Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Francisco CDs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą San Francisco CDs. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 stycznia 2016

Black C - Still Ruthless CD (2012, The Right Way Productions)

W ostatnich latach niewielu aktywnych zatokowych weteranów z Frisco ściąga na siebie moją uwagę. Biorąc jednak pod uwagę poziom projektów z jakimi wychodzą do fanów, nie widzę w tym nic zaskakującego. Albo mamy próby jechania na ledwo tlącej się renomie (Rappin 4 Tay), albo coraz więcej nijakich albumów dostajemy do posłuchania (San Quinn "Fillmore Lion", Cellski "Chemical Baby"). Obóz DLK również dawno nie uraczył mnie czymś naprawdę sensownym i wątpię aby w najbliższej przyszłości miało się to zmienić. Messy Marv po tym jak zrobił z siebie totalnego pajaca nadal siedzi, a Bigga Figga którego kiedyś tak bardzo lubiłem odleciał gdzieś na południe przy okazji zmieniając swoją ksywkę na Figg Panamera. W nowej krwi nie ma co szukać pocieszenia, gdyż goście pokroju AOne'a bez wątpienia nie ratują sytuacji a wręcz odwrotnie. Nawet wujek Berner którego sam kiedyś okrzyknąłem "rezurektorem" sceny San Francisco (i nie tylko), powoli odsuwa się od niej tracąc przy tym swą klasę. W którym kierunku zatem mamy się kierować by doświadczyć jakości? Z całego tego bajzlu wyłania się jeszcze postać która ratuje będących w potrzebie. Superhero o szlachetnym sercu, ze zwisającym łańcuchem RBL Posse na szyi oraz ksywce budzącej szacunek. Legenda w której jest jeszcze nadzieja - Black C...

Da się zauważyć, co jest bardzo dobrą cechą, że Chris nie rozmienia się na drobne. Rzadko udziela się gościnnie, nie robi krzywych akcji by wzbudzić zainteresowanie, trzyma się raczej na uboczu i po cichu przygotowuje kolejne albumy. Zawsze trudno jest przewidzieć kiedy weteran z Frisco uraczy nas nową solówką, wszystkie natomiast które do tej pory wydał zasługują na wysokie oceny. Od "Last Man Standing" (2003) do "City Of Gods" (2007) minęły aż cztery lata, w roku 2010 wychodzi "70's Baby" a dwa lata po niej "Still Ruthless". Każda z tych płyt posiada swoje oryginalne brzmienie a jednocześnie żadna nie wyzbyła się zatokowego klimatu. Tutaj liczy się bezwzględny szacunek dla odbiorcy, miłość do muzyki i tradycji, a jakość stawia ponad ilość. W przypadku dzisiejszego krążka sprawy wyglądają dokładnie tak samo. Wracając (ponownie) do korzeni, Black C zostawił nam worek łakoci, przepełniony najprawdziwszymi g-funkowymi numerami. Takie tytuły jak "Still Ruthless", "Visualize Me", "U Know What It Is", "How It Is", "Smell'n Like Kush", "The Streets Crazy" czy "We Got Connection" i prze-kozackie "Cup Of Game" śmiało nawiązują do brzmień lat 90'. Ponadto, dobitnie udowadniają że w drugiej dekadzie XXI wieku, da się robić jeszcze porządne westcoastowe kawałki i przy okazji nie popadać w ordynarną kalkomanie. Można być wdzięcznym że producenci nie dręczą nas co utwór sekwencjami jednakowego i przebrzmiałego pianina. Zamiast tego zabierają na eksploracje ciekawych zakamarków maszyn klawiszowych, z pomiędzy których czasem wyskoczy uwielbiany przeze mnie talk box. Bez wątpienia woń "złotej ery" unosi się nad znaczną częścią "Still Ruthless", dlatego materiał połechta głównie konserwatywnych fanów, wychowanych na cieplejszych dźwiękach. Dla tych bardziej tolerancyjnych skorzystano z nowocześniejszych rozwiązań, tak by wprowadzić nieco zróżnicowania ale nie zepsuć ogólnej atmosfery krążka. Kawałek "I Smoke" jest tu znakomitym przykładem na to jak zrobić świetny follow-up i elegancko skonfrontować old school z new schoolem. Generalnie, ciężko jest tu wskazać jakiś muzycznie słaby track choć nie przepadam za trochę mdłym (dla mnie) "Talk About It". Odnośnie samego Black C, trzeba pamiętać że ten gość to weteran, ikona oraz przede wszystkim mc o klasycznym podejściu. Na przestrzeni lat jego styl i sposób rymowania niewiele się zmienił, więc nie należy wymagać od niego nie wiadomo jakich operacji słownych. Jest po prostu solidnie i konsekwentnie. Niestety raper coraz bardziej zwęża tematy w których się porusza i poza kilkoma wyjątkami, teksty zdominowane są przez sporą ilość gotówki i ładne ciuchy, jak również mocno skupiają się na dławieniu zapędów różnej maści "hatersów". To naturalnie standard na prawie każdej płycie z Bay, jednak "Still Ruthless" aż pęka w szwach od tego typu linijek, nie pozostawiając po sobie nic bardziej pomysłowego. Chrisa zdecydowanie stać na więcej choć trzeba przyznać że nawet ta jednotorowość nie odbiera mu blasku. Charyzma, osobowość, odważny i głęboki wokal, płynność i lekkość w poruszaniu się po podkładach oraz wciągające i elastyczne flow, nie pozwalają mi na to bym w jakikolwiek sposób mógł kwestionować talent legendy z Hunters Point. O ile więc gospodarz specjalnie nie zawiódł ani nie zostawił żadnych niespodzianek, to dobór gości zasługuje na szczególne wyróżnienie. Oczywiście pojawienie się takich ksywek jak Mac Mall, E-40, Andre Nickatina, San Quinn, Laroo czy C-Bo nie jest niczym niecodziennym na albumach znad Zatoki. Trzeba jednak pamiętać że Chris niechętnie obstawia swe solówki znanymi osobistościami, a takie rozhermetyzowanie pozwoliło w końcu na to byśmy u jego boku mogli usłyszeć kogoś o podobnych zasługach na scenie. Kilka przykładów takich kolaboracji znajdziecie w klipach poniżej...

"The Streets Crazy", "How It Is", "Cup Of Game", "I Smoke"

Mimo że od wydania "Still Ruthless" minęło już niemało czasu to mam wrażenie że album do dziś nie został w pełni uhonorowany. Obecna sytuacja na rynku jest jednak bardzo niesprawiedliwa i w zalewie kiepskiego gówna które topi Zachodnie Wybrzeże trudno dostrzec wartościowe projekty. Możliwe że właśnie dlatego łatwiej jest kupić pierwszą płytę Black C niż ostatnią. Osobom które nie zdążyły nabyć krążka coraz trudniej będzie go znaleźć w rozsądnym przedziale cenowym, a chyba nie muszę dodawać że naprawdę warto się o niego postarać. CD wychodzi w standardowym podwójnym digipacku, na którym widnieje profesjonalna grafika. Jak to zwykle bywa w przypadku Right Way, do niczego nie można się dopierniczyć jeśli chodzi o kwestie techniczne i wydawnicze bo wszystko dopięte jest pod samą szyje. Mam też nadzieje że legendarny Czarny Cezar nie da się wyrzucić z "gry" i wkrótce usłyszymy jego kolejny solowy materiał...

niedziela, 12 kwietnia 2015

Aone - Dope As Coke CD (2015, All N Da Doe)

Nie da się ukryć że Aone dopiero rozkręca się w rapowym światku Zatoki. Reprezentant San Franscisco zadebiutował w roku 2012 swoją solówką "Young Bay Boss" która przeszła raczej niezauważona. Potem skumał się z Lil Rue co skutkowało wydaniem dwóch części "Murder Music" w 2013 i 2014. W międzyczasie do internetu trafiło "Dope As Coke: The Leak" które najpierw można było pobrać za darmo a z początkiem 2015 roku doczekało się tłoczenia. W tym roku Aone wydaje również swój najbardziej wyczekiwany przez wszystkich krążek "Dope As Coke" i zaraz po nim kolejną część "Young Bay Boss". Przyznam że niespecjalnie wczuwałem się w dyskografie Aone'a, jednak gdy zaczął zadawać się z nieżyjącym już Jacką i jego ekipą moje zainteresowanie chłopakiem wzrosło. Byłem ciekaw jak młody boss z Bay poprowadzi swoją karierę pod patronatem członka Mob Figaz i przede wszystkim co pokaże na omawianym dziś projekcie...

Od początku wiadome było jak ten album będzie wyglądał więc trudno tu wytknąć cokolwiek jeśli chodzi o jego przygotowanie, Aone i jego ludzie zdołali zrobić z "Dope As Coke" bardzo chodliwy towar na czasie. Wystarczy spojrzeć na tył okładki z wypisanymi tytułami gdzie roi się od wersów Jacki, Joe Blow oraz innych szanowanych członków mobbsterskiej rodziny. Pojawili się również Freeway i Mike Marshall za którego refrenami po prostu przepadam. Dostaliśmy bardzo dobrą oprawę muzyczna i niezłą grafikę na opakowaniu CD. Trzeba przyznać że album wydany jest z rozmachem. Jak wspomniałem, nie było mi dane zagłębić się w wydawniczą przeszłość Aone'a więc miałem ograniczoną styczność z jego osobą. Głównie kojarzę go z gościnnych zwrotek dla Jacki. Gdy pojawił się w klipowym "Gang Starz" z "WHTTW" zwracał uwagę swoim melancholijnym stylem i podłamanym, szorstkim wokalem. Niestety okazuje się że te atuty to jedyna broń rapera z Frisco, gdyż lista występków jakie popełnia na "Dope As Coke" jest naprawdę obszerna. Od wybryków Liqza na "100 LBS" długo już nie miałem przyjemności z mc który tak nieudolnie próbuje odnaleźć się w mobbsterskich klimatach. Pierdołowate teksty gospodarza rażą jak faceci w różowych koszulkach. Złożenie kilku zdań o narkotykach, liczeniu kasy i pieprzeniu gorących lasek kończy się dla chłopaka mokrym czołem. Zbiera zasłyszane zwroty i ograne frazy pakując je razem z przypadkowymi, nic nie wnoszącymi linijkami. Wygląda to jak upchnięty w wers zbiór notatek albo bardzo miernej jakości freestyle. Ciągle powtarza to samo nie potrafiąc choć odrobinę opracować merytorycznie swojej zwrotki. Nawet gdy zaryzykuje i zabierze się za jakiś konkretniejszy temat to szybko staje się nieczytelny i kiczowaty. Wprawdzie raper czuje rytm i potrafi płynnie (choć bardzo ospale) poruszać się po podkładach lecz to nie wystarcza by zrekompensować liryczną nędze. Po trzech, czterech kawałkach przestaje się w ogóle zwracać na niego uwagę, a zainteresowanie przechodzi na muzykę i gości. W tym właśnie momencie odsłaniamy tę jaśniejszą stronę "Dope As Coke", bo nawet jak gospodarz nie potrafi się wywiązać ze swojej roboty to zrobią to za niego inni. Na szczęście na dwadzieścia jeden, nieprzerywanych skitami numerów jedynie cztery to solówki (w tym krótkie intro). Fakt ten podobnie jak to że producenci się naprawdę postarali sprawia że album jakoś kręci się do końca. Bez wątpienia muzyka jest tutaj podstawowym wabikiem, skomponowano ją z bardzo nastrojowych sampli pomiędzy które włożono przyzwoitą perkusje i dodano solidnie brzmiące instrumenty. Nie licząc kilku kawałków, album zahacza o daleką przeszłość. Pełno tu pożyczonych fragmentów które swoją barwą przypomną nam głównie lata 70 ' i 80'. Weźmy chociaż do bólu eksploatowane "Hello" od Lionela z którego CheezOnDaSlap zrobił pełen dreszczyku "Looking 4 Me". Nie sądziłem że ktoś jeszcze będzie potrafił zaskoczyć mnie wykorzystaniem tego sampla. Takich przenikliwych i silnie wkręcających melodii jest tutaj mnóstwo. Szkoda tylko że znowu nie dopilnowano masteringowca który zostawił na płycie kilka bubli. Obniżona głośność, wyciągnięty do granic "dół" przez który przeciskają się średnie i wysokie tony. To zjawisko występuje już w drugiej pozycji na płycie "Never Seen", zepsuło tak wyśmienite podkłady jak w "Rich Without a Job" oraz "U.K" i ciągnie się jeszcze przez "Long Nights". Dziwi mnie że musi dochodzić do tego typu rzeczy. Powoli zaczyna się to stawać normą na Zatokowych nagraniach i nieziemsko irytuje mnie gdy muszę przerzucać dobre kawałki przez kiepską jakość dźwięku...

"Dope As Coke" ciężko jest zaklasyfikować do płyt złych lub dobrych, przypuszczam że dla koneserów mobbsteskich nagrywek będzie to pozycja którą spokojnie można mieć. Słucha się jej dla gościnnych zwrotek, ujmujących refrenów i klimatu jaki te rzeczy tworzą wspólnie z wyśmienitą produkcją. Otoczka jaka krąży wokół tego dzieła ma ukryć niedoskonałości Aonea i robi to naprawdę dobrze. Szkoda że młody raper nie potrafi wykorzystać swojego potencjału który ewidentnie w nim siedzi, sam głos to nie wszystko by łapać się za mikrofon. Następnej szansy chłopakowi nie dam, no chyba że postawi swój liryczny warsztat na nogi..

środa, 7 stycznia 2015

Berner and Ampichino - Traffic 2 CD (2010, Double F, City Hall)

Świadomość tego że Berner obecnie jest w szeregach Taylor Gang na pewno nie jest zadowalająca dla fanów Zatokowych brzmień. Ostatnie projekty rapera coraz bardziej rozczarowują i przyznam się że moje zainteresowanie nimi spadło prawie że do zera. Pocieszający jest natomiast fakt że zanim wujek Bernie zaczął zadawać się z Wizem nagrał pokaźną ilość krążków którymi zapracował sobie na szacunek. Pomijając solówki, reprezentant San Francisco musiał dobitniej zaznaczyć swoją obecność na scenie stawiając swoją osobę w kolaboracjach obok takich figur jak The Jacka, Messy Marv czy Ampichino. Można powiedzieć że Amp jak i Berner w podobnym czasie zaczęli szturmować rynek projektami więc przy okazji zrobili sobie przysługę wzajemnie się promując. Po udanej "Traffic" wypuścili jej następcę zaledwie rok później. Jak to bywa w takich przypadkach nie sposób ustrzec się przed porównywaniem sequela do jedynki. Również jak to w zwyczaju u Bernera i Ampichino, części drugie poziomem zwykle nie odstają od części pierwszych. Dlatego na "Traffic 2" trzeba spodziewać się podobnych wrażeń co na jej poprzedniczce jak i profesjonalnego podejścia do polityki wydawniczej albumu....

Wcale nie byłoby żartem gdybym krążek zrecenzował odsyłając linkiem do pierwszej części "Traffic". Tytuł w końcu do czegoś zobowiązuje i trudno spodziewać się tu innych treści niż podane wcześniej. Bernie i Amp to specjaliści w szmuglowaniu towaru i zarabianiu ulicznego szmalu, więc "dwójka" jest praktycznie lustrzanym odbiciem "jedynki" (nie szukając daleko, zatrudniono nawet tych samych producentów od muzyki). Płyta naturalnie przedstawi gospodarzy jako nieuchwytnych handlarzy, traktujący narkotykowy biznes jako jedyny sposób na godziwy zarobek. Usłyszymy opowieści z przestępczego półświatka gdzie pieniądze ładuje się w duffel bags, karabiny trzyma w bagażniku, frajerom odbija się laski a kapusiom wsadza lufy w usta. Nie zabrakło typowych pieniężnych szlagierów i pomysłów na to jak najlepiej wykorzystać kobiece atuty w celach zarobkowych. Dramaturgia Ampichino i filmowe projekcje Bernera sprawiają że temperatura nie spada a obroty silnika nie schodzą z najwyższych. Zderzak w zderzak, chłopaki pokażą nam że narkotykowa gra potrafi być zarówno błogosławieństwem jak i przekleństwem. Raperom towarzyszy muzyka utrzymana w umiarkowanym klimacie oparta głównie o samplowane motywy. Nawet "Glory Box" z repertuaru Portishead zaszczyciło swymi walorami "Trapp Going Crazy". Producenci nie szczędzili pętli jak również ciętych, śpiewanych wokali które pojawiają się jak nie w zwrotkach to w refrenach. Panuje tu zróżnicowanie w doborze zapożyczonych fragmentów i dbałość o ich wkładanie pomiędzy perkusjonalia. Gałkami kręcili Joe Millionaire (7 pozycji), Pakslap (3), Cosmo (3), Golden I 95 (2), oraz Insane, Cali Mist, Gennessee i Stinje z pojedynczymi ścieżkami na koncie. Realizacja podkładów jest oczywiście zbliżona do pierwszej części "Traffic" choć w dużej mierze brakuje tu mocnego przyłożenia z głośników. Być może, jest to trochę wina producentów lecz to Randy Biddle który odpowiedzialny jest za końcową obróbkę dźwięku, nie popisał się swymi umiejętnościami. Praktycznie całej płycie brakuje "dołu" a w niektórych utworach jest to drastycznie odczuwalne ("Traffic", "Trick Money", "Jurassic Park", "That Boy" czy "Money Chese Gwop"). Odbiera to nieco potencjału płycie i mimo że produkcja trzyma podobny poziom "jedynki" to nie ma tej samej dynamiki i energii. Jest to jakiś minus albumu choć wiem że sytuacja ta jest do obejścia bez większego popadania w rozterki. "Traffic 2" nie obył się bez pokaźnej liczby gości dlatego ponownie będziemy mogli posłuchać zwrotek kumpli od Ampichino reprezentujących Akrońskie ziemie jak i wersy prosto z Californi od takich figur jak Jacka, Yukmouth czy Louie Loc. Nie odnotowałem by ktoś swoim wykonaniem ostro pikował co oczywiście wpływa pozytywnie na ogólną kondycje materiału.

Album mimo drewnianego masteringu nadal jest dobry. Może plasuje się oczko niżej niż poprzednik to nie ukrywam że dostarcza mi wielu wrażeń jak i rozrywki. Jest to na pewno pozycja po którą powinni sięgnąć entuzjaści rasowej mobbsterki panujących obecnie czasów. Poza tym, mając część pierwszą aż głupio nie mieć drugiej. Zapakowana w klasyczny jewel case płyta, posiada czterostronicową wkładkę z całkiem udaną grafiką. Do tej pory do kupienia za rozsądną cenę.

piątek, 12 grudnia 2014

C-Bo with special guest San Quinn - 100 Racks In My Backpack CD\DVD (2006, 100 Racks, Sumo Records)

Dla C-Bo 2006 był na pewno rokiem bardzo pracowitym, obfitował w aż sześć projektów z jego udziałem. Solo "Money To Burn", mixtape "The Money To Burn", "Trilogy" jako druga część Thug Lordz, "Moment Of Truth" jako kolaboracja z Killa Tay, kompilacja największych hitów "The Greatest Hits" oraz właśnie "100 Racks" In My Backpack z gościnnym udziałem San Quinna. Hunid Racks to nic innego jak marka która kilka dobrych lat temu wprowadziła na rynek napój energetyczny. By się lepiej wypromować opłaciła kilku znanych raperów by ci narobili wokół niej nieco więcej szumu. Stąd dostaliśmy album od C-Bo czy kolaboracje Yukmouth & Messy Marv "100 Racks". Wiem że dla większości prezentowany dziś materiał nie ma większego znaczenia i wielu pewnie przeszło koło niego obojętnie, co wcale mnie nie zaskakuje. Hunid Racks raczej nie miało intencji dostarczenia godnego materiału dwóch weteranów i chodziło tu bardziej o zgarnięcie łatwego szmalu. Nie chce przez to powiedzieć że zawartość CD jest kompletną klęska, jednak jej forma podania i wykonanie jest średnio zadowalające...

CD mieści piętnaście ścieżek, dziesięć z nich to kawałki C-Bo, w tym dwa z udziałem rapera z San Francisco. Quinn dostał jeszcze tylko dwie solówki i na tym jego udział w projekcie się kończy, bo trzy ostatnie numery należą kolejno do Richie Richa, B-Legita i Hugh E MC. Tu nasuwa się pytanie, czy to płyta C-Bo i Quinna czy po prostu składanka z przewagą kawałków rapera z Sactown? Przód okładki mówi "Hunid Racks & C-Bo presents" co poniekąd rozwiewa wszystkie wątpliwości, nadal jednak nie wiem jak mam sensownie potraktować ten album. Wiem że Cowboy niespecjalnie zajmował się promowaniem wspomnianego drinka i jego rola ograniczyła się jedynie do nagrania kawałków na krążek. W swoich utworach również nie emanuje szczególnym uwielbieniem do napoju i te dziesięć tytułów w sumie nijak się mają do płyty. Nie pozostaje mi zatem chyba nic innego jak zrobić sobie osobną playlistę z występami Shawna i wystawić im odpowiednią opinie. Pamiętam że w roku 2006 spadek formy reprezentanta Sactown był chyba najbardziej zauważalny. Raper bowiem odpuścił sobie swój energiczny, agresywny flow i zaczął nieco przynudzać pod długopisem. Choć poziom jego wykonań nadal był przyzwoity to po głowie krążyły myśli że mógł naprawdę postarać się lepiej. Tu sytuacja wygląda podobnie. Wskażmy choćby rozpoczynające album "Im Deep In The Streets", utwór stanowczo nie zakrawa na klasyk lecz sytuacja w innych zdaje się nieco poprawiać. Zaznaczam że nie ma co doszukiwać się tutaj konkretnych treści czy mocnych wrażeń od strony C-Bo. Shawn dobrał sobie zbiór luźnych tematów do których napisał adekwatne teksty i wypluł je na mikrofon z energią jaką wówczas posiadał. Producenci zaś idealnie wpasowali się pod rap gospodarza i dostarczyli muzykę zbliżonego formatu co jego popisy. Mimo że album ma pewien dar wpadania w ucho, słuchając go prawie dekadę później dostrzega się jego ułomności. Podkłady są OK, i tylko OK, oparte na OK dźwiękach, samplach i zrealizowane również na standard OK. Najzwyklej w świecie brakuje tu sznytu, czegoś co by bardziej podkreśliło charakter i dodało gęściejszej atmosfery. Produkcja w garści kawałków nie wytrzymuje u mnie próby czasu, jest po prostu zwykła i przebrzmiała. Reszty słucham bez większych sprzeciwów choć szczególnie za nią nie przepadam. Dziwi to zważywszy jeśli spojrzymy na wypisane ksywki które zajmowały się komponowaniem. Od Plat-e-num i K.G. można dostać wyśmienitą lub bardzo dobrą robotę lecz album niestety tego nie doświadczył. Maxamillion postanowił że nie będzie robił kolegom konkurencji, dlatego jedyny utwór który wychodzi przed szereg to tytułowe "100 Racks In My Backpack" zrobione przez Seana-T. Jak wspominałem wyżej płyta zawiera również dwa kawałki San Quinna i trzy kilku innych artystów lecz nie widzę potrzeby aby się nad nimi specjalnie zastanawiać. Dodam tylko że końcówka albumu nie wchodzi na moją playlistę a powody są oczywiste...

Skacząc po dyskografii C-Bo nie jestem w stanie przypomnieć sobie by jakikolwiek jego oficjalny materiał tak słabo do mnie przemówił. Nawet niechlubne solo "Money To Burn" wypada lepiej niż prezentowany dziś krążek. Słychać że "100 Racks In My Backpack" nagrywane był szybko i jak najmniejszym kosztem. Nie zadbano nawet o uczciwy miks i mastering. Cała płyta jest za cicho, wokale są zbyt głośno w stosunku do muzyki a wyczulone ucho usłyszy buczenie w niektórych kawałkach. Do albumu dołączono oczywiście DVD a jego niska wartość intelektualna nikogo nie powinna zadziwić. W roli głównej zobaczymy Fillmoe Slim'a i Gangsta Browna którzy jak się domyślam są założycielami marki Hunid Racks. Razem z raperami przez cały materiał nawijają o zajebistości swojego napoju opisując go jako remedium na wszystkie bolączki tego świata (naprawdę ma się ochotę to DVD wypieprzyć do kosza).

Podsumowując "Hunid Racks" trudno wystawić mi jednoznaczną opinie. Wiem że są osoby którym zawartość krążka przypadnie do gustu lecz mi brakuje w nim przede wszystkim jakości z każdej strony. Możliwe że gdyby poszczególne kawałki znalazły się na jakiejś prawdziwej solówce Shawna odebrałbym je lepiej. Album jest szeroko dostępny ale wątpię by fani C-Bo się na niego rzucali, sam bym go nie kupił gdyby nie cenowa okazja. Byłem ciekaw czy po tylu latach od wydania trzymając w ręku fizyczną kopię będę się w stanie do niego przekonać - wyszło to co najwyżej średnio. Na pewno nie jest to album do którego z chęcią będę wracał. Polecam jedynie wiernym fanom dla uzupełnienia kolekcji...

piątek, 24 października 2014

Berner and Ampichino - Traffic CD (2009, Bern One Entertainment)

Wracając te kilka lat wstecz gdy wujaszek Bernie zaczął stawiać pierwsze kroki na Zatokowej scenie, pomyślałem sobie że koleś wyda dwa, maks trzy albumy i zniknie tak szybko i niespodziewanie jak się pojawił. Raper nie zachwycał umiejętnościami i można było zauważyć że mocno promuje swą osobę znanymi ksywkami jakie zapraszał na występy gościnne. Przyznam się, że nie pałałem zbytnio sympatią do biznesmena z San Francisco lecz z biegiem czasu moja postawa w stosunku do Bernera zaczęła się kształtować w tę lepszą stronę. Dziś wiem że jego osoba była potrzebna scenie Bay by postawić jakość wydawanych krążków na nogi i pokazać że nadal można nagrywać zajebiste albumy. Śmiało mogę napisać że dzięki niemu dokonał się jakiś przełom który tchnął nowe życie w Zachodnie Wybrzeże. Oczywiście, nie da się ukryć że bez kasy Berner daleko by nie zaszedł ale trzeba docenić jego zapał do pracy i konsekwentność w dążeniu do celu. W kilka lat bowiem zdołał przedrzeć się do mainstreamu co nie udało się żadnemu raperowi z Bay w obecnych czasach...

Nigdy nie byłem fanem solowych przedsięwzięć Bernera, ani za czasów "Dirty Sneakers..." ani gdy wydawał swój pierwszy official "Weekend At Bernie's" ani na pewno teraz gdy nagrywa pod szyldem Taylor Gang. Chętnie jednak sięgam po jego projekty kolaboracyjne które prezentują mi jego osobę w mniejszym nasileniu i przede wszystkim utrzymane są w nieco innym klimacie. Przed kręceniem klipów z Young Thugiem czy nagraniem epki z B-Realem, Berner musiał najpierw wypracować pozycje u boku raperów mniej znanych lecz na pewno wyższych od niego rangą. Wynikiem tego były duety z Equipto, The Jacka, Messy Marvem czy też właśnie Ampichino. "Traffic" bo o niej dziś mowa, to pierwsza z dwóch części jakie chłopaki zdążyli razem nagrać. Album oczywiście utrzymany jest w typowo ulicznej konwencji. Usłyszymy głównie o sprzedawaniu towaru, przywiązaniu do ulicy, realizowaniu pragnień i sprzątaniu niewygodnych ludzi oraz typowe chwalenie się drożyzną i byciu najlepszym. Są też jednak momenty w których raperzy postanowili przekazać kilka głębszych myśli czego wynikiem są np. takie "Deep", "Loyality" i "Soldiers". Numery te stanowią udaną, choć stosunkowo niewielką odskocznie od reszty materiału a szczególnie wyróżnia się ten ostatni. Mówiący o miłości do swych dzieci i o tym jaki wpływ na życie miało ich przyjście na świat. Coś niespotykanego. Płyta jest naprawdę konkretna i kilkanaście tytułów na CD nie jest tylko zlepkiem przypadkowych wersów. Prawda że Berner nigdy nie był ani nie będzie lirycznym mordercą ale jego uspokajający głos i płynny, choć prosty flow, są w stanie w jakimś stopniu usatysfakcjonować. Potrafi też wzbudzić zainteresowanie swoimi historyjkami. Braki w składaniu oryginalnych rymów rekompensuje za to Anthony który zawsze zachowuje się na mikrofonie jak akrobata na trapezie. W jego głosie usłyszymy też więcej emocji niż u kolegi po fachu. Obaj raperzy jakoś nie prześcigają się w dominacji i zarówno Amp jaki Berner skupiają tyle samo uwagi i prezentują krążek po swojemu. "Traffic" naturalnie obfituje w wystąpienia gościnne a rozwinięciu akcji towarzyszyli zarówno starzy kumple Ampchino (V-12, Freeze, Bossi, Chino Nino), rozśpiewani Matt Blaque i Smiggz czy zasłużeni już weterani Jacka, Lee Majors i Cozmo. Zaproszony personel potrafi zostawić po sobie bardzo dobre wersy i refreny które zostają w głowie na długo. Ogólnie, wszyscy spisują się bez większych potknięć i wypadają równie elegancko co gospodarze. Podrzucona na płytę muzyka to również element który broni się swoją nienagannością. Współpraca ze sprawdzonymi producentami po raz kolejny zdała swój egzamin. Golden I 95 i Joe Mill to ksywki bez których Ampichino nie wchodzi do studia. Poza nimi podkłady robili Kaoz, Stin-J, Kali Mist, po jednym Packslap i Rob Lo, oraz znowu usłyszymy Cozmo tym razem za stołem mikserskim który wykręcił cztery numery. Muzyka przeważnie utrzymana jest w umiarkowanym klimacie i melodyjnym tonie. Podkłady są pełne życia i posiadają swój unikalny charakter, dostajemy tu cały wachlarz sampli i instrumentów w czystych i ciepłych barwach. Chłopaki dopieścili swoje dzieła w każdym detalu i dlatego, mimo że duża część płyty szybko wpada w ucho, płyta nie powoduje znużenia. Naprawdę ciężko w dzisiejszych czasach o porządnych inżynierów dźwięku a ten krążek jest przykładem że tacy jeszcze istnieją. Poniżej próbka tego co usłyszycie...

"Fam First"

"Traffic" wychwaliłem jak mogłem gdyż naprawdę na to zasługuje. Tak jak wszystkie projekty od Ampa i Bernera to produkt profesjonalny, dopięty na ostatni guzik ale przede wszystkim widać w nim jakiś pomysł, strukturę. Słychać, że żaden kawałek nie znalazł się na tej płycie przypadkiem. To bardzo kompletny, merytoryczny materiał z naprawdę wciągającymi tekstami, którego słucha się z przyjemnością. Szkoda że CD jest bardzo trudno dostępne więc ciężko będzie co niektórym uzupełnić kolekcję. Bern One Ent. widocznie nie pokusiło się o wypuszczenie większej ilości nośników czy zrobienie reedycji...

wtorek, 10 grudnia 2013

Black C - Last Man Standing CD (2003, Right Way Prod.)

Niestety, grupa RBL Posse która odcisnęła trwały ślad na mapie Bay to już historia. Nawet gdyby ktoś usilnie chciał ich powrotu jest to po prostu niemożliwe. Mr. Cee oraz Hittman zostali zastrzeleni i jedynie Black C kontynułuje swoją przygodę z rapem. Od wydania ich ostatniego albumu "Hostile Takeover" minęły zaledwie dwa lata gdy Chris postanowił wyjść ze swoim pierwszym pełnym solowym materiałem. Jestem pod wielkim wrażeniem jak toczy się kariera tego czlowieka. Bo w porównaniu do innych wielkich i znanych legend Bay, Chris trzyma się jakby na uboczu i co jakiś czas daje nam znać o sobie swoją solówką, która momentalnie zyskuje sobie szacunek. Wszystko to dlatego że C chodzi własnymi ścieżkami i gdy całe Bay idzie w lewo trzymając się obecnie wyznaczonych, na ogół złych muzycznych trendów, on kieruje się w prawo (right way!). "Last Man Standing" oczywiście zostało wydane w czasach gdzie powszechne zepsucie w rapie nie było jeszcze normą więc nie jest to jakiś kultowy album, natomiast na pewno jest on wyjątkowy dla każdego fana RBL jak i San Francisco.

Kiedyś aby sie wybić trzeba było naprawdę mieć styl i być dobrym w tym co się robi. Dlatego nie bez powodu grupa RBL Posse zyskała sobie uznanie i szacunek całej szerzy fanów. Mimo że czasy świetności zespołu są już dawno za nami to bez wątpienia Black C nadal jest jednym z najbardziej charakterystycznych, pozostających w formie raperów z Bay. Po tej pierwszej solówce widać że szef Right Way Prod. niezbyt ochoczo otaczał się ludźmi nie związanymi z jego ekipą. Z gości poza Lil Ric'iem i Sleep Dankiem no i może Taydatayem, wszyscy są skonektowani z jego wytwórnią. To samo tyczy się muzyki na albumie. Głównymi producentami są tutaj Big MoMo, Hermanata i Ace. Wszystko to powoduje że "Last Man Standing" jest nieco hermetyczną płytą. Nadaje jej to jednak charakteru i odróżnia od wielu Westcoastowych produkcji. Sam Black C to bardzo konkretny raper z wyrobionym już stylem któremu niewiele można zarzucić. Rozpoznawalny wokal, rytmiczny i płynny flow, dobre teksty i oczywiście osobowość. Na dodatek w jego głosie zawsze czuć dojrzałość i pasje do tego co robi. Chris tutaj naprawdę bardzo się stara co widać nie tylko po warstwie tekstowej ale też stronie merytorycznej. Dostajemy tutaj wachlarz tematów które pięknie ze sobą współgrają i tworzą kompletny album. Mamy tu po prostu wszystko co powinno się znaleźć na porządnej gangsterskiej płycie z Bay. Od uprawiania gangsterki, udowadniania swej pozycji, bycia thugiem i bossem oraz reprezentowaniu miasta. Przez zarabianie kasy, dążenie do celu, życiowe rozkminki a skończywszy na imprezowaniu, paleniu trawki i pieprzeniu. Wystarczy spojrzeć na tracklistę by mieć pełny obraz tego co dostaniemy, choć takie tytuły jak "Keep It In The Family" i "Killa a Man" mogą słuchacza nieco zaskoczyć. Strona muzyczna albumu prezentuje się równie elegancko. Klimat RBL nigdy nie był szczególnie ciężki czy przesadnie lekki i muzyka osadzona gdzieś pośrodku trzyma się normalnych rapowych standardów. W większości plyta jest bujająca i posiada swoje unikatowe brzmienie. Wielkim atutem jest brak monotonii i separacja utworów poprzez nadanie każdemu z nich oryginalnych melodii, sampli, dźwięków, partii bębnów i odpowiedniego klimatu. Jedynie do czego można mieć zastrzeżenia to utwór "High Like Friday" gdzie muzyka jest żywcem zerżnięta ze znanego kawałka Aaliyah "Rock The Boat". Słucha się tego dobrze lecz mały niesmak pozostaje (a może się po prostu czepiam). Producenci odwalili tutaj kawał dobrej roboty i nawet jeśli płyta nie zachwyci za pierwszym czy drugim razem to zapewniam że zrobi to z czasem. Right Way zadbało również o to by album ładnie się prezentował i zatrudnili genialne Photodoctorgraphics do zrobienia okładki, efektem czego jest piękny layout który tylko podsyca atmosferę krążka.

Materiał na "Last Man Standing" przywołuje nieco ducha lat 90 i czuć że stoi za nim kawałek pięknej historii związany z RBL Posse i San Francisco. To oczywiście czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym. Polecam ten krążek ludziom którzy szukają w Bay dobrego stylu i porządnego rapu a przede wszystkim fanom Chrisa. Jest to naprawdę bardzo dobry, profesjonalny produkt. Swego czasu album dostepny był bez problemu dziś trzeba jednak trochę poszperać by go dorwać.