czwartek, 12 marca 2015

Dubb 20 - The Chemical Spot CD (2014, Chemical Baby)

20 to przedstawiciel mobb za którym czujnie się rozglądam i  chętnie sprawdzam płyty z jego udziałem. Wiem jednak że poza Ghetto Starz i jego pierwszą solówką "20 Inches" z 2002 roku, raczej trudno było skakać z radości nad jego dokonaniami. W ostatnich latach raper jednak wziął się za siebie i zaczął wychodzić do fanów z nowymi pełnowartościowymi projektami. Najpierw stanął obok Jacki, Joe Blow i Street Knowledge by zaprezentować to co The Artist Records miało najlepszego (2012). Rok później razem z D-Dre The Giant nagrywa kolaboracyjne "Hood Presidentz" i wypuszcza swoje pierwsze od sześciu lat prawdziwe solo "Ya Favorite Number. W 2014 do rąk słuchaczy trafiło "The Chemical Spot" a przed chwilą raper uzupełnił swą dyskografię o "20xDope". Machina wydawnicza ruszyła pełną parą lecz najbardziej zadowalające jest to że świadczone usługi przez gospodarza uległy poprawie. Omawiana dziś pozycja to druga solówka po lekkiej rewitalizacji artysty która jak widać po okładce posłużyła również do reklamowania marki Chemical Baby Clothing założonej przez Cellskiego. 

Dubb 20 z pewnością można polubić, ale najlepiej wypada gdy jest w formie. "The Chemical Spot" to jedna z tych płyt gdzie raper faktycznie spisuje się porządnie. Oczywiście pierwszy rzuca się w ucho "bobasowaty" głos "dwudziestki". Charakterystyczna nuta szybko go identyfikuje i wyróżnia dlatego łatwo można go rozpoznać w zalewie Zatokowych mcs. Poza tym rytmicznie i płynnie porusza się do podkładów plując słowami z dźwięcznym, miękkim flow. Tematycznie album krąży głównie wokół standardowych uliczno-gangsterskich spraw jednak Dubb 20 potrafi je uatrakcyjnić nawijką. Treść płyty niesie ze sobą potężną dawkę rozrywki, wiele ciekawych opisów i poruszanych kwestii. Raper stara się dobierać niebanalne rymy i technicznie dekorować linijki, choć nie przeczę że jest tu też pewna ilość prostoty. "Intro" które jest normalnym choć krótkim kawałkiem jest w stanie jasno pokazać próbkę tego jak 20 będzie zachowywać się na reszcie materiału. Uważam że naprawdę można być usatysfakcjonowanym jego wystąpieniami. Czy kawałek jest dobry czy nie, zależy więc tylko od zrobionej produkcji. Muzyka na szczęście pozostawia po sobie tylko pozytywne odczucia. Przyznam że już długo nie dane mi było doświadczyć tak udanych elektroniczno-syntetycznych kawałków co na "The Chemical Spot". Nawet irytująco proste aranżacje od Cellskiego w "Chemical" i "Heavy Tweaks" dziwnie mnie hipnotyzują. Stare, samplowane i obrobione na nowo motywy od Rob Lo ("Treal Deal") i DosiaDidTheBeat ("Dopest Out") również urzekły mnie swoim klimatem. A łagodnie rockowy, bardzo rzetelnie uformowany numer "I Need Medication" zwinnie odnajduje się między tymi brzmieniami. Muzyka obdarowana jest mocną wyrazistą i pełną ikry perkusją oraz soczyście wybrzmiewającymi instrumentami. Poza tym album jest przejrzyście zmixowany i zmasterowany. Jedyne zgrzyty pojawiają się w kawałku "Bout Whatever" gdzie jakość ścieżki jest trochę gorsza, lecz znośna i nie ma problemów z jej odtworzeniem. Osobiście albumu słucham bez przerzutek. Pozbyłbym się jedynie kilku mega kulawych zwrotek od Relly Sosa, Joe'syah czy kompletnie pierdolącego głupoty Husalah (!). Z przyjemnością za to wsłuchuje się w wersy Joe Blow, Black Jesus, Bo Strangles czy San Quinna. Płyta ma piętnaście numerów nieprzerywanych skitami z czego sześć to solówki. Poniżej dwa klipy promujące wydanie:

"Out Cha Circle" i "Intro". 

Po wnikliwym zapoznaniu się z "The Chemical Spot" śmiem twierdzić że to autentycznie bardzo dobry album z charakterem. Swobodna gangsterka jaką przedstawił tu Dubb 20 świetnie pasuje do jego stylu. Poza tym produkcja dysponuje ogromnym potencjałem energetycznym i emocjonalnym idealnie asystując wersom gospodarza. To na pewno jedna z lepszych płyt od reprezentanta Pittsburga. Kupujący fizyczną wersje otrzyma jedynie pojedynczą kartkę w środku opakowania. Fotki i niezłą grafikę wykonał Dosia używając barw rozpoznawczych dla marki CBC. Jeśli ktoś ma ochotę może wirtualnie pochodzić sobie po sklepie Cellskiego na stronie chemicalbabycbc.com .

środa, 25 lutego 2015

The Jacka - Broad Daylight CD (2009, Town Records)

Town Records? Czy aby sięgając po jedną z płyt Jacki w roku 2009 jaką jest "Broad Daylight" nie wpakujemy się w słuchanie wymuszonego albumu, którego istnienie naraziło na szwank kondycję pokaźnej dyskografii rapera? Po części tak. Czym zatem Mob Figa podpadł swojej publiczności? Tym że poszedł na łatwiznę i podpisał kontrakt z Town Records który skutkował wydaniem na szybko płyty o wątpliwej wartości. B-Town MAC to białas z Berkeley, właściciel i C.E.O. wspomnianej wytwórni, jakimś cudem udało mu się dotrzeć do Jacki i namówić go by ten dodał nieco prestiżu jego firmie. Bo co Town Records ma do zaoferowania? Prawie że nic, wydało jeszcze dwie składanki "Knock 4 Tha Block" i na tym poprzestało. "Broad Daylight" to zatem flagowy album którym jego wydawca szczyci się do dziś. Zwróćcie uwagę na grafikę płyty, czyżby TR myślało że jest drugim No Limit? Już nawet nie skomentuję że B-Town musiał wcisnąć swoją japę na tył okładki przy napisach executive producer jakbyśmy przypadkiem nie wiedzieli jak wygląda. No dobra a teraz do rzeczy...

Tak naprawdę ciężko jest jednoznacznie stwierdzić że "Broad Daylight" jest klapą. Materiał miał być poniekąd przedsięwzięciem komercyjnym co w przypadku takiego rapera jak Jacka skazane jest raczej na porażkę. Z drugiej jednak strony po kilku odsłuchach muzyka, teksty i refreny pałętają się gdzieś po głowie. Albumowi można zarzucić że w wielu momentach produkcję przestylizowano na wtórne Wschodnie Wybrzeże lub też jest tak mało oryginalna że nie warta zapamiętania. Nawet jak na 2009 rok, takie brzmienie mogło przyciągnąć jedynie okazjonalnych, mało wymagających fanów hip hopu. Słychać też że krążek miał posiadać kilka przebojów lecz ich formuła niestety wyczerpała się dawno przed jego wydaniem. Najbardziej odczuwalne jest to w skocznym, imprezkowym "Ballervard". Czy w typowych Eastcoastowo-mainstreamowych hitach z refrenami RnB - 'Try To Let Go" i "Don't Wanna Hear About It". Można pochwalić profesjonalny mix, mastering. Jeśli chodzi o sam dźwięk płyta zrealizowana jest na naprawdę wysokim poziomie, ale na tym plusy się kończą. Produkcja choć rusza i buja to pozbawiona jest indywidualnego charakteru i trochę nijak się ma do takiej persony jaką jest Jacka. Wkładka wymienia sprawców tego muzycznego ambarasu choć nie podpina ich do konkretnego numeru. Myślę że One Drop Scott i Rob Lo działali raczej pod dyktando Town Records gdyż nie wierze że byli zdolni do popełnienia tych czynów z własnej woli. Natomiast D-Dosia i B-Town MAC byli zapewne zdeterminowani by tak to właśnie wyglądało. Jeśli chodzi o gospodarza "Broad Daylight", to mimo że pokazuje się we wszystkich kawałkach to jest tu tak naprawdę gościem. Usłyszymy zatem tylko dwanaście wersów Jacki na co najlepsze tylko jedenaście pełnowartościowych pozycji, w których przewagę głównie ma zaproszony personel. Treść merytoryczna utworów jest adekwatna do koncepcji jaką wykorzystuje krążek co raczej nie dziwi. Trudno aby rzucona luźno, jednostrzałowa płyta porażała wysokimi aspiracjami w doborze tematów. Podobają mi się jednak występy Jacki obdarowane jeszcze wyraźną dykcją, nienagannym flow i przyzwoitymi linijkami. Niestety, Figa ginie w nawale gościnnych zwrotek, które często dostarczone są od osób wepchniętych tu na siłę lub też takich które skorzystały z okazji by się wypromować. Połowę pobocznej obsady można by bez szkody usunąć lekką ręką ale wtedy otrzymalibyśmy raczej ep niż lp. Głodne rozgłosu Town Records by na pewno do tego nie dopuściło. Jakie są zatem przesłanki aby sięgnąć po ten produkt? Dla kogoś kto jest fanem Zatoki i lubuje się w Mob Figazowych klimatach - ten album to raczej rozczarowanie. Są tu wprawdzie ze trzy, cztery kawałki które pasowałyby na jakiś konkretniejszy album Jacki np. "We Mafia", "Crazy Here" i "Hamm Sammich", lecz wątpię by ktoś przez to skakał z radości. Nikogo również nie pocieszy badziewny filmik na CD, cyfrowy plakat z okładki (już bez psów i helikoptera) i dzwonki na telefon umieszczone jako dodatki. Krążek zadowoli zatem niedzielnego fana Bay o mało wyszukanym guście któremu "Broad Daylight" jakoś przypadkiem wpadło w ręce...

Oczywiście ta pozycja to nadal płyta którą bez problemu można posłuchać, daleko jej do kompletnego dna i mimo wszystko potrafi dostarczyć odbiorcy jakiejś dozy rozrywki. Jednak gdy uświadamiam sobie że w tym samym roku wychodzi "Tear Gas" albo "Drought Season 2" nie sposób nie podejść do sprawy rygorystycznie. Przerobione tryliony razy przez moje ucho melodie nie są w stanie zatrzymać mnie na dłużej. Na dodatek dostajemy skąpą ilość tytułów, zwrotek gospodarza i worek bzdurnych featuresów. To chyba najsłabszy krążek od Jacki w 2009 i jeden z najdroższych w jego dyskografii...

poniedziałek, 16 lutego 2015

A-Wax - Savage Timez CD (2001, Possi Productions, Big Treez Entertainment)

A-Wax to ten raper który nie umie się zdecydować czy być szczupłym czy grubym. O dziwo gdy każe sobie słono płacić za swe ostatnie dokonania wygląda jak początkujący anorektyk. Odstawiając jednak żarty na bok, Aaron Scott Doppie to człowiek na którego bez wątpienia trzeba zwrócić uwagę jeśli jest się entuzjastą Zatokowych brzmień. Jeszcze nie opadły fanfary po ubiegłorocznej "Pullin Stringz" a już można nabyć nowe dzieło artysty "Everybody Loves Me 2" za bagatela 35$. Zanim jednak A-Waxowi uderzyła woda sodowa do głowy, jego młodzieńcze lata wcale nie należały do najlżejszych. W mega szybkim skrócie przypomnę, że urodzony w Pittsburgu Doppie, by ustrzec się przed wciągającą go w tarapaty ulicą wyjeżdża do Seattle. Ruch ten jednak okazuje się fiaskiem gdy dołącza do gangu Bloods, Elm Street Piru a następnie w wieku szesnastu lat zostaje skazany za zabójstwo na kilka lat więzienia. Siedząc za kratkami odnajduje miłość do muzyki, rozbudowuje swój liryczny warsztat i zaraz po wyjściu wraca do rodzinnego miasta by nagrać "Savage Timez" (i kto tu jest prawdziwym gangsta?).

Nawet jeśli ktoś na co dzień nie obcuje z muzyką reprezentanta Pittsburga to mógł chociaż słyszeć o jego wieloletnim konflikcie z grupą Mob Figaz. Cała sprawa tak naprawdę nie była warta świeczki a A-Wax ostatnio wygłosił na ten temat kilka zdań w tribucie dla Jacki. Chcę jednak zwrócić uwagę na fakt iż Doppie skłonny jest do popadania w mało eleganckie beefy i niepotrzebne pyskówki z ludźmi którzy dużo pomogli jego solowej karierze. Tak było z Mob Figazami jak i np. z Gonzoe, którego A-Wax obwiniał za zbyt mały angaż w pracę nad ich wspólnym albumem "Recession Proof". Ile jest w tym chęci zdobycia większego rozgłosu a ile wynika z niepokornego charakteru Doppiego wie już chyba tylko on sam. O jego niesnaskach z innymi raperami można by napisać naprawdę obszerny felieton dlatego dziś przede wszystkim skupimy się na tym co najważniejsze - jego muzyce. Przyjaźń A-Waxa z Figazami może i nie trwała długo lecz zostawiła głęboki i znaczący ślad na pierwszych płytach rapera. Na "Savage Timez" napotkamy nie tylko gości w postaci Rydah J. Klyde czy Jacka ale też będziemy mogli usłyszeć materiał wyprodukowany przez nadwornego producenta Figazów - Rob Lo, którego podkłady stanowią 80% całej muzyki na krążku. Resztę dopełniają trzy ścieżki zrobione przez Big Dave'a, Woodie'go i Crazee Nutt'a. Produkcja jest w dużej mierze ostra i dynamiczna oraz co najważniejsze jest niesamplowana, na pewno świadomość że producenci się naprawdę postarali i stworzyli wszystko od podstaw dodaje płycie większej wartości. Usłyszymy przede wszystkim surowe Pittsburskie klimaty jak "Get Low", "Rappa", "Savege Timez" czy "Streetthugz", lecz znajdziemy tu też lekko g-funkujące "P/G Style" czy już rasowo mobbsterskie "Talk Iz Cheap". Muzyka obdarzona jest żywymi, chwytliwymi liniami basów i pokaźnym zestawem instrumentów wspartym elektroniką w starym dobrym stylu. Poza tym panowie od podkładów dają też popis swym klawiszowym umiejętnościom dopieszczając kilka numerów barwnymi piszczałkami. Całość jest naprawdę bardzo dobra, spójna i wciągająca. Nie ma tutaj produkcyjnie słabej pozycji, jak i również nie ma zawodu jeśli chodzi o występującego na nich A-Waxa. Wszyscy którzy sympatyzują z nagrywkami Doppiego wiedzą że jest on wielce charyzmatyczną osobowością i już od pierwszego albumu dał się poznać jako niesztampowy tekściarz i raper którego styl silnie wyróżnia się na Zatokowej scenie. Na "Savage Timez" nie brakuje zatem błyskotliwych linijek przyprawionych fenomenalną techniką. Na swej pierwszej solówce raper stosuje agresywny i pełen emocji flow który podchodzi nawet pod krzyk, jest to chyba pierwszy i ostatni album gdzie Doppie jest tak bardzo energiczny wokalnie. Przedstawia siebie jako rozgrywającego który stawia warunki swoim przyszłym oponentom ("Get Low), zdradza że poza trudnieniem się rapem ma też inne zainteresowania i profesje ("Rappa /"), grozi palantom którzy chcą z nim zadrzeć ("Journey"), w groteskowy sposób opowiada o sposobie szybkiego zarobku ("Why Huste") czy podrywa kobiety na swój niechlujny styl ("P/G Style"). Poza tym dowiemy się również jaka jest ostatnia wola gospodarza przed śmiercią ("Heaven Or Hell"). To naturalnie nie koniec wrażeń, treści na całej płycie są naprawdę przejmujące, dostarczają sporej ilości tłustej gangsterki i dosadnej, hardcorowej rozrywki...

Czy istnieją jakieś minusy "Savage Timez"?, na pewno niema ich jeśli chodzi samego A-Waxa czy producentów od muzyki, szkopuł kryje się natomiast w trackliście. Choć liczba pełnowymiarowych kawałków nie schodzi poniżej granicy przyzwoitości (12) to można mieć małe pretensję że album jest za krótki. Chciałoby się po prostu usłyszeć więcej tak dobrego materiału. Kolejna sprawa to Breadleon który psuje swoim kiepskim wykonaniem kawałek "Benificial" i ciężko jest ten numer przesłuchać nie irytując się. Poza tymi malutkimi występkami krążek jest świetny i polecam go przede wszystkim fanom starych Pittsburskich klimatów, myślę że należy mu się godne miejsce między innymi klasycznymi pozycjami z tego miasta. Nie jest go łatwo kupić i zapewne do tanich nie należy lecz zachęcam do szukania, trzeba usłyszeć!