne wyróżnienie. O ile mnie słuch nie myli autorem muzyki jest tutaj Young J którego tracki wyróżniają się srogim, nieco mrocznym charakterem dzięki osobliwej barwie pianina...

Poruszane tematy na albumie nie powinny nikogo zaskoczyć ani rozczarować. "One Mob" jak sama nazwa wskazuje, to album ściśle uliczny i chwała chłopakom że w tym wypadku postawili na jednotorowość. Gdyby włożono tu jakieś imprezowe numery albo pioseneczki wzdychające do panienek, koncepcja krążka byłaby po prostu dziurawa. Jeśli więc masz "wielkie jaja", jeszcze większą spluwę, prowadzisz brudne interesy a przy tym zmagasz się z przeciwnościami losu. Ten krążek to soundtrack do twojego życia...

Album wychodzi w podwójnym, cieniutkim digipacku. Poza fajną grafiką z zewnątrz nie ma w nim nic ciekawego ani do oglądania ani do czytania. Przyznaję że liczyłem na większy rozmach ale mówi się trudno. Na koniec dorzucam jeszcze klip do kawałka "Let It Blow", który na pierwszy rzut ucha nie wydaje się zbyt wciągający, ale to tylko pozory...

wtorek, 18 sierpnia 2015

Joe Blow - Blow 2 CD (2015, Blow Money Records)

Reprezentant Oakland nie przestaje rozpieszczać swoich fanów projektami, jednak w tym roku zaczął nieco mataczyć by zgarnąć trochę łatwego szmalu. Z tych niewybrednych krążków otrzymaliśmy do posłuchania mało konkretny, wręcz zniechęcający, oparty o kradzione bity projekt z córką Nah'Liyah & Joe Blow "Check a Real Girl Out Tho & The Realist Out". Odcinające kupony "Featuring Joe Blow Vol. 1", oraz kolaboracje z Philthy Richem "Mob Wire", na której pojawiła się część opublikowanego wcześniej materiału. "Blow 2" zatem, zdaje się być najbardziej wartościową jak do tej pory pozycją, na którą można bez większych przeszkód zarzucić ucho. Oczywiście nie bez powodu piszę o utrudnieniach gdyż dla jednych owe "przeszkody" są nie do przejścia, tymczasem dla drugich zawsze znajdzie się powód aby nie zwracać na nie większej uwagi. Wszyscy zdajemy sobie sprawę że duża część dyskografii Blow cierpi na niedociągnięcia w obróbce dźwięku, lecz jeśli nasilenie tego zjawiska nie wchodzi na czerwone pole da się to jakoś przełknąć...

Szczęśliwi posiadacze pierwszej części z 2013, na pewno dostrzegą graficzne podobieństwo obu albumów, co jest bardzo fajnym chwytem i oznacza również, że dostaniemy tylko pojedynczą kartkę wsuniętą do opakowania (zdziwienie?, żadne). Istnieją też analogie dotyczące samego muzycznego materiału znajdującego się na CD, choć poprzednie dzieło wypadało technicznie dużo lepiej. Pewne jest że winić nie należy producentów, gdyż zgrzyty powstają dopiero na etapie miksu podkładu z wokalem. Słychać że materiał latał od komputera do komputera, dlatego jakość nagrań jest różna. Niektóre kawałki wiele tracą gdy ich brzmienie zostaje spłaszczone do średnich i wysokich tonów ("Where I'm From"), jest przebasowane/przesterowane ("On My Grind", "Im The Nigga"), lub też wokale w ścieżce umieszczone są naprawdę kiepsko ("Blow 2"). Najwyższy stopień takiego zaniedbania stanowi numer "Set Up Bitch" w którym cieniutkie tony nagle rozrastają się przesadnie gdy wchodzi zwrotka E-Mozzy. Dodatkowo wkurza mnie kapryśny volume i brak jednolitego masteringu, przez co trzeba co chwilę nastrajać ucho od nowa. Teraz ktoś zapyta czy tej płyty da się w ogóle słuchać? Dla tych bardziej wyrozumiałych, jest to naturalnie kolejna okazja by posłuchać wersów Blow, dla mniej tolerancyjnych dodam, że spora część albumu nagrana jest profesjonalnie, a do reszty można się z czasem przyzwyczaić (z kilkoma wyjątkami). Spychając teraz techniczne niuanse na bok, należy się przyjrzeć co oferuje nam ów sequel. Po pierwsze, na "Blow 2" znalazło się mnóstwo przyzwoitych producentów jak Rob Lo, DosiaDidTheBeat, Marty, CheezOnDaSlap, JuneOnnaBeat albo AK47, którzy zaprezentowali bardzo dobre, częściowo samplowane podkłady i przy okazji stworzyli specyficzny nastrój pod zwrotki Joe. Sięgając po te kompetentniejsze jakościowo kawałki jak "Intro", "Passport Blow", "Living By The Code", "Going Thru It", "Million Dollar Dream" czy z końca płyty "This Is Life" i "Too Much To Ask". Doświadczymy w nich delikatnych, łatwo przyswajalnych melodii jak i starych, zapożyczonych fragmentów cieszących się drugim życiem na nowych perkusjonaliach. W pracy innych kompozytorów a ściślej u Dopey Loca i DJ Vince'a usłyszymy mocne przełamanie muzycznego schematu, ponieważ panowie swoją twórczością wracają nieco do korzeni Zatokowego brzmienia. U tego pierwszego można dostrzec inspirację Cellskim z końca lat 90' gdy podrzuca futurystyczne mobbowe podkłady jak "Dope" i "Set Up Bitch". Tymczasem u drugiego poczujemy trochę oldschoolowego smaczku na bitach które charakteryzują się twardą perkusją, ciężkim basem i oszczędną, bujającą pętlą ("Play 2 Much", "Freestyle Friday"). Powracając do gospodarza, Blow nadal wyrzuca z siebie bystre linijki, składa nieszablonowe rymy i elegancko trzyma się rytmu, lecz ewidentnie chłopak zaczyna mnie męczyć. Nie chodzi oczywiście o wtórność tematyczną bo tego nie da się uniknąć, tylko o wrażenie że non stop słucham tego samego wersu. Okładka kusi interesującymi tytułami lecz brak w nich konsekwentności. Dla wielu kawałków można by stworzyć rzeczowy i sensowniejszy kontekst, lecz potraktowano je zbyt rutynowo aby czymkolwiek, poza refrenem odróżniały się od reszty. Dostaniemy zatem więcej sztampowych, ulicznych numerów z rwącym potokiem tej samej treści, niż tytułów z wyraźnym zarysem fabuły, których jest zaledwie kilka. Zdecydowanie odróżniają się tutaj "Going Thru It", gdzie Blow wchodzi głębiej i wraca do niełatwej przeszłości, "Set Up Bitch" o nietypowej koleżance od brudnych robót, "On My Nerves" gdzie z totalnym brakiem szacunku ubliża się durnym panienkom, albo pełne luksusów "This Is Life". Przyznaje że mimo wszystko płyty słucha się dobrze, bo gdyby "Blow 2" nie była nastą już z kolei płytą oaklandczyka pewnie bym się tak nie czepiał. Z początku krążek wywarł na mnie duże wrażenie dzięki bardzo dobrej, miejscami nawet wyśmienitej produkcji, na której Blow jedzie z niepowtarzalną charyzmą. Jednak gdy coraz intensywniej wsłuchiwałem się w wersy gospodarza mój entuzjazm opadł, trudno mi po prostu odeprzeć fakt że nowa solówka Joe, nie różni się niczym od paru poprzednich jego dzieł. Raper od dłuższego czasu stoi w miejscu i powoli zaczyna grzęznąć w swoim płytowym dorobku. Oto kilka klipów promujących: "Dope", "Im The Nigga", "Fucked Up World", "Living By The Code", "Going Thru It", "1 Mob".

Dla mnie formuła Joe Blow powoli się rozpada, co jest przykre gdyż naprawdę lubię słuchać tego gościa. Jeśli jednak jesteś okazjonalnym słuchaczem rapera, i do tej pory nie osłuchałeś się dobrze z jego dyskografią ten produkt wyda ci się przynajmniej dobry. Trzeba tylko podnieść granicę tolerancji odnośnie technicznych defektów na materiale, bo faktycznie niektóre kawałki mogą zirytować. Na koniec życzyłbym wszystkim aby kolejna solówka Blow była bardziej logiczna i przede wszystkim lepiej nagrana lecz wiem że tak się nie stanie. Musimy chyba doczekać kolejnego OFICJALNEGO SOLO które wyjdzie pewnie nie wcześniej jak za kilka lat...

środa, 25 lutego 2015

The Jacka - Broad Daylight CD (2009, Town Records)

Town Records? Czy aby sięgając po jedną z płyt Jacki w roku 2009 jaką jest "Broad Daylight" nie wpakujemy się w słuchanie wymuszonego albumu, którego istnienie naraziło na szwank kondycję pokaźnej dyskografii rapera? Po części tak. Czym zatem Mob Figa podpadł swojej publiczności? Tym że poszedł na łatwiznę i podpisał kontrakt z Town Records który skutkował wydaniem na szybko płyty o wątpliwej wartości. B-Town MAC to białas z Berkeley, właściciel i C.E.O. wspomnianej wytwórni, jakimś cudem udało mu się dotrzeć do Jacki i namówić go by ten dodał nieco prestiżu jego firmie. Bo co Town Records ma do zaoferowania? Prawie że nic, wydało jeszcze dwie składanki "Knock 4 Tha Block" i na tym poprzestało. "Broad Daylight" to zatem flagowy album którym jego wydawca szczyci się do dziś. Zwróćcie uwagę na grafikę płyty, czyżby TR myślało że jest drugim No Limit? Już nawet nie skomentuję że B-Town musiał wcisnąć swoją japę na tył okładki przy napisach executive producer jakbyśmy przypadkiem nie wiedzieli jak wygląda. No dobra a teraz do rzeczy...

Tak naprawdę ciężko jest jednoznacznie stwierdzić że "Broad Daylight" jest klapą. Materiał miał być poniekąd przedsięwzięciem komercyjnym co w przypadku takiego rapera jak Jacka skazane jest raczej na porażkę. Z drugiej jednak strony po kilku odsłuchach muzyka, teksty i refreny pałętają się gdzieś po głowie. Albumowi można zarzucić że w wielu momentach produkcję przestylizowano na wtórne Wschodnie Wybrzeże lub też jest tak mało oryginalna że nie warta zapamiętania. Nawet jak na 2009 rok, takie brzmienie mogło przyciągnąć jedynie okazjonalnych, mało wymagających fanów hip hopu. Słychać też że krążek miał posiadać kilka przebojów lecz ich formuła niestety wyczerpała się dawno przed jego wydaniem. Najbardziej odczuwalne jest to w skocznym, imprezkowym "Ballervard". Czy w typowych Eastcoastowo-mainstreamowych hitach z refrenami RnB - 'Try To Let Go" i "Don't Wanna Hear About It". Można pochwalić profesjonalny mix, mastering. Jeśli chodzi o sam dźwięk płyta zrealizowana jest na naprawdę wysokim poziomie, ale na tym plusy się kończą. Produkcja choć rusza i buja to pozbawiona jest indywidualnego charakteru i trochę nijak się ma do takiej persony jaką jest Jacka. Wkładka wymienia sprawców tego muzycznego ambarasu choć nie podpina ich do konkretnego numeru. Myślę że One Drop Scott i Rob Lo działali raczej pod dyktando Town Records gdyż nie wierze że byli zdolni do popełnienia tych czynów z własnej woli. Natomiast D-Dosia i B-Town MAC byli zapewne zdeterminowani by tak to właśnie wyglądało. Jeśli chodzi o gospodarza "Broad Daylight", to mimo że pokazuje się we wszystkich kawałkach to jest tu tak naprawdę gościem. Usłyszymy zatem tylko dwanaście wersów Jacki na co najlepsze tylko jedenaście pełnowartościowych pozycji, w których przewagę głównie ma zaproszony personel. Treść merytoryczna utworów jest adekwatna do koncepcji jaką wykorzystuje krążek co raczej nie dziwi. Trudno aby rzucona luźno, jednostrzałowa płyta porażała wysokimi aspiracjami w doborze tematów. Podobają mi się jednak występy Jacki obdarowane jeszcze wyraźną dykcją, nienagannym flow i przyzwoitymi linijkami. Niestety, Figa ginie w nawale gościnnych zwrotek, które często dostarczone są od osób wepchniętych tu na siłę lub też takich które skorzystały z okazji by się wypromować. Połowę pobocznej obsady można by bez szkody usunąć lekką ręką ale wtedy otrzymalibyśmy raczej ep niż lp. Głodne rozgłosu Town Records by na pewno do tego nie dopuściło. Jakie są zatem przesłanki aby sięgnąć po ten produkt? Dla kogoś kto jest fanem Zatoki i lubuje się w Mob Figazowych klimatach - ten album to raczej rozczarowanie. Są tu wprawdzie ze trzy, cztery kawałki które pasowałyby na jakiś konkretniejszy album Jacki np. "We Mafia", "Crazy Here" i "Hamm Sammich", lecz wątpię by ktoś przez to skakał z radości. Nikogo również nie pocieszy badziewny filmik na CD, cyfrowy plakat z okładki (już bez psów i helikoptera) i dzwonki na telefon umieszczone jako dodatki. Krążek zadowoli zatem niedzielnego fana Bay o mało wyszukanym guście któremu "Broad Daylight" jakoś przypadkiem wpadło w ręce...

Oczywiście ta pozycja to nadal płyta którą bez problemu można posłuchać, daleko jej do kompletnego dna i mimo wszystko potrafi dostarczyć odbiorcy jakiejś dozy rozrywki. Jednak gdy uświadamiam sobie że w tym samym roku wychodzi "Tear Gas" albo "Drought Season 2" nie sposób nie podejść do sprawy rygorystycznie. Przerobione tryliony razy przez moje ucho melodie nie są w stanie zatrzymać mnie na dłużej. Na dodatek dostajemy skąpą ilość tytułów, zwrotek gospodarza i worek bzdurnych featuresów. To chyba najsłabszy krążek od Jacki w 2009 i jeden z najdroższych w jego dyskografii...

sobota, 31 stycznia 2015

The Jacka - What Happened To The World (Street Album) CD (2014, The Artist Records)

"What Happened To The World?", a może tytuł płyty powinien nosić nazwę "What Happaned To The Jacka?", wielu pewnie zadaje sobie to pytanie przy okazji przesłuchiwania jego krążków z ostatnich kilku lat. Prawda że raper się opuścił, wydając co roku po kilka albumów trudno aby poziom każdego z nich był identyczny. Wraz z rozmienianiem się na drobne przyszła widoczna nadwaga plus coraz większe uzależnienie od purpury. Wynikiem tego coraz częściej trzeba było się przedzierać przez chaszcze kiepskich wersów i pozbawionego życia wokalu członka Mob Figaz. Również na ostatniej kolaboracji z Freewayem dało się odczuć że to jeszcze nie ten sam raper. Jacka chyba jednak w  końcu zrozumiał że brnąc na dno niczego nie ugra i postanowił podciągnąć nieco swój wizerunek solówką o jakże bezpośrednim pytaniu. Do "What Happened To The World" wielu na pewno podeszło z rezerwą, ponownie nie obyło się bez ostrego linczu i wieszania psów na raperze. Wynikało to jednak chyba tylko z ignorancji i przyzwyczajenia że Jacka nic już przyzwoitego nie może zaoferować słuchaczom. 

Nawet nie policzę ile albumów - epek, solówek, kolaboracji Mob Figa zdołał wydać przez ostatnie kilka lat, liczba jest ogromna i z tego co widzę rok 2015 wcale nie będzie chudszy. Szczerze mówiąc od czasów Devilz Rejectz i "Drought Season" przestałem dbać o to czy Jacka wydaje jakiś album czy nie, zmieniło się to dopiero przy okazji głośnego "Highway Robbery". Gdy chłopaki dopiero co skończyli promowanie swojej płyty, tu znienacka Figa wyskakuje z kolejną solówką. "WHTTW" najpierw doczekało się klipu w postaci "Gang Starz", singiel był naprawdę bardzo dobry, czułem że cały album może trzymać podobny poziom dlatego bez wahania (choć z lekką nutą sceptycyzmu) sięgnąłem po fizyczną kopię. Wierzch płyty emanuje przepięknie zrobioną okładką, choć to tylko cieniutki podwójny digipack to grafika jest tak przejmująca że wiele więcej tu nie potrzeba. Wprawdzie obrazki mogą nieco wprowadzać w błąd, gdyż płyta raczej nie zajmuje się kwestią globalnego chaosu, lecz jest to jakiś synonim rzeczywistości w jakiej raper zdaje się funkcjonować. Problematyką albumu jest przede wszystkim powszechne zepsucie i sposób w jaki gospodarz sobie z tym radzi. Jacka wykłada siebie na tacę, uzależnionego od narkotyków i purpury, środków które dodają ludziom fikcyjnej pewności siebie i tłumią poczucie bezradności. Sięga w swą przeszłość by wytłumaczyć teraźniejszość, mówi o zabijaniu i zimnej sytuacji na ulicy. Rozprawia się z fałszem i stawia znaki zapytania tyczące się utopijnej rzeczywistości, gdzie problemy rozwiązuje się przy użyciu broni palnej a głównym źródłem utrzymania jest wyrób i sprzedaż substancji zakazanych. Mob Figa wie jak ugryźć temat i napisać linijki tak by wywołać emocje i stworzyć atmosferę melancholii, frustracji i beznadziei. Przygnębienie to tylko jedna, choć najbardziej odczuwalna strona albumu. Jak zwykle Jacka potrafi również zadeklarować dozgonną przynależność do syndykatu zbrodni, udowodnić swą nietykalność i wspaniałość zarazem. Dlatego obok kawałków oprawionych w smutny klimat, niosących głębszy przekaz są takie w których pozwala sobie na luźniejszą treść a nawet na akcenty prawie że klubowe jak w radosnym "Do Like Jack". Umiejętności wokalne rapera pozostają nadal kwestią sporną. Nie będę koloryzował że Jacka w końcu wrócił do dawnej formy, raczej jest to takie 50/50. Są momenty w których czytelnie i z werwą atakuje mikrofon jak np. w "Dungeons Deep" czy bez zarzutów cedzi słowa w "The President's Face". Innym razem, odurzony syropem turla się po pokładzie z mulistym flow ledwo artykułując wyrazy ("MOB 4 Life"). Płytę zdominowały również śpiewane refreny gospodarza. Jest to dobrze przyswajalne choćby w takich numerach jak "See It Thru" czy "Gangsta's Everyday" gdzie śpiew jest przyzwoity. O czym nie można mówić w "See You Again" gdzie natkniemy się na okropne zawodzenie z lekko podczepionym autotunem albo "Weed Farmer" gdzie Jacka coś bełkocze z jamajskim akcentem. Co by nie było produkcja zgrabnie integruje się z nieśpiesznym flow rapera gdyż podkłady są ładnie dostosowane do stylu Figi. Muzyka płynie równie powoli co on sam. W końcu mamy też tu do czynienia z porządnym brzmieniem a nie z wypłowiałym brzdękaniem w kiepskim syntezatorze. Słychać również że dostarczone kompozycje nie są przypadkowe i każda z nich idealnie pasuje do tego o czym mówi Jacka. Producenci włożyli między perkusje bogaty zestaw sampli i rozdysponowali pokaźne instrumentarium, każdy numer się czymś wyróżnia, jest aranżacyjnie oryginalny i niesie ze sobą jakieś emocje. Konsoletę obsługiwali: Rob Lo (7), Cheeze On Da Slap (2), Vitamin D (2) oraz Joe Millionaire, Lexx Beats, Jeffro, Canis Major i Skinnymooxe z pojedynczymi trackami na koncie. Największy jednak wkład w oprawę dźwiękową płyty ma DJ Child, który odpowiedzialny jest za kilka podkładów jak i za całą koncepcję płyty. Jego mix, wstawki wycięte głównie z telewizyjnych wiadomości i dżingle, o dziwo zamiast irytować nadają płycie smaczków i niepowtarzalnego klimatu. Już samo "Intro" wystarczy by się wkrecić i odpowiednio nastroić do odsłuchu reszty albumu. Naprawdę bałem się gdy do płyty dopisywano mixed by/street album lecz zostałem miło zaskoczony całokształtem. Jestem pewny że gdyby DJ Child nie maczał palców w całym przedsięwzięciu, projekt nie robiłby takiego wrażenia.

"What Happened To The World" to nie jest genialny krążek gdyż Jacka musi jeszcze trochę popracować nad sobą by w pełni postawić na nogi swój warsztat. Zapewne liczba jego przeciwników będzie podobna do liczby zwolenników co jednak nie zmienia faktu że to najlepsze CD od Jacki ostatnich czasów. Ktoś może się teraz oburzać i upomnieć o "Highway Robbery". Oczywiście, "HR" to przyzwoity produkt ale posiadał zbyt mało Zatokowego charakteru, tutaj zaś mamy go pod dostatkiem. Jak dotąd płytę promują dwa teledyski do zacnych numerów "Gang Starz"  i "The President's Face". Digipackowe wydanie oczywiście można nabyć na rapbay i zapewne nie będzie dostępne wiecznie. Warto mieć.

wtorek, 23 grudnia 2014

Yukmouth, Chino Nino, P-Hustle - The Cream Team CD (2013, Da Hustle Ent., Smoke-a-lot Records)

Pamiętam jak dopadło mnie wielkie zdziwienie gdy przypadkiem natknąłem się na ten album. Nigdzie nie zapowiedziany, nie reklamowany, dosłownie pojawił się znikąd. Oczywiście będąc nadal nieposkromionym fanem reprezentanta Oakland, chciałem go jak najszybciej usłyszeć. Jako że posiadanie bezdusznych empetrójek nie leży w moim guście, zacząłem przeczesywanie internetowych zasobów by dopaść fizyczną wersję płyty - niestety bezskutecznie. Wtedy pomyślałem że może to jeszcze nie czas, że za prędko na takie eksploracje. W końcu w obecnych czasach cyfrówki mogą pojawiać się dużo wcześniej niż CD audio. Do zakupów postanowiłem więc wrócić w późniejszym terminie, cały czas odżegnując się od stratnego formatu by nie psuć sobie ogólnego wrażenia i efektu. Mijały miesiące a "The Cream Team" nadal nie miało plastikowego ubrania. Wydawało mi się to dziwne. Do tej pory przecież żaden z krążków Yuka, solowy czy kolaboracyjny, nie ustrzegł się płytowego wydania. Z drugiej jednak strony, wkład w promocje albumów generała Regime staje się coraz uboższy i w obecnych warunkach można spodziewać się wszystkiego. Gdy już straciłem wszelkie nadzieje okazuje się (po półtora roku!) że album zostaje zmaterializowany...

The Cream Team czyli Yukmouth, Chino Nino i P-Hustle - takiego kolektywu bym się raczej nie spodziewał i do materiału podszedłem z zaciekawieniem. Tego pierwszego nie trzeba przedstawiać natomiast z rozpoznaniem pozostałej dwójki niektórzy mogą mieć problemy. Chino Nino to bliski kumpel Ampichino i jeden z pionierów na rapowej scenie Akron w Ohio. Mimo że koleś w rapowej grze siedzi już półtorej dekady, nagrał zaledwie dwa albumy - "Get Wet" oraz "Knock'em Wit Game". Oba zostały wydane na przełomie lat 99'-2002, co oznacza że raper przez kilkanaście lat nie nagrał żadnej solówki! ale jest częstym gościem na różnych projektach z wytwórni Double F. P-Hustle to natomiast postać zupełnie nowa. Pochodzący z Youngstown w Ohio raper jest również C.E.O. Da Hustle Ent. i o ile się dobrze orientuje na swoim koncie nie posiada nic poza paroma wypuszczonymi luźno trackami. Po spojrzeniu na tył okładki "The Cream Team" z pokaźną liczbą występów gościnnych, można mieć pewne obawy czy to faktycznie album grupowy. Wygląda on bowiem trochę jak recenzowane kilka miesięcy temu "100 LBS & Bricks of Bo" od Joe Blow, Jacki i Liqza, któremu bliżej było do składanki niż pełnoprawnego trio. P-Hustle robiąc bardzo dobry ruch na rozkręcenie kariery, dobrał sobie do płyty dwóch rozpoznawalnych weteranów przy okazji skupując pokaźną ilość gorących zwrotek od innych zasłużonych figur. Początkujący raper co prawda dopiero obrasta w piórka ale radzi sobie co najmniej przyzwoicie. Z umiarkowanym tempem cedzi słowa, ma przystępny, młodzieńczy głos, flow bez większych niespodzianek i calkiem dobre teksty. Brak mu jeszcze skillsów jakie posiadają jego koledzy z grupy ale przy nich łapie tę gwiazdkę więcej na pagonie. Nino i Yukmouth to bez wątpienia solidni gracze z bogatym warsztatem dlatego trudno jest powiedzieć na nich coś haniebnego. Co niektórym może nie podobać się nowy styl Yuka w którym hashtagi rymują wszystko co popadnie lecz zgrabności w ich dobieraniu odmówić mu nie można. Z występów całej trójki można być zadowolonym, natomiast jeśli ktoś nastawia się na różnorodność tematyczną, będzie musiał nieco ograniczyć swe wymagania. "The Cream Team" to płyta głównie mobbstersko-hustlerska. Liczarka do banknotów dymi z przegrzania od ciągłego przerzucania pochodzącej z obracania towarem kasy. Którą wydaje się na bryki, biżuterie i ekskluzywny styl życia. Przy okazji można się pochwalić do panienek swoją zajebistością i pogrozić frajerom giwerą. Najbardziej natomiast urzekł mnie kawałek "Another Evening" który jest swoistym wyznaniem niezłomnego hustlera. Mimo że płyta napakowana jest pokaźną ilością wersów od ludzi z poza grupy, to nasza trójka nie ginie w tłumie. Krążek trwa godzinę a większość kawałków wydłuża się do ponad czterech minut. Gospodarze jak i goście zdążą wypluć swoje teksty bez większych strat w personelu. Wprawdzie Generał Regime zostawił zwrotki tylko w dziewięciu numerach, ale w końcu nie można mieć wszystkiego. P-Hustle i Chino Nino jest za to pod dostatkiem. Zawartość albumu jest naprawdę konkretna a dodatkowo prezentuje się dobrze jeśli chodzi o oprawę muzyczną. Po pierwsze i najważniejsze - mamy 0 trapowych zapędów. Są tu brzmienia stricte trzymające się nowoczesnego Zatokowego stylu jak i typowo samplowane podkłady charakterystyczne dla Akrońskiej sceny. Np. w "Mob Shit", "Hello" czy "All We Know" zadowoli zrobiona z ikrą, okraszona wielkimi dźwiękami i pełnobarwnymi syntezatorami produkcja. We wspomnianym już "Another Evening" usłyszymy fragment Alan Persons Project "Some Other Time", zaś "Superstar" to Keyshia Cole z kawałka o tym samym tytule. Numery które można było odjąć od albumu to "Light It Up i "Yeah Yeah Yeah", które swoją mizerną jakością nagrania odstają od reszty. Co gorsza, pierwszy zawiera już kilkukrotnie wykorzystany w Bay motyw (Lee MajorsPhilthy Rich) a fragment drugiego znany jest mi już z kawałka Black C "I Got Money".

Wkładka niestety nie podaje kto zajmował się robieniem muzyki. Do pudełko wsunięto tylko pojedynczą kartkę ze zdjęciem ekipy i tak naprawdę nie zawiera ona nic. Album nawet nie ma przezroczystego traya choć z wierzchu wygląda ładnie. Jak na stawiające pierwsze kroki Da Hustle Ent. jest dobrze, tylko grafikowi ktoś chyba przez telefon podawał ksywki zaproszonych gości a ten źle je zapisał. W trackliście nie koniecznie też musi zgadzać się podpięta ksywka do danego tytułu więc radzę rozpoznawać drugoplanową obsadę na ucho. Btw zwróćcie uwagę na popis Jacki w "Mob Shit", dam sobie rękę uciąć że nagrywany był kilka lat przed tym jak Mob Figa zaczął ospale marudzić do mikrofonu.

Nie wiem czy jest sens podrzucać klip do "No Turning Back" aby komuś nie popsuć chętki na album. Zapewniam że to amatorskie video ze słabym audio nie oddaje klimatu jaki posiada CD. Oczywiście krążek nie ma szerokiej dystrybucji i jeśli chodzi o sieć można go kupić tylko na rapbay. Wątpię też by był dostępny w nieskończoność więc kolekcjonerom radzę nie zwlekać z zakupami. Może to być niezły rarytas w przyszłości.

piątek, 28 listopada 2014

The Jacka and 12 Gauge Shotie - The Price Of Money CD (2009, Yze Guyz Entertainment)

Twelve aka 12 Gauge Shotie co można powiedzieć o tym reprezentancie San Diego? Niestety niewiele. Jego staż na scenie sięga okresu dekady ale przez ten czas raper za bardzo się nie wychylał. Wiem jednak że zyskał sobie szacunek w podziemiu za wkład w rozwijanie lokalnej sceny. W roku 2005 razem z dwoma koleżkami pod nazwą Mary Jane Junkeez wydał album "Operation: Gain Green". Jego zwrotki pojawiły się m.in. na The A-Team - Teamwork (2004), I-Rocc - Center Of Attention (2006) czy na płycie Googie Monsta - "Im a Monsta" z 2007.  Jego solowe konto obejmuje street album/mixtape "So Cal Fornia" i projekt "Mixtapes Is Dead". Zaś w 2010 Twelve razem z Lil-B Stonem wypuszcza "Co-Defendants". Jak widać nie jest tego wiele. Nasuwa się też pytanie co ten koleś robi na kolaboracji z Jacką? W sumie, nie wiem też co dokładnie skłoniło mnie do kupna tego krążka. Jak mniemam, była to po prostu czysta ciekawość. Wcześniej miałem okazje usłyszeć wspomniane "Co-Defendants" co pewnie rozpaliło mój apetyt na inne, oficjalne dokonania rapera...

Gdy przeleciał pierwszy odsłuch "The Price Of Money" plułem sobie w brodę że tak pochopnie wydałem te kilkanaście dolców. Co za mało istotny, krótki i niepotrzebny album z którego nic nie wynika - marudziłem. Ze względu jednak na to że nigdy nie poddaję się bez walki, postanowiłem zostawić płytę na re-peacie tak długo aż coś między nami zaiskrzy. Twelve to raper ze specyficzną chrypką w gardle. Po podkładzie porusza się jakby od niechcenia ale z niebywałą precyzją i melodyjnością. Jego flow cechuje nuta olewactwa i beztroski dlatego czasami można odnieść wrażenie że bardziej gada niż rapuje. Mimo że nie należy do mistrzów pióra to można go polubić. Układa chwytliwe teksty i z luzem podchodzi do tematu. Na nośniku znajduje się dwanaście numerów, co zaskakujące z zerową liczbą gości (zapewne dlatego że budżet już na to nie pozwalał). Widząc Jackę na okładce można by się spodziewać ostrej gangsterki, przerzucania towaru i co chwilę wyciąganych spluw. Natomiast Shotie podrzucił Mob Fidze takie tytuły do których ten musiał się dostosować. Nie należy się więc nastawiać na rasowe mobbsterskie gówno tylko na luźną płytę z przypadkowymi tematami. Niektóre z nich naprawdę zaskakują jak np. "Should I" w którym Twelve boryka się z dylematem posiadania pokaźnej sumy i nie wie jak ma ją spożytkować. Albo "Callin" o zawracaniu dupy przez natrętnych abonentów. Poza tym jak zawsze usłyszymy rymy o zajebistości chłopaków (i tej płyty) w "Dope", imprezowaniu w "Throw It Up" czy o wszystkim i o niczym w "Mob Shit". Ogólnie album jest mało poważny i wyjątkiem są jedynie dwa ostatnie kawałki. To mi jednak wcale nie przeszkadza a wręcz bym powiedział że jest to jego zaletą, bo styl jaki posiada Twelve świetnie się sprawdza w takich bzdurnych klimatach. O dziwo równie dobrze wypada dobrana muzyka. Trudno tu doszukiwać się konkretnych stylów i podkłady są tak samo przypadkowe co zestawienie dwunastu tytułów. Słychać jednak że zrealizowano je na porządnym sprzęcie a więc brzmienie jest żywe i soczyste. Są tu mocne uderzenia jak "Live Like This", "Kan't Be Me" albo "Chop Out" robione na klawiszach. Jak i typowo samplowane motywy ("Callin", "Sunshine", "Paper Long", "Dayz Like This", "All My Niggaz". Mimo że produkcja nie posiada szczególnie oryginalnych cech i niczym się nie wyróżnia to dobrze się jej słucha (tylko numer sześć nieco szwankuje jeśli chodzi o miks). Ktoś teraz może zapytać czemu na początku tak przyczepiłem się do tego albumu skoro wydaje się całkiem spoko. No cóż, związek na lata między mną a "The Price Of Money" nie wchodzi w rachubę i będzie to raczej tylko przelotny romans. To dlatego że jej koncepcja jest po prostu mało zadowalająca. Widać tu bowiem ewidentnie że Twelve podparł się znaną ksywką dla szerszej promocji własnej. Bo chemii między artystami tutaj nie ma i chodzi jedynie o czysty biznes. Płytę wydał sam reprezentant San Diego przez swoje Yze Guyz Ent. przy dystrybucyjnym wsparciu City Hall i czuję że powinna mieć ona nazwę 12 Gauge Shotie feat The Jacka. Na dwanaście tytułów w dwóch numerach Mob Figa się nawet nie pojawia. W tych gdzie się udziela, trzy to jedynie dwuzwrotkowce trwające trochę ponad dwie minuty. Ubogi fundusz nie pozwalał również na zaproszenie kolegi na plan klipu dlatego Shotie był zmuszony zrobić go do swej solówki w "Should I".

CD zapakowano w gruby jewel case i wrzucono do niego trzyczęściową rozkładówkę z całkiem przyjemną grafiką. Nie można odmówić jej profesjonalnego wydania i tego że się faktycznie ładnie prezentuje. Szkoda tylko że zamiast postawić na rozbudowę warstwy merytorycznej albumu i rozwinąć ją do pełnoprawnego LP, Twelve wolał wyłożyć na promocje i rozprowadzenie płyty po sklepach (stąd jej niemała cena). "The Price Of Money" najlepiej jakby w ogóle się nie ukazało ale skoro już jest można dać tej płycie szanse będąc przy tym bardzo cierpliwym. Mimo swej nijakości przyjemnie się jej słucha. Jakby się ktoś uparł możną ją jeszcze dostać, choć radzę zostawić te kilkanaście dolców na konkretniejsze materiały...

sobota, 8 listopada 2014

Freeway & The Jacka - Highway Robbery CD (2013, Team Early Ent., The Artist Records)

Ostatnimi czasy szumnie zrobiło się wokół projektu Freewaya i Jacki. Raperzy jak wiadomo współpracują ze sobą od dłuższego czasu lecz to dopiero koniec 2013 roku dał konkretny rezultat ich pracy. Najpierw wyszedł mixtape "Write My Wrongs" a za chwilę pełnometrażowe LP. Ze względu na jakieś problemy wydawnicze album wisiał jedynie na stronach w postaci cyfrowej (o czym chyba nie wszyscy wiedzieli). Zaplanowana premiera krążka fizycznego odbyła się zatem dopiero szesnastego września 2014. Przedpremierowo mogliśmy obejrzeć klipy do "Cherry Pie" i "On My Toes" oraz "Gun Language", który pojawił się kilka dni tuż przed trafieniem materiału do sklepów. "Highway Robbery" to zdecydowanie wielkie wydarzenie dla całej Zatokowej sceny. Niezaprzeczalnie, dzięki tej pozycji wielu słuchaczy tradycyjnego rapu w końcu dowie się kim jest człowiek o pseudonimie the Jacka, jak i również będą mięli okazje skosztować umiejętności kumpli jakich Mob Figa zdecydował się przedstawić szerszemu gronu...

Album prezentuje cały przekrój zagadnień. Chłopaki starają się przekazać jakaś wiedzę, dać mądrość, skłonić do refleksji czy popchnąć do działania, pokazać drogę jaką sobie obrali przy tym cały czas deklarując przywiązanie do ulicy. Z drugiej jednak strony, spotkamy tu niewybredne treści jak chwalenie się drożyzną, banalizowanie haterów czy po prostu wyrywanie dup w klubach, pieprzenie. Zresztą, tracklista w bardzo elegancki sposób przechodzi z góry od ambitnych po te mniej zobowiązujące tematy w dół. Naprawdę, jestem bardzo wdzięczny za to że raperzy postanowili stworzyć barwne, emocjonalne i autentyczne dzieło, jednak nie do końca broni się ono merytorycznie. Jak się dowiadujemy od samych gospodarzy, krążek powstawał aż sześć lat, Jacka przecież przez ten czas uzupełniał swoją dyskografie całą masą innych projektów. To rozciągnięcie w czasie plus ograniczony kontakt obu panów, rozkładają nieco płytę. Wygląda bowiem ona trochę jak talerz z obiadem rozkapryszonego i znudzonego czterolatka - rozgrzebany i wymieszany tak że nie wiadomo co maluch dostał do jedzenia. Jacka i Freeway, mimo szczerych chęci, chyba nie do końca byli świadomi co tak realnie tworzą. Jak sobie zatem poradzili z resztą? Szef Artist Records zachował się elementarnie. Podśpiewuje, zmienia flow, moduluje głos i zdaje mi się grzeczniejszy niż postawa reprezentanta Philly. Stanowczo Freeway jest agresywniejszy w tekstach, a jego sposób nawijania odznacza się też (co jasne) większą dynamiką i żywszą ekspresją. Jestem jednak zdania że obaj celująco się ze sobą zgrywają. Produkcja to naturalnie kolejna podstawa. Tutaj każdy musi się zgodzić z jej nieszablonowością a niekiedy nawet kameralnością, harmonia jaka tu panuje jest niebywała, dźwięki na tej płycie się po prostu nie mylą. Dawno nie słyszałem tak poruszającego i genialnie zrealizowanego materiału. Cała gama instrumentów, zapożyczone fragmenty, charakterna perkusja - całość misternie złożona przez takich kompozytorów jak Jeffro (6), Traxamillion (2), Maki (1), Young L (2) i Jake-One na spółce z G-Koopem (1) oraz RobLo (1) i Serg1 (1). Zwraca uwagę jak najbardziej trafione, wykorzystanie przepięknego kawałka "Psychobabble" z repertuaru Frou Frou w "Dying To Try Me", natomiast Daf Punkowe "One More Time" jest tu po prostu niepotrzebnym zapychaczem. Zarówno muzycznie jak i tekstowo to mało atrakcyjny numer. Płyta wiele zyskuje również dzięki personelowi pobocznemu. Takie kawałki jak "Cherry Pie" czy "On My Toes" wiele straciłyby gdybyśmy pozbawili ich śpiewu Jynxa i Fam Syrka. Cormega, Freddie Gibbs i Trae jeszcze bardziej podnoszą prestiż krążka a koledzy z mafii od Jacki przyjemnie go uzupełniają...

Pomijając całą drobiazgowość i skupiając się na pełnej formie w jakiej "Highway Robbery" zostało zaprezentowane, w dużym stopniu zapomina się o kręceniu nosem i docenia niepowtarzalną atmosferę. Uwagę przykuwają też wszelakie wtrącenia dotyczące religii gospodarzy jaką jest Islam. Obaj raperzy bowiem modlą się do Allaha, którego opatrzność zapewne w jakimś stopniu przyczyniła się do powstania tego dzieła. Ręka boska nie ominęła także profesjonalnego marketingu i oprawy graficznej CD. Kupujący otrzyma fachowo wydany, trzyczęściowy, błyszczący digipack z przepiękna grafiką. Niewątpliwie, będzie można go zdobyć bez problemu przez długi czas...

środa, 20 sierpnia 2014

AP.9 & Fed-X - 17708 (MOB) CD (2005, Black Market)

AP.9 w swoim dorobku artystycznym, jak każdy ceniony raper w Bay musi mieć na koncie jakieś projekty kolaboracyjne. Mob figa ma ich kilka a jednym z nich jest płyta z kolegą z zespołu - Fed-Xem. Nie ma w tym nic zaskakującego, jednak na pewno zwraca na siebie uwagę fakt, że płyta wychodzi pod skrzydłami Black Market które to nawet do dziś pozostaje wytwórnią kontrowersyjną. Od razu rzuca się w oczy piękny artwork wykonany przez jak zwykle w formie photodoctorgraphics. Stojący dumnie AP.9 i Fed-X przed podziurawioną od kul, palącą się furą i ze stosem forsy porozrzucanej na drodze zachęcają do sprawdzenia materiału. Okładka jednak w tym przypadku nie ma nas wykiwać swoimi walorami artystycznymi a tylko podkreślić atmosferę albumu. Bo jak się zaraz okaże, krążek dwóch mob figazów jest jednym z lepszych posunięć wydawniczych Black Market po wkroczeniu nowego millenium...

"17708" jak to często się zdarza przy colabosach znad Zatoki nie jest do końca pełnym duetem i obaj raperzy razem dają popis jedynie w pięciu numerach. Nie mam zamiaru jednak wystosować tu listu z zażaleniami w kierunku chłopaków bo na wszystkich kawałkach znajdziemy przynajmniej jednego z nich. AP.9 co prawda nie krzyczy tak dużo jak np. na "Headshotz" ale jego flow skupia uwagę i często stopniuje napięcie. Zwrotki zaś imponują techniką pisania i ciekawymi, ilustrującymi tekstami. Poza tym raper jest też dominującą stroną jeśli chodzi o ilość wystąpień i tworzenie gęstszej atmosfery. Fed-Xowi też nie brakuje biegłości w pisaniu i zawodowstwa w przekazywaniu treści choć jego teksty skupiają się bardziej na tej wystawnej i imprezowej stronie bycia gangsterem. Kontrast między nimi będzie najbardziej widoczny gdy porównamy sobie znajdujące się tu solówki. AP.9 w "The Bay" nakreślił swój osobisty Zatokowy hymn, "Pull The Curtainz" rykoszetem trafia nawet 50 centa i Ja Rule'a a "Watch Me" to typowe nadymanie się mające na celu pokazanie swej pozycji na ulicy. Fed natomiast zajął się zatrudnieniem kilku dziwek, wożeniem tyłka w drogich furach i podpisywaniem autografów ("Pimp Rules", "Do It Up Big"). Mimo że gospodarze spisują się wzorowo i darzę ich po równo sympatią to złoto bez wątpienia należy się Bishopowi. Muzyka nie odstaje od poziomu mob figazów a robili ją m.in. ludzie od których swego czasu chłopaki chętnie brali podkłady, czyli Rob Lo i Mad Hatter. Sam AP.9 stworzył dwa numery oraz po jednym dorzucili się Deluca, Mark Sparks, DJ 7 i F.U. Payme. Dziwnie jednak się składa gdyż cała płyta mimo że czuć na niej zróżnicowanie, brzmi jakby robił ją jeden producent. Kawałki są bardzo instrumentalne, dźwięki żywe, linie bębnów mocne. Częściej napotkamy aranżacje bardziej rozbudowane niż te ujmujące mniej. Uniknięto bubli choć do gustu nie do końca przypadły mi pozycje popełnione przez AP.9. Są tu uczciwie brzmiące gitary, zarówno akustyczne jak i elektryczne. Trąbki ukryte gdzieś daleko w tle przez Rob Lo w zajebistym "17708" a nawet smaczek country w "Since Da Kid". Nie można nie wspomnieć o porywającym kawałku (znowu Rob Lo) "Mobsta Life" z reggaeowym śpiewem Unda P i pełnym wdzięku fletem przy końcu. Znajdziemy też refreny rnb w imprezowych "Do It Up Big" i "Got Money Now" oraz w "Big Buiznezz". "Come Hard" natomiast to typowy knocker do rozsadzania bagażnika. Płytę zaszczyciło również kilku gości. Są wersy grubego kalibru (np. C-Bo, Husalah), takie które spotkają się z wyrazami politowania (niestety Lil Ric) jak i ludzie których Black Market włożyło tu na siłę (znowu Cilla Cane).

"17708" to bez wątpienia jedna z najlepszych płyt w dyskografii Mob Figazów. Bardzo podoba mi się charakter tego krążka, który nie wychodzi poza pewne bariery. Obaj raperzy znaleźli też odpowiednie środki na to by materiał nie był płaski, pokazali się porządnie ze wszystkich stron i z zaangażowaniem przedstawili stronę merytoryczną materiału. Styl mob chwyta się wiadomych zagadnień a ten album jest jednym z atrakcyjniejszych przykładów jak go zaprezentować. Aż dziwne że label w którym ukazała się płyta nie pokusił się o jej wznowienie jak w przypadku innych swoich dzieł. Można ją co prawda jeszcze kupić lecz jej dostępność jest ograniczona a ceny bywają różne..

środa, 13 sierpnia 2014

Joe Blow, The Jacka, Liqz - 100 LBS & Bricks of Bo CD (2012, The Product Records/Leo)

"Extra extra read all about it!" aż się ciśnie na usta, panie i panowie mamy nowego reprezentanta mob w Bay Area jego ksywa to Liqz i o ile dobrze się orientuje jest z Santa Rosa. Jakiś czas temu koleś spiknął się z jednym z najbardziej aktywnych mobbsterów w Bay, członkiem Mob Figaz, The Jacką i zanosi się na to że pozostaną kumplami na dłużej. "100 LBS & Bricks of Bo" tak naprawdę pojawiło się znikąd i mimo że w projekcie biorą udział dwie znane i szanowane persony mało kto zwrócił na ten krążek większą uwagę. Okładka dość jednoznacznie pokazuje nam że to Joe Blow, The Jacka i Liqz, są głównymi podmiotami wykonawczymi tego dzieła. Prawda, że przynajmniej jedno z nich pojawia się w kawałkach lecz jest tu tylu gości że całość można podpiąć nawet pod VA. Nie jest to nic nowego w Bay, takich albumów jest mnóstwo, ważne by prezentowały jakiś przyzwoity poziom.

Można wyczuć że głównym prowodyrem do stworzenia "100 LBS & Bricks Of Bo" był Liqz, który dobrał sobie do albumu dwie znane figury tylko po to by jego ksywa w ogóle była zauważona. Chłopak pozostawia po sobie aż dziewięć zwrotek, gdy Blow nagrał pięć a Jacka tylko cztery. Pełnoprawnych kawałków jest tu zaledwie jedenaście więc można sobie wyobrazić że jego osoba panoszy się prawie na całej płycie. Niestety Liqz jest główną przeszkodą do tego aby ten krążek prezentował się lepiej niż średnio. Gdyby nie on, ocena byłaby na pewno wyższa. Koleś chyba z miejsca wymyślił sobie że będzie robić muzykę i akurat miał na tyle kasy by dobrze zapłacić uczestnikom tej imprezy. Liqz na tej płycie próbuje. Próbuje być mobbsterem, próbuje składać rymy, mieć flow i czasem próbuje być jak jego idol The Jacka. Zdarza mu się co prawda czasem sklecić jakiś akceptowalny wers lecz wokalnie jest kompletnie nie przygotowany by w ogóle wchodzić do studia. Okropna dykcja i bełkotanie zamiast rapowania to główne czynniki jego dyskwalifikacji. Albo Liqz ma problemy z wymową albo przed sesją się tak stresuje że musi coś wziąć na rozluźnienie (if you know what i mean). Miejscami jednak potrafi wypaść znośnie gdy podśpiewuje sobie jak w kawałku "Die With My Styrofoam" lub naśladuje styl Jacki w "Smoked Out". Ratowaniem albumu zajęli się oczywiście pozostali dwaj gospodarze. Zbierając ich zwrotki razem wychodzi liczba dziewięć więc dostajemy przeciwwagę do amatorskiej roboty Liqza. Na pocieszenie mamy też śpiewane refreny od Jacki w aż trzech numerach i pokaźną liczbę wystąpień gościnnych. Bardzo ładnie wypadli Fed-X, Bo Strangles i Berner, najgorzej za to Husalah którego forma spada ostatnio na samo dno. Krążek w dużym stopniu podnosi też całkiem niezła, klimatyczna produkcja. Dostajemy tu przyjemne dla ucha podkłady utrzymane głównie w umiarkowanej atmosferze. Irytuje nieco wykorzystanie Gotye "Somebody That I Used To Know" ale po kilkukrotnym przesłuchaniu utworu z tym samplem zaczyna się to nawet podobać. Obeznane ucho może też rozpoznać pętle Midnight Star "Im Curious" w kawałku o takim samym tytule. Bez obaw jednak, dla wymagających, są tu też oryginalniejsze rozwiązania gdzie producenci sami stworzyli melodie. Jest to przynajmniej połowa płyty i wychodzi to bardzo przyjemnie. Zadowala różnorodność użytych dźwięków i instrumentów które brzmią cholernie żywo oraz atrakcyjność zagranych motywów. Niewypisanie jednak kto i gdzie robił podkłady powinno zostać sowicie ukarane.

Ciężko jest jednoznacznie powiedzieć czy "100 LBS & Bricks of Bo" jest wart jakiegoś większego zainteresowania. Widać bowiem że to przede wszystkim album Liqza i trzeba użerać się z jego niemałym w niego wkładem. Wytrwałym polecam zmixować sobie całą płytę bez jego zwrotek a od razu materiał zyska na wartości. Album można nabyć za w miarę rozsądną cenę. Ktoś jednak zrobił sobie jaja i na froncie okładki wypisał w featach Messy Marva i San Quinna których tu oczywiście nie ma. Wkładka to jedynie pojedyncza kartka ale grafika na całości jest całkiem fajna (no i ten kubek z syropem wytłoczony na CD).

sobota, 9 sierpnia 2014

AP.9 - Headshotz CD (2001, Done Deal Entertainment)

Rok 2001 był przełomowy dla raperów z Mob Figaz, a przynajmniej dla połowy tego składu. W końcu The Jacka i AP.9 rozpoczęli na dobre swoje kariery solowe. Obaj jednak wylądowali w całkiem innych labelach niż można wtedy było przypuszczać i traf chciał że Bishop zasilił szeregi Done Deal, należącej do San Quinna. Oczywiście był to bardzo dobry ruch jak na tamte czasy gdyż DD działało prężnie i kładło nacisk na jakość wydawanych płyt. "Headshotz" nie jest pod tym względem wyjątkiem i naprawdę trzeba pochwalić stan w jakim wyszła ta pozycja. Piękna grafika z obrobionymi fotkami, czterokartkowa rozkładówka oraz ładnie wytłoczone CD robią wrażenie. Co jednak najważniejsze Done Deal zadbało też o to by sam materiał spełniał wymogi najwybredniejszych słuchaczy gangsterskich opowieści i zmobilizowało Bishopa by pokazał się z jak najlepszej strony...

"Headshotz" oczywiście, przyciąga swoim klimatem i charakterem. To krążek surowy, bardzo uliczny i hardcorowy gdzie teksty skupiają się głównie wokół zabijania i życiu w niebezpiecznych warunkach getta. Wszystko opisane jest z punktu widzenia młodego AP.9, wtedy jeszcze wygłodniały, trzymając się głęboko wbitymi pazurami, rozszarpywał mikrofon jak lew zwierzynę. Rymy są technicznie ciekawie posklejane a wypowiadane słowa często podkreślane krzykiem. Pełen akcji, emocjonujący flow oraz dobre wersy to kolejne atuty jakimi dysponuje Bishop. Bez wątpienia znajdujące się tu liryki i popisy wokalne to jedne z najlepszych w jego życiu. Poza typową tematyką strzelania do frajerów, sprzedawania towaru i bycia ponad prawem dostaniemy też akcenty przygnębienia i ubolewania nad egzystencją czarnej społeczności ("Time To Rize) czy wspomnień z trudnej przeszłości ("Growing Up"). By jednak nieco przełamać ciężką atmosferę albumu nie można ominąć imprezowego numeru "Itz Goin Down" z Bailey'm i troche majątkowych przechwałek w "Federal". Zróżnicowanie tematyczne zapobiega nudzie i jest ogromnym plusem płyty. Sprawą kluczową natomiast pozostaje produkcja gdyż to ona przeważa nad tym czy "Headshotz" jest klasykiem czy bardzo dobrym debiutem. Mr. Peete i Rob Lo to kompozytorzy którzy udzielają się tutaj najwięcej. Poza tym jest Dunce (dwie pozycje), Rodney-O (dwie) oraz Ive, Ric Roq i Icy Mike Beats od których wzięto po jednym numerze. Spośród nich znacząco wybija się Rob Lo którego tracki są bardziej instrumentalne, tworzące głęboki klimat (np. "No Friendz", "Some Other Shit"). Jak i również Ric Rock w "In The Line Of Fire" oraz Rodney-O w "The Ghetto Turned Me", do których kieruje te same pochwały. Reszta nie wysmażyła jakichś majstersztyków lecz muzyka prezentuje się porządnie. Dostajemy typowo thugowe podkłady o umiarkowanych i cięższych klimatach z których każdy posiada coś charakterystycznego. Jedynie mroczne i niepokojące mob znajdziemy w "Some Other Shit", pewnie ze względu na udział w nim Killa Tay'a. Wyczulone ucho znajdzie gdzieniegdzie krótko cięte sample a nawet, co zaskakujące, fragment "Born To Make You Happy" od Britney Spears w "Growing Up". Na koniec zostaje jeszcze kwestia gości którzy w dużej mierze należą/należeli do obozu San Quinna. Widać tu ewidentną promocje (wtedy jeszcze) mało znanych artystów na płycie znanej figury. Wyróżnić natomiast trzeba zajebiste zwrotki Ridah, Freako i Yukmoutha. Podsumowując, "Headshotz" do zostania klasykiem brakuje w niektórych momentach nieco lepszej produkcji lecz to bardzo dobry debiut AP.9. Dla fanów rapera to na pewno album w kolekcji obowiązkowy. Jest on też jakimś punktem odniesienia jeśli chodzi o obecne standardy jakimi mob figa częstuje swoją publikę.

Płyta ukazuje się dwa razy, oryginalnie po banderą Done Deal w 2001 oraz w 2007 już w Mob Shop u samego gospodarza. Nie posiadam wznowienia więc nie jestem w stanie powiedzieć czym się różni od pierwszego pressa. Wiem natomiast że bez problemu jest ono dostępne. Również gdy dobrze poszukamy, znajdziemy i to z 2001 za całkiem znośną cenę.

niedziela, 3 sierpnia 2014

AP.9 - I Am Lgend CD (2009, Mob Shop Entertainment)

Nie da się ukryć że AP.9 to jeden z najbardziej znanych artystów jeśli chodzi o Zachodnie Wybrzeże. Członek Mob Figaz wydał do tej pory mnóstwo solówek i ma też za sobą kilka kolaboracji. Konsekwentnie mniej więcej co roku lub co dwa lata, jest okazja by cieszyć się nowo wydaną od niego płytą. "I Am Legend" jak widać, ma odwoływać się do filmu z głównym udziałem Willa Smith'a pod tym samym tytułem z 2007 roku. Szczęśliwy traf chciał że miałem przyjemność widzieć dzieło Francisa Lawrence'a więc mogę skonfrontować go z omawianą pozycją. Oczywiście wykonawczo, oba te dzieła nie mają ze sobą nic wspólnego. AP.9 nie żyje w post-apokaliptycznym świecie ani nie zasuwa ze swoim psem poprzez zniszczone ulice miasta w wolnych chwilach pracując nad wynalezieniem szczepionki (lol). Mimo wszystko, istnieje jeden wspólny mianownik tych pozycji. Obu można wystawić ocenę mniej więcej trzy z plusem, w porywach do cztery z dwoma, jeśli naprawdę bardzo lubimy rapera...(albo aktora)..

AP.9, powiedzmy to szczerze, nie jest jakimś super tekściarzem i jego obnoszenie się ze słowem pisanym nie należy do zbyt unikatowych. Nawet pokuszę się o stwierdzenie że to najmniej wyróżniająca się stylem postać z Mob Figaz. Ostatnie lata pokazują że AP.9 bardzo stawia na techniczną jakość swoich albumów co przejawia się czystym brzmieniem i pięknie wykonanymi okładkami. Widać że chłopak chce aby fani dostali produkt najwyższej jakości. "I Am Legend" bez wątpienia wpisuje się w ten kanon. Choćby już sam artwork wykonany przez photodoctorgraphics, poniekąd zachęca do sięgnięcia po album. Zostawmy jednak sprawy poboczne i skupmy się na tym co najistotniejsze. Niestety z bólem ale trzeba przyznać że gospodarz wypada średnio a w niektórych momentach całkiem kiepsko. Cała płyta tak naprawdę cierpi na brak pomysłu na rymy, które są mało wyszukane i pozbawione większej dozy błyskotliwości. Raper niby stara się poruszać jakieś inne tematy niż typowe bieganie ze spluwą, ściganie za kasą, bycie zajebistym i prawdziwym, lecz nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Apogeum tego zjawiska stanowią kawałki "Rough and Raw" i "Snitches". Można wyróżnić niektóre utwory jak "Oscar Grant Tribute" nawiązujący do bezpodstawnego zastrzelenia młodego chłopaka przez policję w Oakland (o całej sprawie było z resztą głośno). "R.I.P. Pretty Black", "Pimpin" albo "Reflections", lecz to nadal tylko bardzo poprawne rapowanie. Jeśli miałbym już na albumie pochwalić jakieś zwrotki to będą to wersy dwóch gości, a ściślej, Ampichino i Jacki, którzy konkretnie kradną show gospodarzowi. Z opresji krążek w dużym stopniu ratuje muzyka. W większości wyprodukowana przez Indecenta The Slapmastera (dziesięć pozycji). Kaos zrobił trzy utwory, Freddie Machetti dwa, zaś Stixx i Sean J. dali po jednym. Jest tu trochę samplowania jak i dźwięków tworzonych zupełnie od podstaw. Linie bębnów ładnie nakreślają rytm, instrumenty mają pełną barwę i mięsiście wybrzmiewają. Znajdziemy tu ciężki fortepian, są udane Slapmasterowe gitary, trochę całkiem niezłych syntezatorowych dodatków oraz ładnie dograny bas. W "Reflections" każdy na pewno rozpozna sampel z "Hello" Lionela Richie a w "Rather Be With You" fragment z kawałka o takim samym tytule od Bootsy's Rubber Band (którego wcześniej użyło np. N.W.A. w swoim "I'd Rather Fuck You"). Ogólnie muza jest bardzo zróżnicowana, nierzadko potrafi potężnie przypieprzyć ("Peep Game, "Action", "Ready For This"), jak i być łagodną ("Reflections", "R.I.P. Pretty Black"). Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie produkcja w "Make A Moves" gdzie Indecent dosłownie wyjął ten track ze złotej ery mobbsterskich klimatów lat 90'. Słowo daję, nie słyszałem w obecnych czasach lepszego podkładu w takim stylu, po prostu genialne.

Teraz żeby to nie wyglądało na "hejting" w stosunku do AP.9'a dodam że lubię tego mob figę, czujnie śledzę jego poczynania i czasem wpadnie mi jakiś jego krążek do kolekcji. Sytuacja wymaga jednak tego aby spojrzeć na sprawę obiektywnie. Tym albumem raper na pewno nie dorobi się statusu legendy. Wygląda on po prostu jak większość ostatnich projektów od Bishopa gdzie przeciętne wersy ratuje muzyka i otoczka wokół płyty. Dla luźnego słuchania można spokojnie zapuścić. Sam będę do niej wracał, choć będzie to wynikało bardziej z sympatii dla rapera niż z powodu znajdującego się na niej materiału. CD można oczywiście nabyć w internecie za rozsądną cenę.

środa, 30 lipca 2014

Joe Blow - Check a Real Nigga Out Tho CD (2013,The Artist Records/Blow Money Ent.)

Well, pamiętam jak w 2011 roku Joe Blow wypuścił swój pierwszy, uznawany za oficjalny, solowy street album "You Should Be Payin Me". Wtedy jeszcze mało znany narobił wielkiego szumu, zdobył całe rzesze fanów jak i zarazem szacunek w rapowym światku Zatoki. Nie było w tym nic dziwnego. Album był naprawdę mocną pozycją pokazał jakość i profesjonalizm której wtedy brakowało na kalifornijskiej scenie. Niestety niedługo potem, raper zaczął obniżać loty i ruszyło wydawanie na szybko niedopracowanych projektów w których ciężko było dopatrzyć się profesjonalności znanej z pierwszej solówki. Branie bardzo przeciętnych podkładów, kiepski mix i mastering tracków, wszystko to sprawiło że moje zainteresowanie raperem leciało w dół. Po chwili przyszedł jednak renesans i kolejny wypuszczony projekt był lepszy od poprzedniego. Oczywiście żaden z nich nie dorównywał jakością do "YSBPM" i kilka tracków trzeba było zawsze ominąć, jednak dało się odczuć że Blow w końcu idzie lepszą drogą. Wielkie zaskoczenie dopadło mnie gdy w końcu ogłoszono datę premiery kolejnego oficjalnego krążka o którym wzmianki można było zobaczyć już w 2012 - "Check A Real Nigga Out Tho". W albumie pokładano wielkie nadzieje, chciano aby był równie dobry co pierwszy official...

Co prawda, warstwa merytoryczna krążka nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem ani rozczarowaniem. Ten kto zna Joe i wie w jakich tworzy klimatach dostanie podobne treści jakie można spotkać na wszystkich jego albumach. Jego podejście do stylu MOB jest bardzo charakterystyczne. Blow jak zwykle skupia się na gorzkiej rzeczywistości zimnych ulic i relacji z otoczeniem. Bycie prawdziwym, oddanie swej córce i trzymanie z zaufanymi ludźmi to podstawa. Mafijny styl życia wyznacza standardy, by się dobrze wiodło łamie się prawo, a codziennym dodatkiem umilającym czas jest kubek syropu i słoik cookies, czyli zestaw używek które zapewniają jedynie pozorny spokój. Sposób rapowania rapera nie uległ zmianie, monotonne flow i umiarkowane tempo wypowiadanych słów dla jednych stanowią atuty dla innych wady. Blow ma jednak tę nutę w głosie która przyciąga, nadaje mu charyzmy i całkiem dobrze sprawdza się w obranej przez niego stylistyce. Osobiście bardzo lubię Oaklandczyka i nie mam mu zbyt wiele do zarzucenia. W tekstach jak zwykle będziemy mogli odnaleźć głębszy przekaz oraz usłyszeć garść trafnych i osobistych wypowiedzi. Jeśli chodzi o produkcję, ci którzy obawiają się teraz wytykania strony technicznej albumu mogą odetchnąć z ulgą. Cały proces tworzenia podkładów został oddany w ręce dwóch (jeszcze mało znanych) utalentowanych producentów - Pakslap'a i Bandit'a (którzy z Joe pracują od dłuższego czasu). To oni zrobili i zmixowali cały album. Muszę przyznać że był to bardzo udany ruch który w dużym stopniu waży losy oceniania krążka. Podkłady głównie opierają się na zapożyczonych, lekko zmienionych partiach lub pętlach. Są tu bogatsze aranżacje jak i mniej rozbudowane lecz żadna z kompozycji nie schodzi poniżej dobrego poziomu. Obaj panowie perfekcyjne opanowali sztukę łączenia uciętych sampli z dogranymi instrumentami. Każdy kawałek ma inną atmosferę i oryginalny motyw więc na pewno nie doświadczymy znużenia. Ogromnym atutem jest też unikatowy klimat oraz brak ordynarnej elektroniki od której Joe Blow jak na razie bardzo stroni. Oczywiście to że "Check a Real Nigga Out Tho" jest oficjalnym krążkiem nie znaczy że jakoś szczególnie różni się od reszty cds w dyskografii Blow. Chodzi raczej o ten sznyt który kwalifikuje krążek jako profesjonalne wydanie bez jakichkolwiek niedociągnięć. Czy recenzowany materiał dorównuje debiutowi? na to pytanie każdy będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. Osobiście jestem z niego zadowolony, choć wiem że nie jest on niczym nowym ani przełomowym w karierze rapera z Oakland. Blow dostarczył po prostu tego co zwykle, kawał porządnego ulicznego rapu. Polecam w szczególności fanom jak i miłośnikom mobbstyle'owych klimatów, to oni będą w stanie w pełni docenić zawartość albumu. Słucha się go naprawdę z przyjemnością. Poniżej kilka klipów promujących:

"Street Life""How Many Times""Hard To Grasp"

Niestety jeśli ktoś chciałby nabyć "Check A Real Nigga Out Tho" w wersji fizycznej będzie pewnie miał z tym mały problem. Nakład się rozszedł jak świeże bułeczki co wcale mnie nie dziwi. Płyty Blow mają to do siebie że jeśli się ich w porę nie ogarnie potem trzeba liczyć tylko na dobrą okazję, jeśli w ogóle się jakaś rozsądna nadarzy. Album został wypuszczony jako trzyczęściowy digipack i wygląda on naprawdę eleganacko. Postarano się aby oficjalne cd miało oprawę godną swego statusu. Do tego celu zatrudniono genialne photodoctorgraphics by dopełniło dzieła.








sobota, 14 czerwca 2014

Yukmouth - GAS (Grow & Sale) CD (2014, Smoke-A-Lot)

Coś ostatnio w Bay nastała moda na krążki poświęcone tematyce marihuany. Gdzie nie przyłożę ucho tam trawa, rośnie gęsto i palona jest często. Swoje pięć groszy nie omieszkał wrzucić też nasz ulubieniec i weteran Yukmouth, który prawie dwa lata temu swoim "Half Baked" ten temat przeorał od grządki do grządki. Wielkie zdziwienie nastąpiło u mnie gdy dowiedziałem się że jego kolejny album znowu będzie miał taki sam charakter. Gdzieś nawet widziałem jeszcze przy zapowiedziach że ludzie pytali się czy to przypadkiem nie jest jego wcześniejsza płyta wydana w nowej oprawie graficznej (lol). No ale stało się, na "GAS" tematy znowu kręcą się wokół zielonej używki. Przyznam że poprzedniczka "Half Baked" nie należy do moich ulubionych płyt jeśli chodzi o generała The Regime, dlatego po nowym albumie nie spodziewałem się wielkiego wybuchu...

Jak się jednak okazuje na "GAS" zostało dopracowane to co na poprzednim projekcie w kilku momentach nie do końca do mnie przemawiało - muzyka. "Half Baked" to tak na prawdę składanka różnych nurtów muzycznych. Były udane południowce, były całkiem znośne, zachodnie podkłady od Mekanixów lecz w niektórych momentach było kompletnie średnio i nijak. Oczywiście na nowym CD znajdziemy produkcje trapopodobne jak "Swisher" i "Snow Bunnies". Są nawet nowofalowe "mustardowe" "Rat Pack", "Roll It Up" i "Loud". Ale są też podkłady w starszym stylu które z powodzeniem mogłyby znaleźć się np. na takim "West Coast Don" z 2009. Jest ich tutaj przynajmniej połowa. Raz dostaniemy energiczne, trzymające w napięciu "Kush For A Band", za drugim samplowane "Rollin" czy "Rest Of My Life". Potem hardcorowe "Remember My Name" i "Choppa On Deck" a następnie melodyjne z chwytliwym basem, okraszone śpiewem Mac Arthura "Higher". Stąd moje zadowolenie jeśli chodzi o "GAS". Muzyka bardziej buja i pasuje do Yukmoutha. Nie ma produkcji która by w jakimś szczególnym stopniu miała nie zadowolić, są za to takie które cały czas można zapętlać. Dziwnie jednak oceniać mi warstwę liryczną tej CD. Nie jestem zwolennikiem krążków poświęconych w całości zielsku więc zapewne istnieją lepsze albumy w tej konwencji niż ostatnie dokonania Yuka. Faktem natomiast jest że jego zwrotki są przynajmniej dobre. Zresztą, ten mc nie pozwoliłby aby było inaczej bo pomysłów na ciekawe rymy jak zwykle nie brakuje. Całość wiadomo zahacza o standardy - przechwałki i pokazywanie swojego statusu zarówno majątkowego jak i na ulicy, lecz tematem przewodnim jest palenie najróżniejszych odmian trawy, chilloutowanie się z ziomkami i bujanie z panienkami. Poziom zaproszonych gości bywa jak wiadomo różny. Ampichino czy Z-Ro to już klasa sama w sobie. Są też tacy od których można było wymagać więcej (C-Bo, Dru Down, Monstah Ganjah) i ci co pozytywnie zaskoczyli (Berner, Freeze, Stevie Joe). Najbardziej jednak do gustu NIE przypadli mi Kafani który zawsze był i jest po prostu kiepski oraz DB Da General ze swoim śmiesznym cienkim głosikiem. To oczywiście nie koniec listy featów. Podsumowując "GAS" to bardzo udany album który chwyta się obecnych trendów i przy okazji zachowuje stare przyzwyczajenia. Mam jednak nadzieje że kolejnym krążkiem Yukmouth nie pójdzie na łatwiznę i wróci do starej formy tworzenia materiału. Dwie płyty z głównym udziałem THC na razie powinny wystarczyć.

Ci którzy planują nabyć nowe dzieło weterana z Oakland mogą być zaskoczeni brakiem jego szerokiej dostępności. Niestety "GAS" tak jak i "Half Baked" nie jest dystrybuowana na skalą światową jak krążki przed nimi. Z jednej strony fakt ten dziwi z drugiej może mr. Smoke-a-Lot pomyślał że nie wszędzie taki rap się przyjmie. Lekką naganę można dać również wkładce do albumu która tworzona jest po niższych kosztach niż zwykle. Sama grafika wygląda imponująco natomiast na zaledwie dwukartkowej książeczce nie ma nawet jednego zdjęcia Yuka. Nie skłamię że coraz bardziej undergroundowo to wszystko wygląda. Brak jednak wątpliwości że jest to definitywny "must have" dla każdego zagorzałego fana.


środa, 3 lipca 2013

Mr. Sicaluphacous - The Unda Dogs The Soundtrack CD (2001, Merciless Westbound Records)

No cóż, niby powinienem dla tego albumu zrobić odzielną zakładkę lecz ze względu na to że jest on  prezentowany przez weterana z Oakland, tam też ląduje. Mr. Sicaluphacous to nie kto inny jak wszystkim dobrze znany Keak Da Sneak. Który tutaj przedstawia nam składankę "The Unda Dogs", do filmu o tym samym tytule. Czy takowy film w ogóle wyszedł na światło dzienne nie wiem bo niestety nie udało mi się jak dotąd znaleźć jakiejkolwiek informacji potwierdzającej jego byt. Z wkładki do płyty dowiadujemy się jedynie że obraz ten ma dopiero się ukazać. Najpesymistyczniej mówiąc może być i tak że Merciless Westbound dało pod tym względem plamę i dostaliśmy ścieżke dźwiękową do nieistsniejącego filmu. 

Jakoś nigdy nie przepadałem za soundtrackami czy kompilacjami z Bay gdyż wiele z nich robionych jest po prostu na siłę. Nie dość że kilka kawałkow jest risjklowanych to jeszcze uszy mogą nam zwiędnąć od kiepskiego masteringu nie wspominając już o ubogiej szacie graficznej. Z "The Unda Dogs" sprawa na szczeście przedstawia się dużo lepiej. Szczerze, to nawet byłem zaskoczony jak profesjonalnie zostały potraktowane pracę nad tym projektem. Najpierw chcę zwrócić uwagę na dwa najbardziej rzucające się w oczy/uszy atuty tego dzieła. Po pierwsze - nie ma tu żadnych powtarzanych kawałków z innych albumów, wszystkie zostały nagrane specjalnie na ten. Po drugie i co mnie bardzo zdziwiło - poza trzema trackami głównym producentem tej kompilacji jest sam One Drop Scott. Ten One Drop Scott który zrobił kawał dobrej roboty tworząc muzyke na najlepsze albumy z wytwórni AWOL. Kto miał styczność z tym osobnikiem wie że koleś po prostu nie daje lipy. Styl Scotta jest hardcorowy i surowy, nie bez powodu pod jego beaty nagrywali tacy raperzy jak Killa Tay, C-Bo czy Guce. Na "The Unda Dogs" jego produkcje nie mają jakoś specjalnie mobbowych akcentów lecz to nadal dobre thuggowe podkłady. Poza tym slychać że Scott ma dobre wyczucie i postarał się o to by dany podkład pasowal do stylu danego rapera. Znaczna część albumu to uliczne klimaty z których miejscami wyłania się jakaś lżejsza nuta do której głównie nawija się o paniach. Zaskakuje dobór zebranych artystów. Bo patrząc na tracklistę wygląda to tak jakby Merciless Westbound zebrało śmietanką całkiem niezłych kotów wrzuciło ich razem do jednego studia i kazało nagrać porządny album. Poza wiadomym głównym udziałem Keak Da Sneak'a zaskoczeniem są dla mnie Lil Ke i Mad Max (pierwszy skład Thugg Lordz) oraz Phats Bossi (pierwsze The Regime). Wspominam o nich celowo bo tak naprawdę rzadko mieliśmy ich okazje usłyszeć gdziekolwiek, a tu ich udział jest naprawdę spory. Również większość gości pojawia się na albumie więcej niż tylko raz. Poza wyżej wspomnianymi w projekcie między innymi uczestniczyli - Jayo Felony, Killa Tay, Mac Dre, T-Luni, Harm czy nawet Crooked I ze Steady Mobbn. Więc jak widać jest kogo słuchać.

Oczywiście "The Unda Dogs" to nie jest jakiś kultowy soundtrack przy którym opadnie nam szczęka lecz jest to porcja solidnej muzyki z Bay. Napewno należy się pochwała dla Merciless Westbound Records za to że potrafili odpowiednio to zrealizować i wydać. Kolejna rzecz za którą powinno sie zwrócic uwagę to duży udział Lil Ke, Mad Maxa i Phats Bossiego. Przypomnę że ci pierwsi dwaj pod nazwą Thugg Lordz wydali tylko jeden grupowy album zatytułowany "Regime Religion" (przód okładki zdobi wielkie logo smoka). Niestety, krótko po wydaniu albumu Lil Ke i Mad Max rozwiązują grupę, słuch po nich ginie a nazwę grupy przejmują C-Bo z Yukmouthem.





sobota, 5 stycznia 2013

Thug Lordz (Yukmouth & C-Bo) - In Thugz We Trust CD (2004, WCM, Smoke-A-Lot)

"In Thugz We Trust" nie jest jak się komuś może wydawać albumem kolaboracyjnym C-Bo i Yukmouth to weterani którzy kumplują się od dawien dawna i w końcu w 2004' zdecydowali się wyjść ze wspólnym projektem tworząc grupę Thug Lordz. Na krążku dostajemy trzynaście mięsistych kawałków z czego dwa to solowe utwory raperów.

Tylko 13? ktoś może zaraz się doczepić. Czemu tak mało skoro obaj przecież potrafią nagrywać po 20 kawałków na swoje solowe płyty. Trzeba jednak zauważyć że nie ma tu intra, outra ani też żadnych skitów. Dodam również że każda z trzynastu kompozycji to pozycja bardzo dobra i dobrze się stało że album nie jest kompletowany zapychaczami. Już pierwsze dwa tracki utwierdzają nas w przekonaniu że takie osobistości jak Bo i Yuk nie dają dmuchać sobie w kaszę. Nadal są twardzi, bezkompromisowi, trzeba ich szanować i nie należy im podpadać. Wiadomo rymy o wysokiej samoocenie obu panów to nieodzowna część zwrotek w większej cześci albumu. Tak się jednak składa że jak najbardziej mają do nich prawo bo obaj wypadaja na płycie bardzo dobrze. Trzeba wyróżnić tutaj Yukmouth'a który nieco wychodzi przed C-Bo i przyłożył się do tekstów i nawijania trochę lepiej niż weteran z Sacramento. Można chociażby porównać sobie solówki obu panów "American Dream" Yukmoutha i "My Life" C-Bo i przekonać się kto był zdolniejszy. Nie zabrakło tematów o kobietach jak w potraktowanym z przymrużeniem oka i trochę zabawnym "She's A Hoe" czy już całkiem poważnym "Bulletproof Love". Znajdziemy tu w końcu diss na 50 Centa nagrany wspólnie z Bang'em Smurf'em i Silverback Guerillaz (swego czasu było głośno o całej sprawie gdzie poza Cenciakiem ostro obrywał również Game). Jak i nie wypada nie wspomnieć singlowego "Killa Cali" do którego nakręcono klip i razem ze Spice 1'em chłopaki stworzyli kolejny hymn Złotego Stanu. Uwagę z zaproszonych gości przykuwa również Killa Tay (tu w aż trzech kawałkach). Nie od dziś wiadomo że gdy się postara potrafi stworzyć niesamowicie hardcorowy klimat swoimi wersami. Dlatego jednym z moich faworytów na płycie jest "Made Men". W którym ciężka atmosfera przepleciona jest wstawkami z jak się domyślam jakiegoś starego filmu dokumentalnego o mafii i narkotykach (naprawdę niezłe). Jak widzicie na płycie sporo się dzieje a żeby było jeszcze fajniej producenci postarali się by album brzmiał jak przystało na twardą hardcorową płytę. Zadowoleni będą zwolennicy mocnych bębnów i ciekawych sampli bo produkcja mimo tego że raz bardziej instrumentalna innym razem bardziej oszczędna spełnia swoje zadanie w stu procentach. Tkwi jakiś sekret w dwóch kawałkach zrobionych przez EA-Ski (na spółkę z CMT) bo mimo mało rozbudowanej aranżacji naprawdę wciągają (mowa o "Killa Cali" i "21 Gun Salute). Reszta producentów jakością nie odstaje i każda kompozycja w pełni dopełnia wersy Thug Lordzów. 

Chyba nie będzie zaskoczeniem że album jest wart nabycia dla każdego sympatyka obu weteranów. W czasie gdzie coraz gorzej działo się na Zachodnim Wybrzeżu wyszli z godnym projektem unikając pogorszenia jakości. Dostajemy kolejnego Westcoastowego klasyka, porządne video do "Killa Cali" i bardzo ładnie wydaną płytę. Czego chcieć więcej?!. Cieszy również fakt że w porównaniu do innych projektów C-Bo "In Thugz We Trust"  nadal jest ogólnodostępna i można ją wyrwać za przyzwoitą cenę. Naprawdę polecam.



niedziela, 25 listopada 2012

Lee Majors - The Six Million Dollar Man [The Album] CD (2009, Got Major? Muzic, Guerilla Ent.)

Lee Majors jak dotąd prężnie wychodzi z nowymi projektami, jeśli nie solowymi to w kolaboracjach z innymi raperami (Dru Down, Rahmean czy The Jacka) a "The Six Million Dollar Man" to jedna z dwóch solowych płyt jakie Lee Majors wydał w 2009' (druga to "Muzik 4 The Mobb"). Nie będę tutaj omawiał całej historii Lee na rapowej scenie. Dodam tylko iż pochodzi z Oakland, zaczynał w zespole Side Industry a jego pierwsza solowa płyta to "Scraper Muzic" z 2005'. Także jak widać Majors już żółtodziobem nie jest a i  liczba występów gościnnych na albumach innych raperów rownież jest  niemała. 

Lee z płyty na płytę ewolułuje, odszedł już w dużej mierze od klimatów "hyphy" a każdy kolejny album nosi tytuł adekwatny mniej lub więcej do zawartości krążka. Na "The Six Milion Dollar Man" sprawy toczą się nie inaczej. Lee jest pewny swojej rangi w rap grze, ma kupe kasy, jest "Scrape Kang" i wbija we wszystkich którzy z nim nie trzymają ("Fuck You"). Wszystko zarapowane jest w sposób jakby był największym bossem w całej Californi. Głos Majors'a jest ciężki i gruby, słychać w nim pełen luz i pewność siebie. Oczywiście, taka postać jak Lee musi mieć też renomowany zestaw gości na swoim albumie, Yukmouth, The Jacka i Fed-X, Keak Da Sneak, Dru Down czy San Quinn to dobrze znane ksywki. Poza tym mamy dobrego kumpla Lee z poprzednich projektów Rahmean'a, nowego śpiewaka w Bay Fam Syrk'a (z resztą całkiem niezłego), Dem Hoodstarz i kilku innych (pech chciał że do kawałka "Bang Bang" Lee zaprosił takich wacków jak the Yay Boyz). Muzyka na albumie bywa różna, od prawdziwych bangerów ( "The Six Million Dollar Man"), całkiem niezłych ("Real Heavy") przez klimatyczne ("Yay Trap") do gniotów ("Mr. Meogee). Cieszy fakt że tych ostatnich jest najmniej!. Za produkcje jest odpowiedzialnych paru producentów w tym najwięcej dał od siebie Sean T, warto natomiast zwrócić uwagę na nowego świetnego beatmakera jakim jest Pak Slap. Na tym albumie zrobił tylko dwa bity "Fuck You" oraz ostatni schowany na płycie bonus track (który potem wyszedł na wspólnym albumie Lee i Matt'a Blaque'a w 2012). Natomiast zachęcam do sprawdzenia jego bitów na innych krążkach. 

Podsumowując "The Six Million Dollar Man" to nie jest jakaś pozycja wysokiej półki którą trzeba mieć, jeśli ktoś lubi Lee (jak ja) i ominie pare nierówności na płycie będzie z niej zadowolony. Napewno jest to jedna z lepszych plyt Majors'a w porównaniu z tym co robił na początku swojej solowej kariery muzycznej. Płyta jeszcze bez problemu w sprzedaży.