niedziela, 3 sierpnia 2014

AP.9 - I Am Lgend CD (2009, Mob Shop Entertainment)

Nie da się ukryć że AP.9 to jeden z najbardziej znanych artystów jeśli chodzi o Zachodnie Wybrzeże. Członek Mob Figaz wydał do tej pory mnóstwo solówek i ma też za sobą kilka kolaboracji. Konsekwentnie mniej więcej co roku lub co dwa lata, jest okazja by cieszyć się nowo wydaną od niego płytą. "I Am Legend" jak widać, ma odwoływać się do filmu z głównym udziałem Willa Smith'a pod tym samym tytułem z 2007 roku. Szczęśliwy traf chciał że miałem przyjemność widzieć dzieło Francisa Lawrence'a więc mogę skonfrontować go z omawianą pozycją. Oczywiście wykonawczo, oba te dzieła nie mają ze sobą nic wspólnego. AP.9 nie żyje w post-apokaliptycznym świecie ani nie zasuwa ze swoim psem poprzez zniszczone ulice miasta w wolnych chwilach pracując nad wynalezieniem szczepionki (lol). Mimo wszystko, istnieje jeden wspólny mianownik tych pozycji. Obu można wystawić ocenę mniej więcej trzy z plusem, w porywach do cztery z dwoma, jeśli naprawdę bardzo lubimy rapera...(albo aktora)..

AP.9, powiedzmy to szczerze, nie jest jakimś super tekściarzem i jego obnoszenie się ze słowem pisanym nie należy do zbyt unikatowych. Nawet pokuszę się o stwierdzenie że to najmniej wyróżniająca się stylem postać z Mob Figaz. Ostatnie lata pokazują że AP.9 bardzo stawia na techniczną jakość swoich albumów co przejawia się czystym brzmieniem i pięknie wykonanymi okładkami. Widać że chłopak chce aby fani dostali produkt najwyższej jakości. "I Am Legend" bez wątpienia wpisuje się w ten kanon. Choćby już sam artwork wykonany przez photodoctorgraphics, poniekąd zachęca do sięgnięcia po album. Zostawmy jednak sprawy poboczne i skupmy się na tym co najistotniejsze. Niestety z bólem ale trzeba przyznać że gospodarz wypada średnio a w niektórych momentach całkiem kiepsko. Cała płyta tak naprawdę cierpi na brak pomysłu na rymy, które są mało wyszukane i pozbawione większej dozy błyskotliwości. Raper niby stara się poruszać jakieś inne tematy niż typowe bieganie ze spluwą, ściganie za kasą, bycie zajebistym i prawdziwym, lecz nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Apogeum tego zjawiska stanowią kawałki "Rough and Raw" i "Snitches". Można wyróżnić niektóre utwory jak "Oscar Grant Tribute" nawiązujący do bezpodstawnego zastrzelenia młodego chłopaka przez policję w Oakland (o całej sprawie było z resztą głośno). "R.I.P. Pretty Black", "Pimpin" albo "Reflections", lecz to nadal tylko bardzo poprawne rapowanie. Jeśli miałbym już na albumie pochwalić jakieś zwrotki to będą to wersy dwóch gości, a ściślej, Ampichino i Jacki, którzy konkretnie kradną show gospodarzowi. Z opresji krążek w dużym stopniu ratuje muzyka. W większości wyprodukowana przez Indecenta The Slapmastera (dziesięć pozycji). Kaos zrobił trzy utwory, Freddie Machetti dwa, zaś Stixx i Sean J. dali po jednym. Jest tu trochę samplowania jak i dźwięków tworzonych zupełnie od podstaw. Linie bębnów ładnie nakreślają rytm, instrumenty mają pełną barwę i mięsiście wybrzmiewają. Znajdziemy tu ciężki fortepian, są udane Slapmasterowe gitary, trochę całkiem niezłych syntezatorowych dodatków oraz ładnie dograny bas. W "Reflections" każdy na pewno rozpozna sampel z "Hello" Lionela Richie a w "Rather Be With You" fragment z kawałka o takim samym tytule od Bootsy's Rubber Band (którego wcześniej użyło np. N.W.A. w swoim "I'd Rather Fuck You"). Ogólnie muza jest bardzo zróżnicowana, nierzadko potrafi potężnie przypieprzyć ("Peep Game, "Action", "Ready For This"), jak i być łagodną ("Reflections", "R.I.P. Pretty Black"). Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie produkcja w "Make A Moves" gdzie Indecent dosłownie wyjął ten track ze złotej ery mobbsterskich klimatów lat 90'. Słowo daję, nie słyszałem w obecnych czasach lepszego podkładu w takim stylu, po prostu genialne.

Teraz żeby to nie wyglądało na "hejting" w stosunku do AP.9'a dodam że lubię tego mob figę, czujnie śledzę jego poczynania i czasem wpadnie mi jakiś jego krążek do kolekcji. Sytuacja wymaga jednak tego aby spojrzeć na sprawę obiektywnie. Tym albumem raper na pewno nie dorobi się statusu legendy. Wygląda on po prostu jak większość ostatnich projektów od Bishopa gdzie przeciętne wersy ratuje muzyka i otoczka wokół płyty. Dla luźnego słuchania można spokojnie zapuścić. Sam będę do niej wracał, choć będzie to wynikało bardziej z sympatii dla rapera niż z powodu znajdującego się na niej materiału. CD można oczywiście nabyć w internecie za rozsądną cenę.

piątek, 1 sierpnia 2014

The Jacka & Ampichino (Devilz Rejectz 2) - House Of The Dead CD (2010, Double F Records)

Trzy lata przerwy po pierwszych "bękartach diabła" to całkiem nie mało, trudno jednak mieć pretensje do Ampa i Jacki gdyż oboje zaangażowali byli też w inne projekty. Po świetnym "36 Zipz" duet zaatakował ponownie, tym razem oprowadzając nas po "domu śmierci". Tak jak i poprzednio, poprzeczka została postawiono wysoko. Dla wielu, nawet wyżej. Osobiście nie umiem wskazać faworyta gdyż oba te albumy to dla mnie kawał wyśmienitej, profesjonalnej roboty. Począwszy od samej warstwy artystycznej po otoczkę jaka została wytworzona wokół tych dwóch dzieł...

Spojrzenie na samą okładkę "House Of The Dead" da nam informacje o tym że atmosfera na albumie nie należy do lekkich. Mimo że jednak wiem iż w "domu" nie spotka mnie nic miłego, strasznie kusi mnie by do niego wejść. Przekraczając drzwi, od razu zostaje przywitany kawałkiem "Dope Game" który nakreśla atmosferę jaka tu panuje. Domyślam się, że za chwilę usłyszę kolejne historie związane z funkcjonowaniem na krawędzi. O tym, że w gnijącym świecie nie obejdzie się bez sprzedawania towaru by zarabiać godny szmal. Że ból i cierpienie nieodzownie idą w parze z ulicznym stylem życia. Oraz o tym że nikt nie śmie stanąć na narkotykowej drodze gospodarzy, bo spotka ich ten sam los co innych fałszywych czarnuchów którzy okazali się nie lojalni. To jest "Real Ninja Shit", "Dope Fiend Music" i nie ma opcji by życie tych dwóch "bękartów" miało wyglądać inaczej. Ten kto nie rozumie, najzwyczajniej nie musi. Album od poprzedniczki różni się nieco mocniejszą dozą melancholijności w tekstach, jednak ich poziom nie odbiega od tych jakie mieliśmy okazje słyszeć na "36 Zipz". Ampichino kolejny raz wysuwa się na prowadzenie jeśli chodzi o wzbudzanie napięcia i obrazowanie sytuacji. Kilka kroków za nim idzie Jacka ze swoim laidbackowym stylem któremu napisanie rymów zajęło pewnie mniej czasu niż koledze z grupy. Nienagannie wypada strona wokalna. Poza dopracowanym flow, Amp i Jacka to głosy stworzone do chodzenia razem w parze. To na pewno, jeden z najlepszych rapowych duetów w całej historii Zatoki (i Akron oczywiście). Jasno mieni się też warstwa muzyczna. Jest ona podobna do tej z części pierwszej choć w wielu momentach wykorzystane zapożyczenia mogą mieć większą śmiałość we wpadaniu w ucho. Jak to bywa są tu fragmenty wzięte ze starszych jak i nowszych, bardziej znanych lub mniej. "Bullet Proof Soul" to nic innego jak kawałek Sade pod tym samym tytułem. Z tego co udało mi się wyszukać, "No Tears" to bardzo stara piosenka Jermaine Jacksona "Castles of Sand" a "Hustle In The Rain" to "Complicated" z repertuaru Nivea (chwała temu kto odgadnie wszystkie). Ludzie którzy pracowali nad produkcją to Joe Mill, Golden I-95, Dex Beats i Bannon. Widać że wszyscy chodzili do tej samej szkoły robienia podkładów gdyż proces tworzenia całej czwórki jest do siebie podobny. Do obrobionego sampla/pętli dodajemy swoje instrumenty i odpowiednio aranżujemy. Producenci z uciętych partii uzyskali tyle życia i emocji ile mogli. Słychać profesjonalność w całym mixie i masteringu. Wielki plus za odrzucenie prostackich syntezatorowych rozwiązań oraz za nadanie duszy i klimatu całej płycie. "House Of The Dead" słucha się całego bez żadnych przerzutek. Jedynym utworem którego nie jestem jakimś wielkim fanem jest ostatni "Death Is Fatal", gdzie użyto kiepskiego sampla którego po prostu siłą włożono między perkusję. 

Oczywiście, album kierowany jest do entuzjastów mobbstyleowych nagrywek. Dla nich będzie to produkt wysokiej jakości któremu nie będzie brakowało klasy. Wydanie posiada jedynie dwukartkową wkładkę. Nie ma na niej żadnych zdjęć raperów więc trzeba się zadowolić samą grafiką. Trochę się zawiodłem gdyż pierwsza część Devilz Rejectz wyglądała dużo lepiej. Z uwagi na to z jakim rozmachem Ampichino wydaje albumy można wymagać więcej. Dobra nowina natomiast jest taka że do tej pory "House Of The Dead" można bez problemu nabyć za rozsądną cenę. 

ps. Zastanawia mnie kiedy w końcu ukaże się zapowiadany już lata temu album Yukmouth/Ampichino "Godzilla & King Kong"? Jeśli znalazły by się na nim tak genialne kawałki jak tytułowy z "domu śmierci" to czekałby nas kolejny klasyk w historii muzyki znad Zatoki ....i Akron, oczywiście.


środa, 30 lipca 2014

Joe Blow - Check a Real Nigga Out Tho CD (2013,The Artist Records/Blow Money Ent.)

Well, pamiętam jak w 2011 roku Joe Blow wypuścił swój pierwszy, uznawany za oficjalny, solowy street album "You Should Be Payin Me". Wtedy jeszcze mało znany narobił wielkiego szumu, zdobył całe rzesze fanów jak i zarazem szacunek w rapowym światku Zatoki. Nie było w tym nic dziwnego. Album był naprawdę mocną pozycją pokazał jakość i profesjonalizm której wtedy brakowało na kalifornijskiej scenie. Niestety niedługo potem, raper zaczął obniżać loty i ruszyło wydawanie na szybko niedopracowanych projektów w których ciężko było dopatrzyć się profesjonalności znanej z pierwszej solówki. Branie bardzo przeciętnych podkładów, kiepski mix i mastering tracków, wszystko to sprawiło że moje zainteresowanie raperem leciało w dół. Po chwili przyszedł jednak renesans i kolejny wypuszczony projekt był lepszy od poprzedniego. Oczywiście żaden z nich nie dorównywał jakością do "YSBPM" i kilka tracków trzeba było zawsze ominąć, jednak dało się odczuć że Blow w końcu idzie lepszą drogą. Wielkie zaskoczenie dopadło mnie gdy w końcu ogłoszono datę premiery kolejnego oficjalnego krążka o którym wzmianki można było zobaczyć już w 2012 - "Check A Real Nigga Out Tho". W albumie pokładano wielkie nadzieje, chciano aby był równie dobry co pierwszy official...

Co prawda, warstwa merytoryczna krążka nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem ani rozczarowaniem. Ten kto zna Joe i wie w jakich tworzy klimatach dostanie podobne treści jakie można spotkać na wszystkich jego albumach. Jego podejście do stylu MOB jest bardzo charakterystyczne. Blow jak zwykle skupia się na gorzkiej rzeczywistości zimnych ulic i relacji z otoczeniem. Bycie prawdziwym, oddanie swej córce i trzymanie z zaufanymi ludźmi to podstawa. Mafijny styl życia wyznacza standardy, by się dobrze wiodło łamie się prawo, a codziennym dodatkiem umilającym czas jest kubek syropu i słoik cookies, czyli zestaw używek które zapewniają jedynie pozorny spokój. Sposób rapowania rapera nie uległ zmianie, monotonne flow i umiarkowane tempo wypowiadanych słów dla jednych stanowią atuty dla innych wady. Blow ma jednak tę nutę w głosie która przyciąga, nadaje mu charyzmy i całkiem dobrze sprawdza się w obranej przez niego stylistyce. Osobiście bardzo lubię Oaklandczyka i nie mam mu zbyt wiele do zarzucenia. W tekstach jak zwykle będziemy mogli odnaleźć głębszy przekaz oraz usłyszeć garść trafnych i osobistych wypowiedzi. Jeśli chodzi o produkcję, ci którzy obawiają się teraz wytykania strony technicznej albumu mogą odetchnąć z ulgą. Cały proces tworzenia podkładów został oddany w ręce dwóch (jeszcze mało znanych) utalentowanych producentów - Pakslap'a i Bandit'a (którzy z Joe pracują od dłuższego czasu). To oni zrobili i zmixowali cały album. Muszę przyznać że był to bardzo udany ruch który w dużym stopniu waży losy oceniania krążka. Podkłady głównie opierają się na zapożyczonych, lekko zmienionych partiach lub pętlach. Są tu bogatsze aranżacje jak i mniej rozbudowane lecz żadna z kompozycji nie schodzi poniżej dobrego poziomu. Obaj panowie perfekcyjne opanowali sztukę łączenia uciętych sampli z dogranymi instrumentami. Każdy kawałek ma inną atmosferę i oryginalny motyw więc na pewno nie doświadczymy znużenia. Ogromnym atutem jest też unikatowy klimat oraz brak ordynarnej elektroniki od której Joe Blow jak na razie bardzo stroni. Oczywiście to że "Check a Real Nigga Out Tho" jest oficjalnym krążkiem nie znaczy że jakoś szczególnie różni się od reszty cds w dyskografii Blow. Chodzi raczej o ten sznyt który kwalifikuje krążek jako profesjonalne wydanie bez jakichkolwiek niedociągnięć. Czy recenzowany materiał dorównuje debiutowi? na to pytanie każdy będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. Osobiście jestem z niego zadowolony, choć wiem że nie jest on niczym nowym ani przełomowym w karierze rapera z Oakland. Blow dostarczył po prostu tego co zwykle, kawał porządnego ulicznego rapu. Polecam w szczególności fanom jak i miłośnikom mobbstyle'owych klimatów, to oni będą w stanie w pełni docenić zawartość albumu. Słucha się go naprawdę z przyjemnością. Poniżej kilka klipów promujących:

"Street Life""How Many Times""Hard To Grasp"

Niestety jeśli ktoś chciałby nabyć "Check A Real Nigga Out Tho" w wersji fizycznej będzie pewnie miał z tym mały problem. Nakład się rozszedł jak świeże bułeczki co wcale mnie nie dziwi. Płyty Blow mają to do siebie że jeśli się ich w porę nie ogarnie potem trzeba liczyć tylko na dobrą okazję, jeśli w ogóle się jakaś rozsądna nadarzy. Album został wypuszczony jako trzyczęściowy digipack i wygląda on naprawdę eleganacko. Postarano się aby oficjalne cd miało oprawę godną swego statusu. Do tego celu zatrudniono genialne photodoctorgraphics by dopełniło dzieła.